wtorek, 20 kwietnia 2010

Najpierw najważniejsze

Na drzwiach naszej salki mityngowej jeszcze do niedawna wisiała na sznureczku elegancka tabliczka. Z jednej strony miała zielony napis „Dziś mityng otwarty”, z drugiej czerwony „Dziś mityng zamknięty”. Prosta, jasna, zrozumiała informacja. Pewnego razu, w środku miesiąca (mityng zamknięty) przyszedłem nieco wcześniej. Chłopczyk, który bawił się w salce gier po drugiej stronie korytarza zawołał do mnie: „Niech pan nawet nie idzie, nie ma po co, dziś zamknięte!”. Uśmiechnąłem się niepewnie, nie za bardzo wiedząc o co chodzi, o czym on w ogóle mówi i dopiero po kilku minutach zdałem sobie sprawę, co miał na myśli. Grzeczne dziecko, przeczytał napis na drzwiach („Dziś mityng zamknięty”) i życzliwie mnie o tym poinformował, po prostu dał mi znać, że szkoda mojego czasu, bo najwyraźniej całe to AA w dniu dzisiejszym jest nieczynne.

Najpierw sprawy najważniejsze, czyli… (pytania o priorytety)

Śmieszna historyjka? No pewnie! Ale kiedy przestałem się już śmiać – wyciągnąłem z tego zdarzenia dość istotne wnioski. Kiedy piłem, widziałem świat zupełnie nierealistyczny, nierzeczywisty, zresztą… jaki mogłem widzieć przez dno butelki? Od pewnego czasu nie piję, jestem anonimowym alkoholikiem, ale problem polega zdaje się na tym, że teraz zacząłem rzeczywistość widzieć i rozumieć dla odmiany, jak anonimowy alkoholik, a nie jak normalny, zwyczajny człowiek, przeciętny członek społeczeństwa. A przecież zdrowienie (zwane kiedyś trzeźwieniem) to właśnie miał być powrót do normalności…

„Dziś mityng zamknięty” – słowa i komunikat jasny i zrozumiały dla każdego anonimowego alkoholika. Ściśle określona i niebudząca wątpliwości treść, przekaz i informacja. Tylko ja jakbym zapomniał, że nie wszyscy na tym najpiękniejszym ze światów są już anonimowymi alkoholikami.
Czy przyszłoby mi do głowy szarpać za klamkę, dobijać się do drzwi instytucji, firmy, urzędu, sklepu, na których wisiałaby kartka z napisem: „Dziś sklep zamknięty”? Ano właśnie!

Kiedy to zdarzenie opowiadałem po raz trzeci, odezwał się kolega, który powiedział, że on właśnie kilka razy odchodził spod drzwi salki mityngowej, bo była na nich informacja, że dziś zamknięte. Potwierdziła tę historię znajoma terapeutka, która wysyłała pacjentów na mityngi AA, a ci wracali z informacją, że było nieczynne. Może nie było to zjawisko powszechne, ale też i nie pojedynczy przypadek.
Czy wszyscy potrzebujący i szukający pomocy alkoholicy, którzy wycofali się widząc taką informację na drzwiach, wrócili w innym terminie? Albo poszli na mityng innej grupy? Chciałbym wierzyć, że tak, ale… Wszyscy przecież wiemy, że czasem szansę dostajemy tylko raz w życiu, albo tylko ten jeden jedyny raz jesteśmy gotowi z niej skorzystać.

Na szczęście już po kilku miesiącach dyskusji i wyjaśnień, po trzech inwenturach, tabliczki na drzwiach zmieniliśmy na takie, które ma szansę zrozumieć także ktoś, kto jeszcze anonimowym alkoholikiem nie jest. Sprawa załatwiona. Problem rozwiązany.

A teraz – pozornie – z zupełnie innej beczki.
Granice są otwarte, albo w ogóle nieobecne, Europa zjednoczona, pieniędzy niektórzy z nas też mają jakby coraz więcej… Efekt? Jeździmy po świecie, zwiedzamy, poznajemy, dowiadujemy się, uczymy. Jest to jednocześnie kapitalna okazja, żeby wybrać się w obcym kraju także na mityng AA. Ciekawych relacji wędrowników-alkoholików coraz więcej i… coraz więcej problemów. No i walą się w gruzy nasze, polskie, egocentryczne przekonania, że takie mityngi, jak u nas, to są na pewno wszędzie na świecie. Otóż nie, nie są. Prawie nigdzie nie są takie, jak w Polsce. W związku z tym natychmiast rodzi się dość istotne pytanie: czy to źle? Czy z jakiegoś powodu to niedobrze, że u nas jest inaczej?
Nie ma sensu wdawać się w jakieś zawiłe analizy różnic mityngowych w różnych krajach (na niektórych mityngach w Hiszpanii na przykład, można palić papierosy), poza tym moje osobiste doświadczenia na ten temat są raczej skromne, natomiast chciałbym zająć się czymś, co wyjątkowo rzuca mi się w oczy, a mianowicie: świeczka i trzymanie się za ręce.
Palenia świeczek na mityngach i trzymania się w koło za ręce podczas odmawiania „Modlitwy o pogodę ducha”, nie skopiowaliśmy z Ameryki. Okazuje się, że w Anglii (i wielu innych krajach) jest to zwyczaj zupełnie nieznany i prawdę mówiąc… nieco egzotyczny. Swoją drogą do dziś nie udało mi się odkryć, kto te świeczki na mityngi u nas wprowadził i przede wszystkim – po co? Ale to już inna sprawa.

Kiedy próbowałem skonsultować swoje wątpliwości, co do świeczek i zamkniętych kręgów z kolegą, z miejsca na mnie naskoczył: a co ci się w nich niepodobna, w czym ci świeczka i krąg przeszkadzają? Mnie?! Ależ MNIE zupełnie w niczym nie przeszkadzają! Ale przecież nie ja, nie moje dobre samopoczucie, nie moje nawyki i sentymenty są w tym przypadku najważniejsze, prawda?
W dokładnie taki sam sposób, identycznie, nie przeszkadzały mi tabliczki „Dziś mityng zamknięty”. Ja ich po prostu nie widziałem.

Ileż to razy słyszałem na mityngu – jestem pewien, że nie tylko ja – opowieść alkoholika z dłuższym stażem, który mówił o swoim pierwszym zetknięciu się ze Wspólnotą AA: „na początku wydawało mi się, że to jakaś sekta – świece palą, za rączki się w kółko trzymają, jakieś modlitwy odmawiają”…
Oczywiście, gdyby mimo to, nie zdecydował się zostać, to by teraz tej historii nie opowiadał. Ale historii ludzi, którzy z powodu obawy o sekciarstwo (świece, kręgi) uciekli w przerwie i na zawsze zrazili się do AA, raczej nie usłyszymy. Nie usłyszymy pewnie dlatego, że ludzie ci, albo piją, albo… już nie żyją.

Pytam sam siebie znowu: czy mnie, osobiście, świeczki na mityngach AA w czymś przeszkadzają? Nie, mnie nie przeszkadzają. Czy w czymkolwiek mi pomagają, ale tak konkretnie? Chyba raczej nie, bo i w czym niby… przyzwyczaiłem się po prostu. Co jest ważniejsze, moje „świeczkowe” przyzwyczajenia, czy życie i zdrowie choćby jednego tylko człowieka?

Na dłuższą metę niewątpliwie prawdą jest, że grupa AA bez weteranów pozbawiona jest doświadczenia, grupa bez alkoholików ze średnią abstynencją pozbawiona jest stabilności, ale grupa AA bez nowicjuszy nie ma żadnej przyszłości. Choć niewątpliwie, do czasu, może być na niej całkiem miło… wśród znanych od lat przyjaciół… w cudownie bezpiecznej i niezmiennej atmosferze wzajemnej adoracji…

A pytań do samego siebie mam w zapasie dużo więcej. Choćby takie: czy podczas ostatniego mityngu mówiłem prawdę, opowiadając z wielkim przejęciem o swojej nieustającej gotowości na zmiany?



PS.
Wiadomość z ostatniej chwili: 26.04.2010, podczas inwentury grupy AA „Asyż” w Opolu, propozycja rezygnacji ze świeczki spotkała się ze zrozumieniem i akceptacją – zwłaszcza młodszych członków grupy.





Więcej w moich książkach


poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Krok 4 Programu 12 Kroków

Zrobiliśmy gruntowny i odważny obrachunek moralny.
(ang. Made a searching and fearless moral inventory of ourselves.)

Jak rozumiem Krok 4 Programu 12 Kroków AA?

Programu Dwunastu Kroków nie robi się samemu. Jeśli nawet, czasem, alkoholik zda sobie sprawę z własnej bezsilności wobec alkoholu samodzielnie (sam), na przykład w wyniku wyjątkowo bolesnego zderzenia z konsekwencjami picia (pozew rozwodowy, zwolnienie dyscyplinarne, atak delirium), jeśli nawet, czasem, doprowadzi go to do Wspólnoty AA, albo poradni odwykowej, to i tak wydarzenie to dobrze i korzystnie byłoby dokładnie przepracować, bo bez tego, po pewnym czasie, mogłoby ono zostać zafałszowane, zminimalizowane, zbagatelizowane i zracjonalizowane przez uzależniony umysł. Z tego samego powodu, choć nie tylko, stała pomoc w pracy nad pozostałymi Krokami wydaje mi się absolutnie niezbędna. Pomoc ta, w przypadku różnych Kroków, może mieć różny zakres, wymiar i charakter, ale to chyba jest zrozumiałe. „Zrobienie” Kroku Czwartego oraz, co zwykle idzie w parze, Kroku Piątego, samemu (samotnie), jest po prostu całkowicie nierealne i wymaga wyjątkowego i szczególnego wsparcia ze strony sponsora lub grupy, z którą alkoholik nad tym Krokiem pracuje. Zgodnie z zasadą: „Nikt tego za ciebie nie zrobi, ale nigdy nie zrobisz tego sam”.
 
W „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji”, w rozdziale poświęconym Krokowi Piątemu, napisano: „Bez Piątego Kroku niektórzy w ogóle nie potrafią utrzymać trzeźwości; inni ulegają co jakiś czas nawrotom nałogu, dopóki nie uwolnią sumienia od wszelkich ciężarów. Zdarza się, że nawet weterani AA, po wielu latach trzeźwości drogo płacą za zlekceważenie Piątego Kroku”. Nie miałem powodu w to nie wierzyć. Jednak, żeby zrealizować Krok Piąty, musiałem wcześniej zmierzyć się z Krokiem Czwartym.
Nie chciałem wrócić do picia i to niewątpliwie było, wtedy, za pierwszym razem, głównym motywem mojej decyzji dotyczącej pracy nad Krokami Czwartym i Piątym według programu „strzyżyńskiego”. Ale było też coś jeszcze. Powolutku i jeszcze niezbyt jasno zaczynałem zdawać sobie sprawę, że ten Program może być czymś więcej, niż w swojej ignorancji sądziłem. Spotkanie z samym sobą, choć liczyłem się z tym, że niekoniecznie przyjemne, również zapowiadało się ciekawie. Tak więc zrobiłem to. A później jeszcze raz i kolejny… Oto moje doświadczenia, przemyślenia i wnioski związane z realizacją Czwartego Kroku.
 
Jeśli pominąć ewentualną obawę przed złamaniem abstynencji (zapiciem), którą przecież nie wszyscy uzależnieni muszą odczuwać, to i tak pojawia się, całkiem sensowne zresztą pytanie, dlaczego w ogóle mam pracować nad tym Krokiem, no i po co? Czemu to ma służyć? Kilkunastomiesięczna, a nawet kilkuletnia abstynencja, nie oznacza jeszcze niestety automatycznie trzeźwego myślenia, rezygnacji z zachowań kompulsywnych, nie zapewnia automatycznie weryfikacji zupełnie nieprawdopodobnych przekonań, których dorobiliśmy się w okresie picia, nie eliminuje wypracowanych w tym czasie, ale może i jeszcze wcześniej, schematów myślowych oraz wynikających z tego wszystkiego sposobów i metod działania, które w konsekwencji przynoszą więcej szkody niż pożytku, a na dokładkę jeszcze nie bardzo wiadomo, dlaczego – przecież nie pijemy!?
Najbardziej typowy i wręcz banalny przykład: „tak, to prawda, jestem alkoholikiem, ale uzależniłem się przez żonę (ustrój, szefa, powódź itp.), więc w efekcie to przez nią będę teraz musiał całą resztę życia spędzić samotnie, bez przyjaciół, pozbawiony najprostszych przyjemności, nie wychodząc z domu”.
 
Rozpoczynając swoje nowe, bezalkoholowe życie, dysponowałem całą furą irracjonalnych przekonań, a czasem wręcz absurdalnych wierzeń o sobie, o życiu, o świecie, o rodzinie, o ludziach, o pracy, o Bogu, o związkach, o domu, o dzieciach, o miłości i innych sprawach. Te najbardziej bezsensowne i szkodliwe, jak powyższy o powodach uzależnienia i życiu bez alkoholu, jakoś mi skorygowali podczas terapii odwykowej i na mityngach AA, ale reszta, niestety, pozostała. Czy przesadzam? Nie. Człowiek zdobywa umiejętności społeczne poprzez doświadczenia życiowe, które w sposób zupełnie naturalny stają się jego udziałem co dzień. Dzięki nim kształtuje się też jego świat wartości, system przekonań, świadomość, oceny i opinie. W wielu zwyczajnych życiowych wydarzeniach nie brałem udziału, bo byłem po prostu pijany. Zastępowali mnie – najczęściej dlatego, że nie zostawiłem im żadnego wyboru – członkowie rodziny, znajomi, przyjaciele, współpracownicy, podwładni. To oni się uczyli, zdobywali doświadczenie, wiedzę i umiejętności. Ja w tym czasie, przy pomocy alkoholu, dbałem o swoje dobre samopoczucie. Jeśli nawet okoliczności zmusiły mnie do aktywnego uczestnictwa w swoim życiu, to często byłem wtedy podpity, albo ciężko skacowany, a więc moje doświadczenia, przemyślenia i wnioski z takiego przeżycia były co najmniej problematyczne.
Czy tak można żyć? Tak, można. Choć sądzę, że w takiej sytuacji trudniej jest utrzymać abstynencję. Ale, co chyba najważniejsze, jakość takiego życia i poziom zadowolenia z niego będzie, w najlepszym wypadku, mało satysfakcjonujący. Życie, w którym jedynym powodem do radości miałoby być to, że się dziś nie napiłem, jakoś mnie nie pociągało.
 
Praca nad Krokiem Czwartym, okazała się znakomitym sposobem na rozpoznanie, a bywało, że nawet doraźną weryfikację, mylnych przekonań, „pijanego” myślenia i funkcjonowania (tj. zachowań). W czasie kilkudniowego warsztatu, i oczywiście także później, uczyłem się… samego siebie. Dzięki odpowiednim materiałom i pomocy innych alkoholików dowiadywałem się, kim jestem oraz jaki jestem. Znajdowałem odpowiedzi na pytania, o swoje mocne i słabe strony, o to co umiem i wiem, a z czym sobie nie radzę, rozpoznawałem świat swoich wartości i testowałem własne przekonania. Odkłamywałem swoje życie i konfrontowałem je z faktami i rzeczywistością. Przekonywałem się, czasem wręcz z przerażeniem, że niektóre wady charakteru mogły być i były bezpośrednią, lub pośrednią, przyczyną mojego uzależnienia. Nierozpoznane, stale i wciąż byłyby zagrożeniem dla mojej abstynencji.
 
W przypadku pracy nad Czwartym Krokiem ze sponsorem z AA, ważne jest, by ów sponsor miał własne doświadczenia dotyczące pracy na Krokach (nie tylko w zakresie Czwartego i Piątego!), oraz jasną, spójną koncepcję realizacji zadania, które jego podopieczny ma wykonać. Nie da się więc tego zrobić z kolegą z terapii na zasadzie: „wpadnij do mnie jutro po mityngu, spróbujemy coś zrobić z tym Krokiem”. Grupa pracująca wspólnie powinna mieć materiały pomocne przy takiej pracy, dobrze jest też zapewnić sobie w razie czego pomoc i wsparcie kogoś, kto ma większe doświadczenie. Działa tu oczywista zasada: jeśli jeden ślepiec nie widzi drogi, to dziesięciu ślepców też jej nie zobaczy.
 
Gruntownego obrachunku moralnego, wykonywanego w ramach pracy nad Krokiem Czwartym, pod żadnym pozorem nie wolno wręcz ograniczać tylko i wyłącznie do okresu destrukcyjnego picia. Byłoby to szalenie niebezpieczne, gdyż pogłębiałoby tylko rojenia i iluzje tworzone przez uzależniony umysł na własny temat. Nie jest bowiem prawdą, że przed uzależnieniem się od alkoholu, byłem człowiekiem wolnym od jakichkolwiek wad charakteru (wynaturzonych instynktów, zaburzeń osobowości – w literaturze przedmiotu te określenia bywają czasem stosowane zamiennie) i nie jest prawdą, że do takiego idealnego stanu wróciłem po odstawieniu alkoholu. Gdzie lekkomyślność, dzięki której latami nadużywałem alkoholu, beztrosko zakładając, że mnie alkoholizm na pewno nie spotka? Takich przykładów mógłbym zresztą podać mnóstwo. Ideał przed uzależnieniem, ideał po zaprzestaniu picia, a pomiędzy nimi… no, cóż… choroba, to ona wszystko tłumaczy, ja tu nie jestem niczemu winien – to bardzo wygodne, ale przecież zupełnie fantastyczne rojenia. Także niebezpieczne. Krótko mówiąc – obrachunek moralny ma dotyczyć całego życia.
 
Chociaż w pracy nad Czwartym Krokiem koncentrujemy się przede wszystkim na swoich wadach charakteru, nie oznacza to, że należy lekceważyć, czy bagatelizować zalety. Gruntowny obrachunek moralny musi obejmować zarówno cechy pozytywne, jak i negatywne, zwłaszcza, że te pierwsze mogą zostać z powodzeniem wykorzystane do rozprawienia się z drugimi. Obrachunek to nie „dokopywanie sobie”, ale rzetelny bilans. Żaden człowiek nie składa się przecież z samych tylko wad! Obrachunek moralny, którego efektem jest tylko i wyłącznie lista wad, nie został wykonany rzetelnie. Nie jest wiarygodny. Z własnego doświadczenia wiem, że bardzo często o wiele łatwiej jest mówić o swoich wadach, niż o mocnych stronach, zaletach. Wynika to choćby z naszego wychowania; wielu z nas w dzieciństwie napominanych było przez rodziców słowami „nie chwal się!”. Mści się to do dziś.
 
Wspominałem wcześniej, że obrachunku moralnego nie można robić chaotycznie, zakładając, że może jakoś się uda. W pracy powinna uczestniczyć przynajmniej jedna osoba, która dobrze wie, jak to robić, wskazane jest też, żeby dostępne były także jakieś materiały pomocnicze – chodzi o to, by od początku określona była metodologia takiej pracy. Opierać się można „na urazach” (istnieją takie materiały), lub na siedmiu grzechach głównych (są to: chciwość, grzech, lenistwo, obżarstwo, pożądanie, pycha, zawiść), albo na poradniku opracowanym przed laty we Wspólnocie AA. Odpowiednie materiały pomocnicze można też opracować indywidualnie, razem ze sponsorem.
A jeśli już wspomniałem o możliwości wykorzystania siedmiu grzechów głównych, powinienem też zwrócić uwagę na zagadnienie niesłychanie ważne, fundamentalne: obrachunek moralny to jednak nie jest rachunek sumienia, dobrze znany chyba wszystkim praktykującym katolikom, przygotowującym się do sakramentu pojednania (spowiedzi). Nie jest to więc lista grzechów, wykroczeń, czy nawet przestępstw, ani też krzywd wyrządzonych innym ludziom – choć od takiej listy można zacząć.
 
Załóżmy, przykładowo, że moja lista wygląda następująco: okłamałem żonę – 327 razy, oszukałem syna – 284 razy, nałgałem matce – 529 razy, opowiadałem zmyślone historie bratu – 612 razy, okłamałem szefa – 53 razy, koleżankę – 27 razy, kolegę – 18 razy, przyjaciela – 9 razy… Szczerze, uczciwie i dokładnie, prawda? Mogę nawet dorzucić jeszcze garść szczegółów i dokładnie wyjaśnić na czym te kłamstwa polegały. Jest to, być może, całkiem niezły „materiał” na spowiedź generalną, ale dla potrzeb obrachunku moralnego z Kroku Czwartego, taka lista, spis, czy wykaz, może stanowić co najwyżej punkt wyjścia do dalszej pracy. Dlaczego? Ano dlatego, że w Kroku Piątym mowa jest o wyznaniu istoty błędów, a nie o odczytaniu listy występków. Dlatego, że w Kroku Siódmym prosimy o usunięcie naszych braków, a nie o zabranie nam kartki ze spisem postępków moralnie nagannych. Program Dwunastu Kroków jest pewną całością i dlatego „robi się” go z kimś, kto to rozumie, kto dostrzega powiązania, kto zdaje sobie sprawę, że tu często coś wynika z czegoś i dokądś prowadzi.
 
Czym jest w takim razie ta istota błędów, którą mam odkryć podczas pracy nad Krokiem Czwartym i wyznać w Kroku Piątym? Istota błędów, to odpowiedź na podstawowe pytanie: dlaczego robię to, co robię? Dlaczego zachowuję się, czy reaguję, w taki właśnie, a nie inny sposób? W przykładzie, który podałem: dlaczego okłamuję wszystkich wokół, dlaczego nie potrafię być szczery? Być może wynika to z niskiej samooceny, z kompleksu niższości? Może jestem przekonany, że muszę koloryzować i zmyślać różne niestworzone historie na swój temat, bo mnie takiego, jaki jestem naprawdę, nikt nie będzie lubił i kochał? A może jestem Dorosłym Dzieckiem Alkoholika (kłamstwa bez potrzeby, to jedno z typowych zachowań DDA)? Z niską samooceną, z lękiem przed odrzuceniem, z zaburzeniem DDA, coś można zrobić – z listą występków nie można zrobić nic, to tylko fakty, które miały miejsce w bliższej lub dalszej przeszłości; przeszłości, której przecież nie da się zmienić.
 
Bardzo niewielkie pole manewru, jeżeli w ogóle jakiekolwiek, pozostawia przekonanie, że wady charakteru, to taki dopust boży (takim mnie Boże stworzyłeś, to takim mnie masz), a w ogóle to wina rodziców i ich metod wychowawczych, albo ewentualnie coś w rodzaju „pakietu startowego”, gotowego zestawu cech, czyli zarówno wad, jak i zalet, z którym przyszliśmy na świat, i na który nie mamy właściwie żadnego wpływu. Z tak rozumianymi wadami można sobie oczywiście „walczyć”.
Kiedy mnie sytuacja do tego zmusiła, a zdarzało się tak częściej, niżbym sobie życzył, i to nie tylko w pijanym życiu, z wielką powagą, przekonaniem, nawet wiarą we własne słowa twierdziłem, że ze swoimi wadami charakteru to ja nieustannie walczę. I taka deklaracja najczęściej wystarczała. Ale pewnego razu, we Wspólnocie AA, trafił się wyjątkowo wredny typ i zaczął nękać mnie pytaniami o to, co ja dokładnie w związku z tym robię, na czym, ale tak konkretnie, już bez „lania wody”, ta moja walka z wadami polega? Z wielkim zapałem próbowałem nawet wymyślić coś sensownego, ale bardzo szybko stało się najzupełniej jasne, że cała ta „walka z wadami”, to jedynie pustosłowie, za którym nie idą żadne realne działania. Dobił mnie całkowicie pytając jeszcze, od jak dawna tak sobie z tymi wadami walczę i jakie są tego skutki. Kiedy, zgodnie z prawdą, aczkolwiek wyjątkowo niechętnie, przyznałem, że walczę od lat kilkudziesięciu, a efekty są w zasadzie żadne…
Pamiętam, jak podczas tej rozmowy, gorączkowo i rozpaczliwie szukając argumentów, wymyśliłem, że walczę ze swoimi wadami w ten sposób, że po prostu staram się tego nie robić – chodziło wtedy zdaje się o kłamstwo, a więc staram się mniej kłamać. On popatrzył na mnie, ja na niego… Nic więcej nie było do powiedzenia i faktycznie nie padły już żadne słowa. Jestem jednak przekonany, że obaj, w tym momencie, myśleliśmy o tym samym – o piciu. W czasach uzależnionego picia także przecież walczyłem z alkoholem i swoją słabością, także starałem się pić mniej, albo przynajmniej nie upijać „w trupa”, do „urwanego filmu”, torsji. Zgadza się, czasem faktycznie nawet mi się to udawało, ale ostatecznie… wiadomo. „Objawem obłędu jest oczekiwanie na odmienne efekty przy niezmienionych działaniach”. Moja walka z alkoholem była równie mało skuteczna, jak i z wadami charakteru. Czas było zmienić metodę…
 
Sytuacja zmienia się diametralnie, kiedy zrozumiem, że ja te swoje wady charakteru może nie tyle mam, co ich używam. Tak! Dokładnie tak! Używam swoich wad charakteru, korzystam z nich, jak narzędzi z podręcznego kuferka, przybornika, który zawsze i w każdej sytuacji, mam przy sobie, z którym w żaden sposób nie jestem w stanie się rozstać. Pozostaje teraz, stosunkowo proste już pytanie, po co ja tych swoich wad używam, czemu to robię? Przecież wiem, że to wada, że nie powinienem, że to naganne. No, cóż… Używam swoich wad charakteru, bo mi się to po prostu opłaca, bo zawsze przynosi określone korzyści. Swoją drogą, próbowałem kiedyś znaleźć taką wadę, której użycie nie dawałoby profitów, ale mi się nie udało. Gdyby używanie wad wiązało się wyłącznie z samymi tylko stratami (a tak, tak, są tu też często jakieś konsekwencje, cena, którą trzeba zapłacić), to przecież wady bym nie używał. Gdyby każda, dokładnie każda moja próba koloryzowania, zmyślania na swój temat kończyłaby się ośmieszeniem, a może i pogardą ze strony otoczenia, błyskawicznie odechciałoby mi się to robić. Problem w tym, że do zdemaskowania dochodzi niezbyt często, za to zdarza się, że taki „poprawiony” wizerunek ułatwiał mi na przykład nakłonienie atrakcyjnej pani do… czegoś tam.
Użycie każdej wady przynosi korzyści. Złodziejstwo umożliwia wejście w posiadanie dóbr, na które nas nie stać, kłamstwo ułatwia uniknięcie odpowiedzialności – to tylko jeden niewielki przykład, bo przecież zyski z kłamstwa mogą być różnorakie, notoryczne spóźnianie się znakomicie podbudowuje nasze poczucie własnej wartości, a nawet władzy nad innymi ludźmi (oni muszą na mnie czekać), lenistwo zapewnia więcej czasu dla siebie, tchórzostwo pomaga unikać ryzykownych decyzji, a co za tym idzie także konsekwencji takich decyzji i w ogóle działania itd. itp.
Tak jak nikt nie wlewał mi wódki do gardła „na siłę”, tak i nikt przemocą nie może zmusić mnie do używania swoich wad. Przy najbardziej nawet sprzyjających okolicznościach, to nadal i wciąż ja decyduję, czy ze swojej skrzynki narzędziowej wyjąć złodziejstwo, albo inną wadę, i go użyć, czy jednak nie.
 
W taki oto sposób praca nad Czwartym Krokiem odbiera komfort używania własnych wad charakteru, ale daje jednocześnie nadzieję oraz realną szansę – w odróżnieniu od niesprecyzowanego i mało skutecznego „walczenia” – na skuteczną korektę tych zachowań, których nie chcemy u siebie już dłużej tolerować, które – przy oczywistych profitach – przynoszą nam jednak także konsekwencje, jakich wolelibyśmy uniknąć. Rozpoznanie własnych wad charakteru, ale także okoliczności, w których ich najczęściej używamy, sposobów i metod, jakie przy tym stosujemy i wreszcie korzyści, jakie dzięki nim osiągamy, wydają mi się wyjątkowo ważnym elementem i jednym z celów „strategicznych” podczas realizacji Czwartego Kroku.
 
Kolejnym, nie mniej ważnym motywem, jest zapoczątkowany tu właśnie proces zapoznawania się z własną duchowością. Moim zdaniem duchowe jest to, co nie jest materialne, a więc świat wartości człowieka. Mogą się na niego składać takie elementy jak miłość, uczciwość, rodzina, dom, Bóg, odpowiedzialność, praca, dzieci i dziesiątki innych, ale właśnie – mogą. Poważnym błędem jest założenie, że wszyscy mamy, czy też wyznajemy, identyczne wartości. To nie jest prawda! Nie ulega natomiast żadnej wątpliwości, że życie zbudowane i oparte na cudzych wartościach, doprowadzi w konsekwencji do cierpienia. Przykład: wszyscy (a przynajmniej tak mi się wydaje) twierdzą, że dzieci są dla nich wielka wartością. No, to dla mnie pewnie też muszą być, bo gdybym się głośno przyznał, że nie, to wyszłoby na to, że jestem pewnie jakiś nienormalny. Ale przecież prawdą, którą już znam jest to, że w rzeczywistości nudzą mnie i złoszczą te rozwydrzone, hałaśliwe bachory i zupełnie nie mam ochoty się nimi zajmować. W porządku, ja nie muszę mieć dzieci, w braku potomstwa i wielodzietnej rodziny nie ma niczego złego, ale jeżeli wmówię sobie, że dzieci są dla mnie ważne i jednak zostanę ojcem, to tylko unieszczęśliwię i dziecko, i jego matkę, i wreszcie samego siebie.
Dokładnie taki sam efekt, czyli cierpienie, wystąpi w przypadku prób funkcjonowania z kompletem wartości ze sobą sprzecznych. Przykład: wielką wartość ma dla mnie wolność osobista, a szczególnie wolne związki. Uważam też, że prawdziwy mężczyzna, nawet nie tyle może, co wręcz powinien, mieć wiele partnerek. Jeśli jednak moją wartością jest także Bóg i Dekalog, to… no, nie ma cudów, coś tu będzie „zgrzytać”, bo wartości, które wzajemnie się wykluczają, nie będę w stanie poskładać w jakąś harmonijną całość. Jako alkoholik, odporność na przeciągające się, długotrwałe cierpienie mam bardzo niewielką, albo i żadną, natomiast – do czasu rzecz jasna – jedynym remedium, jakie znam, jakie przychodzi mi na myśl odruchowo i automatycznie, jest wódka.
 
Alkohol, do pewnego momentu, skutecznie pomagał mi uciekać od życia, od siebie, od cierpienia, od nieakceptowanej rzeczywistości… Krok Czwarty okazał się być początkiem drogi powrotnej.





Więcej i szerzej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.



Dziedzictwo Służby AA


       DWANAŚCIE KONCEPCJI WSPÓLNOTY AA

Błędem i sporym nieporozumieniem byłoby założenie, że Wspólnota Anonimowych Alkoholików oraz jej Program to tylko i wyłącznie Dwanaście Kroków, choć oczywiście od nich wszystko się zaczyna. Zaryzykuję twierdzenie, że Program AA zawarty jest w trzech legatach (zwanych też dziedzictwami), na które składają się: Dziedzictwo Zdrowienia, Dziedzictwo Jedności oraz Dziedzictwo Służby, a i to pewnie jeszcze nie wszystko.

Sama nazwa: Dwanaście Koncepcji dla Służb Światowych AA (The Twelve Concepts for World Service), które zatwierdziła Konferencja Służb Ogólnych w Nowym Jorku w 1962 roku, rodzi wiele nieporozumień, a zwłaszcza przekonanie, że nie dotyczą one mojej grupy AA, a jedynie jakiejś centrali w Ameryce. W tym momencie warto zdać sobie sprawę, że pierwszą służbą światową, jest służba mandatariusza grupy AA. Tym niemniej Koncepcje mają zastosowanie w każdej grupie AA, nawet takiej, w której z jakichś powodów nie ma mandatariusza.

Jeśli chcę żyć bez alkoholu, trzeźwieć, poznawać siebie, porządkować swoją przeszłość, odbudowywać relacje z bliskimi – korzystam z Dwunastu Kroków. Jeśli chcę spłacać dług wdzięczności wobec Wspólnoty, nadal się rozwijać, szukać i odnajdywać sens życia, stawać się lepszym człowiekiem, a jednocześnie nie chcę już być sam i pragnę wreszcie realnie wytrzeźwieć – podejmuję się pełnić służbę, zwłaszcza poza grupą, i wtedy ważne stają się w moim życiu Tradycje. Żeby jednak służbę pełnić zgodnie z zasadami oraz z pożytkiem dla siebie i innych, warto, żebym zapoznał się z Dwunastoma Koncepcjami.

Polskie tłumaczenie Dwunastu Koncepcji dla Służb Światowych zostało oficjalnie zaaprobowane jako DWANAŚCIE KONCEPCJI DLA SŁUŻB AA W POLSCE jesienią 2011 roku. Poniżej tzw. krótka forma. 


DWANAŚCIE KONCEPCJI DLA SŁUŻB AA W POLSCE

Niniejsza skrócona wersja „Dwunastu Koncepcji dla służb AA w Polsce" została zaakceptowana przez Konferencję Służby Krajowej AA w Polsce. Poniższe Koncepcje mają zastosowanie w pełnieniu służby na wszystkich poziomach struktur AA w Polsce - w Służbie Krajowej AA, w regionach AA, w intergrupach AA oraz w grupach AA. Stosowanie zasad zawartych w Dwunastu Koncepcjach ma także znaczenie dla osobistego rozwoju indywidualnego członka AA.

1. Najwyższe uprawnienia dla służb AA w Polsce powinny zawsze mieć oparcie w sumieniu zbiorowym całej naszej Wspólnoty, wobec którego służby ponoszą ostateczną odpowiedzialność.

2. Konferencja Służby Krajowej AA w Polsce jest niemal we wszystkich sprawach aktywnym głosem i skutecznie działającym sumieniem całej naszej społeczności.

3. Aby zapewnić skuteczne przewodzenie, powinniśmy przyznać tradycyjne „Prawo do Decyzji" każdemu elementowi służby AA - Konferencji, Radzie Powierników, Radzie Fundacji, Biuru Służby Krajowej, komisjom KSK oraz ich personelowi i osobom zarządzającym.

4. Wszystkie poziomy służby AA powinny mieć przyznane tradycyjne „Prawo do Uczestnictwa", pozwalające na głosowanie proporcjonalne do ponoszonej odpowiedzialności.

5. Na wszystkich poziomach naszej struktury powinno obowiązywać tradycyjne „Prawo do Apelacji", gwarantujące wysłuchanie głosu mniejszości i wnikliwe rozpatrzenie skarg.

6. Konferencja Służby Krajowej AA w Polsce uznaje, że główna inicjatywa i odpowiedzialność za większość spraw związanych ze służbami AA powinna należeć do obdarzonych zaufaniem członków Konferencji, działających jako Rada Powierników Służby Krajowej AA w Polsce.

7. Statut i regulaminy Fundacji BSK AA w Polsce są instrumentami prawnymi, upoważniającymi Powierników do kierowania i prowadzenia spraw Wspólnoty AA. Karta Konferencji nie jest dokumentem prawnym; opiera się na tradycji, a jej skuteczność zależy od dobrowolnych datków członków AA i posiadanego budżetu.

8. Powiernicy są planistami głównych działań Wspólnoty AA w Polsce. Zarządzają finansami AA i sprawują nadzór nad Fundacją BSK AA, zachowując prawo wyboru jej Zarządu, otaczając opieką wszystkie poziomy służb AA w Polsce.

9. Dla naszego przyszłego funkcjonowania i bezpieczeństwa nieodzowne jest dobre przywództwo w służbach. Przewodzenie służbom, pierwotnie sprawowane przez Założycieli, powinno być sprawowane przez Powierników.

10. Z każdą służbą w jednakowym stopniu powinny wiązać się odpowiedzialność i uprawnienia, których zakres powinien być zawsze wyraźnie określony.

11. Powiernikom powinno się zawsze zapewnić dobór optymalnych zespołów, komisji, dyrektorów służb, członków zarządu, personelu i konsultantów. Przedmiotem najwyższej troski zawsze pozostaną: ich skład, kwalifikacje, procedury wyboru oraz uprawnienia i obowiązki pełniących służbę.

12. We wszystkich swoich poczynaniach Konferencja Służby Krajowej AA w Polsce ma się kierować duchem tradycji AA, dbając o to, by sama nigdy nie stała się ośrodkiem niebezpiecznego bogactwa lub władzy. Podstawową zasadą finansową ma być zapewnienie wystarczających funduszy operacyjnych i rozsądnej rezerwy budżetowej. Żaden z członków Konferencji nie może mieć nieuzasadnionej władzy nad innymi. Wszystkie ważne decyzje powinny być podejmowane w drodze dyskusji i głosowania, i - jeśli to tylko możliwe - jednomyślnie. Działania Konferencji nigdy nie mogą powodować pociągnięcia jej członków do odpowiedzialności karnej lub wywołania publicznej polemiki. Konferencja nigdy nie będzie rządziła i - tak jak Wspólnota, której służy - na zawsze pozostanie demokratyczna w duchu i działaniu.

(Przedruku i adaptacji Dwunastu Koncepcji Anonimowych Alkoholików dokonano za zezwoleniem „AA World Services, Inc.")


Ciekawostką może być fakt, że wiele Koncepcji znakomicie funkcjonowało we Wspólnocie AA na długo przedtem, zanim je spisano, nazwano, przyjęto i opublikowano. Podczas Konwencji w St. Louis w 1955 roku Bill W. ogłosił, że oto Anonimowi Alkoholicy wkroczyli w dojrzałość, to jest, że Wspólnota gotowa jest już sama zająć się własnymi sprawami i za siebie odpowiadać, i przekazał wszystkie uprawnienia (władzę), które dotąd dzierżyli założyciele i weterani, w ręce grup AA, które od tego czasu znajdują się na szczycie naszej odwróconej piramidy (struktury). A czy nie to właśnie stanowi istotę Pierwszej Koncepcji? Podczas tej samej Konwencji grupy AA przekazały znaczącą część swoich uprawnień Konferencji Służby Krajowej (posługuje się tu terminologią polską) – Koncepcja Druga. Nieco później Konferencja Służby Krajowej delegowała istotną część swoich uprawnień Radzie Powierników – Koncepcja Szósta, a Rada Powierników scedowała część swojej władzy Fundacji BSK – Koncepcja Jedenasta.

Moja podpowiedź, sugestia:
Jeśli wydaje Ci się, że Koncepcje nie mają zastosowania na poziomie grupy, nie rozumiesz ich, podstaw w miejsce pojęcia „Konferencja” określenie „wszyscy członkowie grupy AA”, a zamiast „Rady Powierników” (czy „Powierników”) - po prostu „służby mojej grupy AA”.
Wydaje mi się, że poznawanie Koncepcji dobrze byłoby rozpocząć od… ostatniej z nich, w niej to bowiem zawarta jest idea i sama istota zagadnienia. A oto przykład mojego rozumienia, zastosowania i wykorzystania trzech innych Koncepcji na poziomie grupy:


Koncepcja TrzeciaAby zapewnić skuteczne przewodzenie, powinniśmy przyznać tradycyjne „Prawo do Decyzji” każdemu elementowi służby AA – Konferencji, Radzie Powierników, Radzie Fundacji, Biuru Służby Krajowej, komisjom KSK oraz ich personelowi i osobom zarządzającym.

Jeśli chcemy, żeby ktoś coś dla nas robił, to po pierwsze, wybieramy osobę, której ufamy, a po drugie powinniśmy jeszcze umożliwić tej osobie efektywne działania, stosownie do służby, jaką ma pełnić. Skarbnik grupy AA otrzymuje wprawdzie od tzw. sumienia grupy wskazówki co do polityki finansowej, jaką ma realizować, ale konkretnych, bieżących zakupów dokonuje już przecież samodzielnie i w tym przejawia się jego prawo do decyzji. Mandatariusz ma obowiązek przekazywać na spotkaniach Intergrupy to, co mu grupa zaleciła, ale gdy dochodzi do jakiegoś głosowania, kieruje się Pierwszą i Piątą Tradycją AA, a nie wyłącznie partykularnymi interesami swojej macierzystej grupy. Mandatariusz nie jest przecież chłopcem na posyłki. Zawsze powinien mieć na względzie nasze wspólne dobro.


Koncepcja CzwartaWszystkie poziomy służby AA powinny mieć przyznane tradycyjne „Prawo do Uczestnictwa", pozwalające na głosowanie proporcjonalne do ponoszonej odpowiedzialności.

W grupie AA (w Intergrupie, Regionie) wszyscy mamy równe prawa. Początkujący i weterani są takimi samymi anonimowymi alkoholikami (albo i nie, bo Wspólnota zatrudnia też nie alkoholików), więc w równym stopniu mają prawo uczestniczyć w życiu Wspólnoty i kiedy przychodzi do głosowania, nie ma szefów, podwładnych, mężów zaufania, nowicjuszy, sponsorów i podopiecznych. Przede wszystkim jednak, żaden szczebel struktury Wspólnoty AA nie ma ostatecznej władzy nad innymi. Bill W. pisał: „Za każdym razem, gdy powstaje władza absolutna, stanowi to zaproszenie dla tej samej skłonności do nadmiernej dominacji we wszystkich sprawach, małych i wielkich. Dopiero po latach zauważyliśmy, że nigdy nie można powierzać całej władzy jednej grupie, a praktycznie całej odpowiedzialności innej, a następnie oczekiwać wydajnego działania, nie mówiąc już o prawdziwej harmonii”, i to – jak się wydaje – stanowi istotę Czwartej Koncepcji: nie ma władzy bez odpowiedzialności. I odwrotnie.
Oczywiście zakres znaczeniowy tej Koncepcji jest znacznie szerszy, bo tzw. „prawo do uczestnictwa” wyraźnie koliduje z niecnym procederem przyjmowania do AA i pozwala mi uczestniczyć w każdym mityngu, jeśli tylko chcę przestać pić; dzięki niemu mogę też czynnie uczestniczyć w głosowaniach itd. itp.

Koncepcja PiątaNa wszystkich poziomach naszej struktury powinno obowiązywać tradycyjne „Prawo do Apelacji”, gwarantujące wysłuchanie głosu mniejszości i wnikliwe rozpatrzenie skarg.

Demokracja wydaje się być całkiem niezłym systemem dla Wspólnoty AA, ale nie oznacza to jednak, że całkowicie pozbawionym wszelkich wad. Zawsze istnieje w niej zagrożenie „dyktaturą większości”. Owszem, w przeważającej większości wypadków, większość ma rację, jednak trzeba pamiętać, że nie zawsze się tak dzieje, że czasem może być właśnie na odwrót i okazać się, że słuszność była po stronie mniejszości.

Jeśli w jakimkolwiek głosowaniu (mityng organizacyjny, inwentura grupy, Intergrupa, Rada Regionu itd.), nie udało się osiągnąć jednomyślności, zawsze należałoby zapytać, czy ktoś chciałby swoją decyzję, czy stanowisko dodatkowo uzasadnić. Jeśli nie, sprawa jest właściwie zamknięta, ale jeśli tak, należy „opozycji” zapewnić pełne prawo do wypowiedzenia się, przedstawienia swoich racji. Po wysłuchaniu argumentów warto byłoby teraz upewnić się, czy któraś z biorących udział w głosowaniu osób, na skutek tych argumentów nie zmieniła zdania, bo i tak się może zdarzyć. Jeśli w tym momencie zgłosi się choćby jedna osoba, całe głosowanie należałoby powtórzyć.
Ale uwaga – przydatności tego pomysłu nie należy przeceniać. Najlepszy nawet system, metoda, procedura organizowania głosowań nie zastąpi rozmów, uzgodnień, pragnienia porozumienia, współdziałania i zgody. Wydaje się raczej, że jeśli z tego typu rozwiązań trzeba korzystać, to najpewniej nie zostały jeszcze wyczerpane (przed głosowaniem!) wszelkie drogi osiągnięcia porozumienia.

 


 --
Tekst aktualizowany ostatnio zimą/wiosną 2012.


sobota, 20 marca 2010

Cuda na mityngach AA

Mityng AA, to cudowny czas i miejsce. A cudowny, dlatego że czasem dzieją się tam cuda; po prostu. Jednak zanim przejdę do opisu tych cudów, chciałbym stwierdzić pewien fakt, który nie zawsze jest tak oczywisty, a przynajmniej nie zawsze wyraźnie rzuca się w oczy: uczestnicy takiego spotkania nigdy nie widzieli mnie pijanego; nigdy ze mną (w czasach mojego picia) nie mieszkali, nie spali, nie sprzątali po mnie, nie prali, ani nie musieli znosić różnych moich humorów, gdy byłem niedopity, albo na kacu.

Mityngowe cuda i podzielność doświadczenia

Tych „oni nigdy” jest o wiele więcej, ale wszystkie one jakoś gubią się w klimacie powszechnej życzliwości, zrozumienia i akceptacji, oczywistej podczas mityngu AA. W pogoni za takimi właśnie, przyjemnymi, a więc wysoce pożądanymi uczuciami, dość długo nie zauważałem, a może ignorowałem, wszystkie te „oni nigdy”, a zwłaszcza fakt podstawowy: tak naprawdę, oni mnie nie znają! 
Zresztą, nie wydawało się to specjalnie ważne, w końcu przecież czułem się wreszcie tak, jak zawsze chciałem się czuć, bezpiecznie, wśród swoich, a więc pozornie wszystko było w jak najlepszym porządku. Na straży mojego dobrego samopoczucia stoi także scenariusz mityngu AA. Zgodnie z nim, nikt nie ma prawa, nie śmie i nie waży się, skrytykować moje działania, ocenić moje postępowanie, zwrócić mi uwagę, czy choćby dopytać o cokolwiek. Nawet gdyby tego chciał. Ale wiadomo przecież, że „kruk krukowi oka nie wykole”, a więc jest duża szansa, że nie będzie chciał.

Ale miało być o cudach. Pierwszy cud zaobserwowałem właściwie zupełnie przypadkowo. Pewnego razu, bez jakichkolwiek starań z mojej strony, wysłuchać musiałem opowieści alkoholika oraz tej samej historii przedstawionej nieco później przez jego żonę. Choć obie relacje nie dotyczyły odległych czasów jego picia, ale wydarzeń dziejących się niedawno, w …nastym roku abstynencji, nie potrafiłem pojąć, ani uwierzyć, że mowa jest o tym samym człowieku, o tej samej rodzinie, o tym samym domu i tym samym zdarzeniu. Najwyraźniej jedno z nich funkcjonowało w jakiejś zupełnie innej rzeczywistości.

Jako rasowy egocentryk natychmiast zadałem sobie pytanie, czy w razie czego, moje przekonania o mnie, są zbieżne z opinią na mój temat… na przykład mojej byłej żony? Albo mojego syna? Albo szefa? Jednak ostateczny, końcowy wniosek z tych rozważań zaprowadził mnie dalej i jest następujący: jeżeli inni uczestnicy mityngu tak naprawdę mnie nie znają (a przecież nie znają!), jeśli skutecznie chronią mnie mityngowe scenariusze, prowadzący i rzecznicy – to ja, raz w tygodniu, jestem w stanie dokonać fantastycznego cudu przemiany i zaprezentować podczas mityngu AA takiego człowieka, jakim chcę sam siebie widzieć, albo jakim wydaje mi się, że jestem.
Nie byłbym w stanie zrobić tego z ludźmi, z którymi mieszkam, albo pracuję, czyli spędzam czasem nawet po kilkanaście godzin na dobę, ale na mityngu, przez dwie… no, może nawet cztery godziny w tygodniu – dam radę. Wyczaruję tam dowolną postać i z powodzeniem zagram najtrudniejszą nawet rolę. I, co gorsza, nie ma zbyt wielkich szans na zdemaskowanie mnie, a nawet gdyby się to komuś z obecnych udało, to i tak musi cicho siedzieć.

Następne zagadnienie, to podzielność doświadczenia. „Dzielimy się doświadczeniem, siłą i nadzieją…” – słowa, których słuchałem i które czytałem pewnie już kilka tysięcy razy. Ale myślę, że przy razie mniej więcej czterdziestym, przestałem już je słyszeć, zwracać na nie uwagę, zastanawiać się nad ich treścią i znaczeniem. I dopiero całkiem niedawno…

Ziutek (imię oczywiście zmyślone) opowiedział na mityngu następującą historię: pierwszy raz w życiu płynął promem. Ze Świnoujścia do Ystad. Po około dwóch godzinach rejsu zachciało mu się pić. Miał wszystkie klasyczne objawy głodu alkoholowego. Radził sobie z nim dzielnie przez kilka godzin, ale wreszcie uległ. Skierował się do baru, by kupić sobie wódkę. Ubiegło go kilku Skandynawów – podróż zbliżała się do końca, więc przed zejściem na ląd chcieli wypić ostatnie drinki, które tutaj, na promie były wielokrotnie tańsze niż w Szwecji. Zanim nadeszła Ziutka kolej, prom przycumował i bar został zamknięty, a więc napić mu się nie udało. Po godzinie od zejścia na ląd, objawy nawrotu minęły. Ziutek do dziś nie wie, czy głód alkoholowy pojawił się w związku z chorobą morską, czy może z powodu lęku przed morzem, katastrofą i utonięciem, a może był po prostu efektem jakiegoś od dawna rozwijającego się nawrotu, którego na czas nie rozpoznał. Oczywiście przyczyny mogły być jeszcze zupełnie inne.

Ziutek opowiedział swoją historię, to jest – podzielił się swoim doświadczeniem. Jemu, na skutek tego dzielenia się, doświadczenia na szczęście nie ubyło, ale czy mnie przybyło? Wysłuchałem jego relacji uważnie, ale czy jakakolwiek część jego doświadczenia stała się moim doświadczeniem? Czy w ogóle, w ten sposób, zdobyłem jakiekolwiek doświadczenie?

W przyszłości planuję podróż. Jej część stanowić będzie przeprawa promowa. Nigdy dotąd nie byłem na promie. Czy dzięki opowieści Ziutka mogę uważać, że dostanę choroby morskiej, a w konsekwencji nawrotu? Nie ma żadnych podstaw do takich przypuszczeń, tego nie wiedział i sam Ziutek. Czy będę się bał podczas rejsu i ze strachu zachce mi się pić? Nie ma żadnych podstaw do takich przypuszczeń, Ziutek też nie był tego pewien. To wreszcie, czy to jego doświadczenie, którym się podzielił, jest mi w ogóle do czegokolwiek przydatne? Mógłbym w tym momencie odpowiedzieć, że zupełnie nie, ale to nie byłaby cała prawda. Dzięki jego opowieści wiem już, że wybierając się w podróż promem powinienem być szczególnie ostrożny, bo kto wie, co się może zdarzyć alkoholikowi. Ale na czym miałaby, konkretnie, ta ostrożność polegać? Ano, tego też nie wiem.

Jaki stąd wniosek? W wielu przypadkach doświadczenie jest po prostu niepodzielne. Zazwyczaj cudze doświadczenie nie ma szansy stać się moim doświadczeniem i to bez względu na to, z jakim zapałem oraz zaangażowaniem zostało opowiedziane i z jaką uwagą go wysłuchałem. Doświadczenia najczęściej jednak rodzą się z osobistych przeżyć, a nie z cudzych opowieści.


Konkluzja ostateczna:
Propozycja, oferta, Wspólnoty AA to (według mnie) trzy elementy:
1. Pisanie Programu ze sponsorem i wdrażanie go we własnym życiu.
2. Służby pełnione na różnych poziomach Wspólnoty Anonimowych Alkoholików.
3. Mityng, podczas którego mogę opowiadać o konkretnych doświadczeniach i przeżyciach zdobytych podczas praktycznej realizacji obu poprzednich punktów (dzielić się).

Jeśli z tej trzypunktowej propozycji wezmę dla siebie i realizował będę w praktyce tylko punkt trzeci (a przecież mi wolno!), to grozi mi dość poważne niebezpieczeństwo – ryzyko, że mityngu AA używał będę nie dla własnego zdrowienia (trzeźwienia), ale nawet wręcz przeciwnie: by nadal podtrzymywać nierealistyczne przekonania o sobie samym, o swoim życiu, o związkach, o pracy itd. tyle tylko, że teraz już bez alkoholu w krwiobiegu. A jeśli do tego będę sobie jeszcze wmawiał, że wszystkie cudze opowieści przysparzają mi realnego, życiowego doświadczenia, to mogę zupełnie zagubić się w krainie iluzji i fantazji, nawet nie wiedząc kiedy…



piątek, 19 marca 2010

Krok 3 Programu 12 Kroków

Postanowiliśmy powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, jakkolwiek Go pojmujemy.
(ang. Made a decision to turn our will and our lives over to the care of God as we understood Him.)

Jak rozumiem Krok 3 Programu 12 Kroków AA?

W tekście Kroku Trzeciego pojawia się Bóg – jakkolwiek Go pojmujemy – tym niemniej w książce stanowiącej w pewnym sensie jakby „instrukcję obsługi” Kroków, to jest w „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji” określenia „Bóg” i „Siła Wyższa” (wyższa) nadal stosowane są przez autora zamiennie. To ważne. Zwłaszcza dla osób, które mają z Bogiem, a choćby i z samym słowem, pewien… kłopot. Dość długo miałem z Trzecim Krokiem poważne problemy. Wielokrotnie słyszałem, że Program AA jest programem działania, ale w tym przypadku kompletnie nie wiedziałem, co ja mam konkretnie zrobić. Ano, właśnie… zrobić. Słowo klucz. Podstawa. Co ja mam zrobić? Czego się ode mnie oczekuje? Jakie działania mam podjąć, żeby uzyskać obiecane i pożądane efekty?
 
Nie wiem już teraz z jakiego powodu – pewnie wydawało mi się, że tak będzie dobrze – podzieliłem ten Krok na dwie części: osobno powierzenie życia i osobno powierzenie woli. Pomysł na powierzenie życia miałem: pewnego razu po prostu oddałem Bogu w kościele cały bałagan mojego życia, w jednym akcie powierzenia. W ten sposób zrobiłem to, co wydawało mi się potrafiłem zrobić. Koncepcji na powierzenie woli nie miałem żadnej całymi latami. Pamiętam nawet, jak sfrustrowany i wściekły z powodu swojej nieudolności w tej materii, stawiałem nawet prowokacyjne pytania: czy mam Boga prosić o podpowiedź i instrukcję co do tego, czy wolę na śniadanie jajka na twardo, czy na miękko?
Na mityngach usłyszałem, że Bóg – jakkolwiek Go pojmujemy, lub nie pojmujemy – przemawia do nas poprzez innych ludzi. Zacząłem więc wyjątkowo uważnie słuchać tego, co mówią i jak mówią, a także bacznie obserwować codzienne wydarzenia, pod kątem wskazówek adresowanych do mnie osobiście przez Boga. Niewiele brakowało, a zagubiłbym się w tych działaniach zupełnie, postrzegając otaczający mnie świat i ludzi tylko i wyłącznie jako ciąg zakamuflowanych sygnałów Pana Boga. Na moje szczęście w odpowiednim momencie znalazł się przy mnie człowiek mądry, który zaproponował, żebym przestał wreszcie bawić się w Sokole Oko, czy innego tropiciela śladów. Podpowiedział mi też, że jeśli jestem chrześcijaninem, to przecież powinienem dobrze wiedzieć, jaka jest wola Boga wobec mnie.
Wskazówka „jeśli jesteś chrześcijaninem” okazała się zupełnie wystarczająca. Znalazłem odpowiedź, dzięki której mogłem przestać szukać, rozpoznawać, rozszyfrowywać, właściwie interpretować, wolę Boga zawartą w jakichś tajemniczych i zakamuflowanych sygnałach i znakach. Przecież Bóg wyraźnie i jednoznacznie oznajmił mi, jaka jest Jego wola wobec mnie – zrobił to w Dziesięciu Przykazaniach.
 
Całe to, trudne dotąd do zrozumienia, powierzenie Bogu życia oraz woli może oznaczać po prostu, wybór, decyzję, postanowienie: odtąd będę się starał żyć zgodnie z zasadami zawartymi w Dekalogu. Nawet wtedy, a może zwłaszcza wtedy, gdy mi się to nie podoba, czy przeszkadza w realizacji moich zachcianek.
No, ale co w tej sytuacji mają zrobić niewierzący? Jestem całkowicie pewien, że Program Dwunastu Kroków również jest znakomitym pomysłem na życie – zwłaszcza dla alkoholika i to bez względu na jego wierzenia, lub ich brak. Mój pomysł na życie (przekonania i oceny, wybory i decyzje, system wartości itd.) zaprowadził mnie na detoks. Objawem obłędu jest oczekiwanie odmiennych efektów, przy niezmienionych działaniach, a to oznacza po prostu, że jeżeli nie zmienię swojego zestawu „reguł gry” na jakiś inny, to prędzej czy później wyląduję w tym samym miejscu. Proste! Jeśli moje własne przekonania doprowadziły mnie w praktyce do życiowej katastrofy – staram się zmienić te przekonania na jakieś inne, które, jak mam nadzieję, nie będą dla mnie destrukcyjne. Podczas swojej pierwszej terapii odwykowej próbowałem żyć dokładnie tak samo, jak wcześniej, tylko że bez alkoholu. To się zupełnie nie udało. Stare AA-owskie powiedzenie mówi, że przestać pić to nic trudnego, wystarczy tylko zmienić całe swoje życie. Pić wprawdzie już nie chciałem, ale nie godząc się na konieczne zmiany w życiu, wylądowałem na drugim odwyku, w ośrodku zamkniętym.
 
W marcu 2007 roku, po pewnym spotkaniu i rozmowie, napisałem tekst związany z problematyką Trzeciego Kroku, powierzenia i działania, pod tytułem: „Krok 3 dotyczy działania!”. Myślę, że w tym momencie warto do niego wrócić.
 
 
Instrukcje, wybory, decyzje, postanowienia… Niewątpliwie są ważne, może nawet najważniejsze, jednak w Kroku Trzecim jest też coś więcej, coś nieuchwytnego, duchowego. W moim „nasiąkaniu i przesiąkaniu”, bo chyba tylko tak mogę to nazwać, ideą tego Kroku, ważną rolę odegrało kilka tekstów. Kiedy jest mi smutno, coś mi się nie udaje i zastanawiam się, czy mnie Bóg nie opuścił, przypominam sobie „Orędzie serca”. Możliwe jest, że tekst ten napisała Mary Stevenson – jeśli tak, to jestem jej za niego głęboko wdzięczny – pod oryginalnym tytułem „Footprints”, ale tej informacji nie udało mi się dotąd jednoznacznie i bez wątpliwości potwierdzić. Otrzymuję sprzeczne informacje na temat autorstwa.
 
Orędzie serca
We śnie szedłem brzegiem morza z Panem, oglądając na ekranie nieba całą przeszłość mojego życia.
Po każdym z minionych dni zostawały na piasku dwa ślady – mój i Pana.
Czasami jednak widziałem tylko jeden ślad odciśnięty w najcięższych chwilach mojego życia.
I rzekłem: „Panie, postanowiłem iść zawsze z Tobą; przyrzekłeś być zawsze ze mną; czemu zatem zostawiłeś mnie samego wtedy, gdy było mi tak ciężko?”
Odrzekł Pan: „Wiesz synu, że cię kocham i nigdy cię nie opuściłem. W te dni, gdy widziałeś tylko jeden ślad, ja niosłem ciebie na moich ramionach”.
 
Kiedy z najbardziej nawet realistycznych zamierzeń i przedsięwzięć, do których mocno się przywiązałem, nie wiadomo dlaczego, jakoś nic nie wychodzi, pomocne bywa, żartobliwe i kpiarskie powiedzenie: „Jeśli chcesz rozbawić Pana Boga, to opowiedz Mu o swoich planach”.
Ale najdziwniejszy w tym moim zbiorku był jednak pewien szczególny SMS od dawnej koleżanki. Z założenia miał to być żart. Sądzę, że wysłała ten tekścik do wszystkich swoich znajomych z książki adresowej, jednak na mnie wywarł piorunujące wrażenie, ze względu na sytuację życiową, w jakiej się wtedy znalazłem, stan ducha, może wewnętrzną potrzebę. Ten pozornie głupiutki SMS brzmiał: „Halo, tu Niebo! Mówi Pan Bóg. Informuję, że wszystkie twoje prośby i modlitwy do mnie docierają. Musisz jednak zrozumieć, że czasami moja odpowiedź brzmi: NIE”.
Jeśli czasem moje modlitwy, prośby, błagania, nie przynoszą oczekiwanego rezultatu, to jeszcze nie jest dowód na to, że Bóg mnie nie słucha, albo, że w ogóle Go nie ma. Być może po prostu w tym przypadku Jego odpowiedź brzmi – nie!
A dlaczego nie? Tu przypomina mi się króciutka modlitwa: „Dziękuję Ci Panie za wszystko, co mi dałeś, za wszystko, co mi zabrałeś i za wszystko, czego mi oszczędziłeś”. I tak sobie czasem myślę, że może właśnie wtedy, kiedy Jego odpowiedź brzmi „nie”, oszczędził mi… cierpienia? Ja się przecież nigdy, tak naprawdę i do końca, nie dowiem, co by było gdyby… gdyby mnie nie rzuciła, gdybym dostał tę pracę, gdybym wyjechał, gdybym został… A tak… Tak jest po prostu łatwiej żyć.
 
W Kroku Pierwszym, jeśli nie wcześniej, alkoholik uzyskuje świadomość własnej bezsilności wobec alkoholu i zdaje sobie sprawę z utraty, a przynajmniej znacznego ograniczenia, zdolności do kierowania swoim życiem.
W Kroku Drugim odnajduje Siłę, która może mu w tej sytuacji pomóc. Silę, której wierzy, której ufa, albo na początek uczy się wierzyć i ufać. Czy będzie to Wspólnota Anonimowych Alkoholików, Służba Zdrowia, Bóg, poradnia odwykowa, sponsor, pojedyncza grupa AA, czy może jeszcze ktoś inny, nie ma większego znaczenia.
W Kroku Trzecim alkoholik postanawia podporządkować się zaleceniom, czy sugestiom tej Siły i rzeczywiście to robi. Program Dwunastu Kroków, Dekalog, propozycje sponsora, czy choćby te najprostsze rady, które można usłyszeć na mityngu: nie trzymaj alkoholu w domu, nie przebywaj bez potrzeby w miejscach i z ludźmi, którzy piją, to wszystko są elementy realizacji Trzeciego Kroku, bo jego istotą jest rezygnacja z własnej samowoli. I tak powoli, niepostrzeżenie, okazuje się, że powierzenie życia i woli, to w zasadzie jedno i to samo, bo czyż moje jutro nie zależy – do pewnego stopnia – od tego, co zrobię (postanowię, zdecyduję, wykonam) dziś?
 
Czy trzy pierwsze Kroki gwarantują alkoholikowi, że już się nigdy w życiu nie napije? Niestety, nie. Gwarancji dożywotniej abstynencji człowiekowi uzależnionemu od alkoholu nie da nikt i nic. Tym niemniej jestem całkowicie przekonany, że rzetelna, codzienna realizacja wskazówek zawartych w tych Krokach we własnym życiu znakomicie ułatwia utrzymanie abstynencji.
 
 
 
 
--- 
* „Jak to widzi Bill”, str. 241.
** „Doktor Bob i dobrzy weterani”, str. 281-82.





Więcej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.



sobota, 20 lutego 2010

Przysłowia, aforyzmy, sentencje

W środowisku niepijących alkoholików, na mityngach AA, ale nie tylko tam, usłyszeć można rozmaite powiedzonka, z których większość jest efektem wieloletnich doświadczeń. Stanowią one (zazwyczaj!) skarbiec mądrości Wspólnoty i alkoholików, także tych, którzy do AA dopiero trafią… kiedyś. Teraz zbieram je i kolekcjonuję. Jeśli znasz jeszcze jakieś, proszę, przyślij mi je pocztą elektroniczną. 
W poniższym zbiorku, chcąc uniknąć spekulacji odnośnie „ważności”, zastosowałem kolejność alfabetyczną.
 
AA jest jak mafia, kto odchodzi – ginie.
Być może, w swoim podstawowym znaczeniu, zapewnia odrobinę poczucia przynależności, ale tak w ogóle, jest to powiedzenie pełne arogancji, pychy i… zupełnie nieprawdziwe. Przekaz bowiem jest taki: „jak nie będziesz z nami i nie będziesz robił to, co my – zdechniesz, zapijesz się na śmierć!”, a to nie jest prawdą – AA nie ma monopolu na zdrowienie z alkoholizmu, a przekonanie, że wszyscy, którzy odchodzą z AA wracają do picia, jest z gruntu fałszywe.
Ale powiedzenie to można rozumieć również jako przenośnię i wtedy, niestety, wiele w nim prawdy. Alkoholicy z AA utrzymują kontakty z alkoholikami z AA. Alkoholicy z AA utrzymują kontakty z ludźmi zdrowymi. Ale alkoholicy z AA prawie nigdy nie utrzymują kontaktów z alkoholikami, którzy odeszli z AA, choć nadal utrzymują abstynencję. Taki ktoś po prostu przestaje dla nas istnieć. Oczywiście, nie musi tak być zawsze, ale… Nie twierdzę, że zawsze odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponosi jedna ze stron – po prostu stwierdzam fakt, który obserwuję od lat. A powiedzenie chyba lepiej zapomnieć.
 
Bóg istnieje, ale ja nim nie jestem.
To powiedzenie najczęściej słyszy się podczas omawiania tematów związanych w Krokami Drugim i Trzecim. Gdy alkoholik próbuje w miesiąc uporządkować i odbudować swoje relacje z Bogiem, kościołem, religią, wiarą, kapłanami, często od przyjaciela może właśnie usłyszeć: „spokojnie, nie wszystko na raz, w tej chwili pamiętaj tylko, że Bóg istnieje, ale to nie ty nim jesteś”. Jest to też przypomnienie, że dość długo żyliśmy według własnych przekonań, zachcianek i fantazji, próbując grać rolę bogów swojego świata, więc może już wystarczy? Owszem, moje życie ma jakiś cel i sens, ale to niekoniecznie ja je określam i wyznaczam.
 
Daj czas czasowi, ale… do czasu.
Jedna z najczęściej powtarzanych na mityngach sentencji, niestety, zwykle tylko do przecinka. W takiej skróconej wersji traktowana jest, jako usprawiedliwienie, a nawet alibi: „Nic nie robię? Ależ skądże! Ja po prostu daję czas czasowi! To w AA mnie tego nauczyli!”. Natomiast z wieloletnich doświadczeń Wspólnoty wynika, że owszem, próba naprawienia, uzdrowienia całego życia wymaga czasu, nie da się tego zrobić, „odwalić” w tydzień, jednak konkretnych działań nie można odkładać w nieskończoność – to nie tędy droga.
 
Do programu AA nie można być za głupim, ale można być za mądrym.
Powiedzenie problematyczne. W wyjątkowo przykry sposób przypomina klasową niechęć do inteligencji, roznieconą i wykorzystywaną przez komunistów w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku (i pewnie utworzone bez złej woli przez osoby, które się w tamtym okresie wychowały). 
Podczas gdy w artykule pochodzącym z Raportu Światowego Mityngu Służb AA w NJ w 2004 r. znaleźć można zdanie: „Nasze przykre doświadczenie pokazuje, że ignorancja zabija AA”, polscy AA-owcy z dumą deklarowali na mityngach, że nigdy żadnej wspólnotowej książki nie przeczytali (ani jakiejkolwiek innej), żeby przypadkiem nie być za mądrym, z żadnym sponsorem nie pracowali, bo alkoholik musi odrzucić wszelkie autorytety (poza Bogiem) i mimo to, a może właśnie dzięki temu, trzeźwieją już po kilkanaście lat.
Powiedzenie to może mieć pewną wartość i sens, jednak żeby do niego dotrzeć, potrzebne są wyjaśnienia, tłumaczenia, dopowiedzenia, zastrzeżenia oraz powoływanie się na inne, bardziej jednoznaczne mądrości AA-owskie. Na przykład: „Ten Program działa, kiedy ja działam”, które znakomicie zwraca uwagę na potrzebę działania w procesie zdrowienia, bo dzięki samym tylko rozważaniom teoretycznym, żaden alkoholik jeszcze skutecznie nie wytrzeźwiał. Wszystko pewnie byłoby prostsze, gdyby zamiast „mądrości”, która zwykle kojarzy mi się z mądrością życiową ludzi starszych, była tu „wiedza”. Bo to wiedza właśnie nie chroni np. lekarzy przed uzależnieniem, albo terapeutów-alkoholików przed zapiciem.
Ale ostatecznie, co komu po zgrabnym powiedzeniu, które trzeba pół godziny wyjaśniać? Bo w pierwotnej wersji jest ono niestety tylko promocją zbyt często jeszcze dochodzącej do głosu polskiej cechy narodowej, to jest – ignorancji. 
Przyznam też, że jako człowiek trzeźwy, nie przepadam za określeniami skrajnie wartościującymi: mądry – głupi, zły – dobry itp. Pozostawiam to dzieciom w piaskownicy.
 
Im dalej ostatniego kieliszka, tym bliżej pierwszego.
Ostrzeżenie – długa abstynencja nie gwarantuje jeszcze, niestety, trwałej abstynencji. Alkoholik upojony kolejnymi rocznicami czasem dochodzi do wniosku, że skoro nie pije już tyle lat, to teraz już wie, może, potrafi… na przykład ignorować pewne zalecenia, lekceważyć rady i sugestie innych. Miałem może z pięć lat abstynencji, kiedy zaczęło mi się wydawać, że te wszystkie wskazówki dobre są może dla nowicjuszy, ale przecież nie dla mnie, doświadczonego weterana. Wtedy właśnie po raz pierwszy usłyszałem to ostrzeżenie, choć słyszałem je wcześniej wiele razy.
 
Jeśli ci się nie chce iść na mityng, to biegnij.
Z doświadczeń tysięcy alkoholików wynika, że niechęć do uczestnictwa w mityngach czasem może być sygnałem ostrzegawczym, objawem nawrotu choroby alkoholowej, a w takim razie, tym bardziej należałoby się na mityng wybrać. W każdym razie lepiej jest zapobiegać, niż później…
 
Jeśli dziesięć osób mówi ci, że masz ogon, to się przynajmniej odwróć i sprawdź.
Znakomite porzekadło! Przede wszystkim ze względu na brak aroganckiego autorytaryzmu. Nikt tu nie twierdzi, że większość ma, lub musi mieć rację, natomiast z tak ogromnej dysproporcji – dziesięć do jednego – wynika, że może jednak warto się zastanowić, przemyśleć i sprawdzić, bo większość jednak może mieć rację. Nawet jeśli ich zdanie, na pierwszy rzut oka (ucha), wydaje się bez sensu.
 
Jeśli nadal uważasz wszystkich w AA za przyjaciół, to widocznie zbyt rzadko chodzisz na mityngi.
Brzmi w tym powiedzeniu kpina i ironia, ale jest ono przede wszystkim przestrogą. Wielu alkoholików trafiając do AA wręcz zachłystuje się atmosferą akceptacji i życzliwości, a nadużywane i odmieniane na wszelkie sposoby słowo „przyjaciel”, klimat ten jeszcze podsyca. Fakt, że zmagamy się z tą samą chorobą i spotykamy na mityngach, nie gwarantuje automatycznie przyjaźni, wysokich standardów moralnych, uczciwości, bezinteresowności. Określone potrzeby emocjonalne nowicjuszy są całkowicie zrozumiałe, ale warto pamiętać, że brak roztropności i zwyczajna naiwność nie przynoszą pożytku w żadnym środowisku.
 
Jeżeli trzeźwość nie rodzi trzeźwości, oznacza, że jej nie było, albo umarła jak drzewo, które uschło zanim zakwitło, pozbawione życiodajnego środowiska.
W takiej wersji powiedzenie to pojawiło się w 2003 roku w „Skrytce 2/4/3”, ale w praktyce występuje w wielu nieznacznie różniących się odmianach, których sens i znaczenie nie ulegają zmianie. W USA Anonimowi Alkoholicy mawiają: „żeby mieć, musisz dawać”. Znaczenie jest identyczne: żeby zachować trzeźwość i nadal się rozwijać, musimy przekazywać dalej to wszystko, co dostaliśmy od sponsora, grupy, Wspólnoty AA, Programu. Natomiast, jeżeli swoją trzeźwość będziemy próbowali samolubnie zachować tylko dla siebie, możemy ją utracić, nadal i wciąż utrzymując abstynencję. 
Słyszałem też porównanie, zgodnie z którym trzeźwość przepływa przez alkoholików, wzbogacając każdego z nich, ale… „trucizna czai się w stojącej wodzie”.
W najprostszej wersji: jeśli z trzeźwości alkoholika nie jest w stanie korzystać nikt poza nim samym, to jaka to trzeźwość?!
 
Każdy alkoholik przestaje kiedyś pić, niektórym udaje się to jeszcze za życia.
Pozornie zabawne, w rzeczywistości brutalne, może nawet nieco cyniczne przypomnienie, że choroba alkoholowa, nie leczona, może się okazać chorobą śmiertelną. Komunikat: prędzej, czy później i tak przestaniesz pić, ale tylko od ciebie zależy, czy będzie cię to kosztowało życie; dziś jeszcze możesz wybierać, jutro może już być na to za późno.
 
Kto chce – szuka sposobów, kto nie chce – szuka powodów.
Sentencja genialna wręcz w swojej prostocie i mądrości. Nie wiem, czy wymyślił ją alkoholik, ale nie słyszałem jej nigdzie poza AA. Znakomicie pomaga rozpoznać własne, jak i cudze nastawienie. Jeśli rzeczywiście chcę pomóc, to będę starał się znaleźć na to sposób, radę. Natomiast jeśli tak naprawdę nie chcę (brak chęci nie musi być w pełni świadomy!), będę potrzebował obiektywnych i racjonalnych powodów odmowy: „ja to bym dla ciebie bardzo chętnie, no ale sam rozumiesz… nie mam czasu”. Oczywiście sentencja dotyczy nie tylko pomocy i ewentualnej niechęci do jej udzielenia. Argumenty kogoś, kto nie chce rozstać się z nałogiem, na przykład paleniem papierosów, ale zna przynajmniej kilka powodów, dla których nie powinien, a nawet nie może tego zrobić, bywają nieprawdopodobne.
 
Najpierw rzeczy (sprawy) najważniejsze.
Podstawowe znaczenie dotyczy abstynencji. Dopóki alkoholik nie pije, wszystko jest możliwe. Jeśli jest w stanie zrobić wszystko (no, prawie) dla utrzymania abstynencji, wtedy ma szansę na normalne życie. Warto jednak pamiętać, że rzeczą najważniejszą, dla osoby uzależnionej, jest abstynencja, a nie… komfort i wygoda zdrowienia.
Głębsze znaczenie ma związek z pokorą i realizacją niektórych Kroków, choćby Siódmego, czy Dziewiątego. Mój czas na tym najpiękniejszym ze światów jest dość ograniczony, nie będę przecież żył wiecznie, a to oznacza, że nie na wszystko wystarczy mi czasu. Zdając sobie z tego sprawę, mając taką świadomość, muszę nauczyć się wybierać właśnie to, co jest dla mnie najważniejsze. Rzecz jasna wcześniej powinienem swoje priorytety rozpoznać.
 
Nikt tego za ciebie nie zrobi, ale nigdy nie zrobisz tego sam.
Zabawna gra słów, pozorna sprzeczność. Nikt za ciebie nie przestanie pić, nie zrealizuje Programu, nie wytrzeźwieje, jednak nie poradzisz sobie z tymi zadaniami bez pomocy i wsparcia, na przykład sponsora, czy grupy. Naucz się prosić, bo samotnie nie masz możliwości osiągnąć celu.
 
Przestać pić? To było najłatwiejsze ze wszystkiego – wystarczyło tylko zmienić całe swoje życie.
Każdy alkoholik robił sobie krótsze lub dłuższe przerwy w piciu, ale przerwa w piciu, to jeszcze nie trzeźwość – żeby nie wrócić do picia i ostatecznie wytrzeźwieć, trzeba było całkowicie przebudować system przekonań, sposób myślenia, reakcje, zachowania, stosunki z innymi ludźmi… całe życie.
 
Rąbiesz nie to drzewo.
Przysłowie, które może przyjmować dwa odmienne znaczenia. Pierwsze, życzliwe: ciężko pracujesz i widać, że w to, co robisz, wkładasz wiele wysiłku i zaangażowania, ale jeżeli efektów nie widać, to może problem leży w innym miejscu, może nie tu jest „pies pogrzebany”? Drugie, niechętne: odczep się, daj sobie spokój, nie szukaj dziury w całym, prowokując awanturę niczego nie osiągniesz.
 
Tak głęboka jest twoja choroba, jak głębokie są twoje tajemnice.
Maksyma powtarzana często przy okazji tematów związanych z Czwartym i Piątym Krokiem. Mroczne tajemnice, te wszystkie „gdyby oni się kiedyś dowiedzieli, to…”, powodują lęki i poczucie alienacji, wyobcowania. Człowiek dręczony niewyjawionymi demonami własnej przeszłości, ma problemy z bliskością, więzią, cierpi.
 
Ten Program działa, kiedy ja działam.
Program AA jest programem działania, a nie tylko gadania, czy słuchania. Oczywiście, zawsze warto, przed przystąpieniem do pracy, dowiedzieć się, jak ją wykonać, ale to tylko wstęp, przygotowanie. Mogę całymi latami chadzać na mityngi i słuchać, jak to robią inni, ale jeśli nie podejmę działania, nie osiągnę raczej nic więcej, jak tylko niezbyt pewną abstynencję, a przecież nie tylko o nią tu chodzi. 
Kilka dni temu słuchałem kolejnej smutnej opowieści o zapiciu po dłuższej abstynencji – tym razem po czternastu latach. Jak wiele innych, kończyła się stwierdzeniem: „i nawet nie wiem, jak znalazłem się w knajpie”. Ja za to wiem jedno – nigdy w życiu nie słyszałem historii przerwanej abstynencji, której „bohater” opowiadał, że korzystał z pomocy poradni odwykowej, regularnie chodził na mityngi, pracował ze sponsorem, realizował Program w życiu, czytał literaturę aowską i… zupełnie nie wie, jak się znalazł w knajpie z kieliszkiem w ręku.
 
Trzymaj z wygranymi.
Wygranymi są tu oczywiście ci, którzy nie piją, zdrowieją, rozwijają się. Alkoholizm jest bezwzględną chorobą, bądź gotów rozstać się z przyjacielem z terapii lub mityngów, gdy ten postanowi wrócić do picia. Jemu nie pomożesz, a siebie i swoją trzeźwość wystawisz na ogromne ryzyko. Gdy gra toczy się o życie, nie ma zbyt wiele miejsca na sentymenty. Trzymaj z wygranymi, naśladuj ich, podglądaj, staraj zdobyć to, co oni osiągnęli: trzeźwość, spokój, pogodę ducha. Nie możesz dać komuś czegoś, czego sam jeszcze nie masz. 
 
Wyjmij watę z uszu i wsadź do ust.
Pomysł z lekka odrażający, gdyby go traktować dosłownie, ale oczywiście nie o to tu chodzi. Pewien schemat postępowania, czy zachowania, można w AA obserwować bardzo często. Alkoholicy speszeni w pierwszych dniach nowym środowiskiem, nieznanymi ludźmi, zwykle zachowują milczenie. Dzięki atmosferze życzliwej akceptacji panującej zwykle na mityngach „otwierają się” i po kilku tygodniach, lub miesiącach, zaczynają mówić. O trzeźwieniu, zasadach AA, realizacji Programu, nowym życiu, mają do powiedzenia o wiele więcej niż weterani, którzy w tych tematach rzeczywiście mają jakieś doświadczenie. Nowicjusz, który ma mnóstwo do powiedzenia, nie bardzo wiedząc o czym mówi, już nie słucha innych – słucha samego siebie, swoich przekonań, wyobrażeń, rojeń. To może być dla niego niebezpieczne. Stąd właśnie wskazówka: przestań tyle gadać, zacznij dla odmiany słuchać!
 
Z ogórka kiszonego nie da się na powrót zrobić świeżego. Alkoholizm jest podobny do ciąży.
Uzależnienie od alkoholu jest chorobą trwałą. Powrót do stanu sprzed zachorowania nie jest możliwy. Tak, jak nie można być trochę w ciąży, tak samo nie da się być trochę alkoholikiem. Albo – albo.
 
Żyj i daj żyć innym.
Wiktor Osiatyński w książce „Alkoholizm i grzech, i choroba, i…” pisał o, typowym dla uzależnionych, niedoborze podstawowych umiejętności społecznych. We Wspólnocie AA mówią „żyj i daj żyć innym”. Myślę, że na jedno wychodzi. Odstawienie alkoholu nie spowodowało jeszcze automatycznie, że przestałem być dla ludzi i świata uciążliwym problemem, a jeżeli nie dysponuję bezludną wyspą, muszę się wreszcie nauczyć żyć z ludźmi, a nie przeciwko nim i… sobie. 
 
Kilka takich powiedzonek wymyśliłem już sam, na swój własny, prywatny użytek. Narodziły się one w efekcie osobistych doświadczeń i przeżyć. Dodam, że często wyjątkowo paskudnych doświadczeń i przeżyć.
 
Jeśli wdepniesz w gówno – wykorzystaj to jako okazję, żeby się nauczyć dobrze czyścić buty.
W trakcie pierwszej terapii kilka razy sięgałem po alkohol. Kiedy po tych wydarzeniach jako tako się otrząsnąłem, zrozumiałem, że mam wybór – mogę starać się o tym zapomnieć, albo jakoś wykorzystać to doświadczenie, czegoś się dzięki niemu nauczyć. Wybrałem to drugie, uznałem, że nie stać mnie na tak bezsensowne marnotrawstwo, jakim jest ignorowanie doświadczenia. Zwłaszcza tak koszmarnego. Ja po prostu nie chciałem potwierdzać opinii Jana Kochanowskiego o rodakach: 
Cieszy mię ten rym: Polak mądry po szkodzie. 
Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie, 
Nową przypowieść Polak sobie kupi 
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.
 
Jeśli wyruszasz w daleką drogę, to lepiej sprawdź, co niesiesz ze sobą w plecaku.
Każdego dnia o świcie wyruszam w drogę swojego życia. Mam nadzieję, że ta podróż nie skończy się już w południe. Ani jutro. Chciałbym, żeby to była bardzo daleka droga. Staram się przy tym pamiętać, że warunkiem dobrego marszu jest minimalne obciążenie. Czy naprawdę chcę taszczyć na własnym grzbiecie bagaż uraz, złości, pretensji i żalów? A niezdrowa zależność do ludzi i rzeczy? A przekonania, opinie i rady rodziców? Czy rzeczywiście mi służą? Warto zrobić porządek w plecaku, bo po co latami dźwigać zbędny ciężar?
 
Planuj działania, a nie efekty.
Niesamowicie dla mnie ważne! Druga część Kroku Pierwszego. Problem ograniczonej zdolności do kierowania własnym życiem. Co z tego dla mnie wynika? Tak na co dzień, w praktyce? Czyli, przede wszystkim, co ja mam (muszę, chcę) robić? Kiedy wymyśliłem tę radę, czy sugestię, okazało się, że znakomicie pomaga mi ona odróżniać to, na co rzeczywiście mam wpływ, czym mogę kierować, od tego, na co wpływ mam mocno ograniczony, albo nawet żaden. Skutecznie obniża liczbę zawodów, rozczarowań, żalów…
 
Twoje szczęście, to moja radość, ale twoja nienawiść, to nie mój problem.
Część pierwsza jest chyba oczywista, zrozumiała i nie wymaga wyjaśnień. Potrafię już (zazwyczaj!) cieszyć się z czyjegoś sukcesu, powodzenia, szczęścia. Druga część okazała się bezcenną nauką, jaką wyniosłem z wyjątkowo nieprzyjemnego zdarzenia. Usłyszałem kiedyś od pewnego DDA (Dorosłego Dziecka Alkoholika), że „nienawidzi wszystkich alkoholików”. W takich sytuacjach zwykle reagowałem agresywnie (najlepszą obroną jest atak), albo zaczynałem bronić się inaczej, próbując coś wyjaśniać, tłumaczyć, przekonywać. Jednak tym razem było zupełnie inaczej. Po raz pierwszy chyba usłyszałem, że mój rozmówca mnie nie atakuje, że on w ogóle nie mówi o mnie! Bo przecież on poinformował mnie o swoich uczuciach, a konkretnie o swojej nienawiści do alkoholików. Ja nie jestem jego ojcem, nie zrobiłem mu krzywdy, nic mu nie jestem winien. Owszem, rozumiem go, nawet współczuję, ale… jego złość, żal, uraza, to nie jest mój problem. Za jego uczucia nie jestem, nie czuję się i nie chcę się czuć odpowiedzialny. Choć on, być może, chciałby je na mnie przerzucić. Od tamtego czasu powiedzenie to przydaje mi się często i nie tylko w sytuacjach związanych z alkoholizmem.
 
Na koniec sentencja nie moja, ani nie AA-owska, ale ulubiona: 
Statki są bezpieczne w porcie, ale nie po to je zbudowano, by tam stały
Przypominam ją sobie zawsze, kiedy tylko moja deklarowana gotowość na zmiany okazuje się jedynie pobożnym życzeniem.



 

Więcej w moich książkach