wtorek, 16 stycznia 2007

Ósma rocznica abstynencji

Wczoraj była ósma rocznica mojej abstynencji. Była i minęła. Czy faktycznie bez śladu? Niedawno przecież mówiłem, że ja dzień przed nią i dzień później będę takim samym człowiekiem, więc czym się tu ekscytować?
  
Moja ósma rocznica abstynencji

Dostałem kilka książek i innych prezentów, wysłuchałem gratulacji i życzeń... A dziś od 6:30 oglądałem film "Nazywam się Bill W."- to jeden z prezentów. Tak jakoś poczułem, że mi to potrzebne. Niezbędne. Stary film, może odrobinę naiwny, ale mi to nie przeszkadzało. Ja nigdy wcześniej nie widziałem tego filmu i może dlatego zrobił na mnie dość duże wrażenie. Jest w nim taka scena, w której Bill krąży w hollu hotelowym pomiędzy recepcją i telefonem, a barem. Kilka kroków w kierunku baru, kilka w odwrotną stronę, znów w stronę flaszki i znów wycofanie... Bardzo dobrze to znam i pamiętam z własnego doświadczenia - tak właśnie zaczęło się moje ostatnie picie. Bill w filmie wybrał telefon z prośbą o pomoc, a ja wtedy, osiem lat temu, poszedłem jednak do sklepu monopolowego.
 
Na ten mityng nie przyszła moja była żona i mój syn - co mi się marzyło, ale zjawiła się bardzo bliska koleżanka, o której myślałem, że już o mnie zapomniała. I to też potrafię potraktować jak swoisty i bardzo cenny prezent. A ponadto jest to dla mnie sygnał, że zaczynam wreszcie umieć cieszyć się z tego, co mam, zamiast użalać się nad sobą i pielęgnować zawód i rozczarowanie z powodu tego, czego mieć nie mogę.
 
Gratulacji i życzeń się spodziewałem, w końcu to oczywiste na mityngu rocznicowym. Zaskoczyło mnie jednak coś innego - wiele osób mówiło o wdzięczności za to, co kiedyś powiedziałem lub zrobiłem i co dla tych osób było ważne, pomocne. A przecież podczas mityngów ja, często skrępowany i zawstydzony, mówię tylko o faktach z mojego pijanego życia i o wnioskach oraz przemyśleniach, które z nich wyciągnąłem.
Od kiedy przestałem być jedynie bywalcem albo gościem mityngów i nieco poważniej podszedłem do realizacji Programu AA, zdarza mi się też mówić o Krokach i Tradycjach - i to podobno też się komuś przydało.
 
Na swój rocznicowy mityng przyszedłem zaledwie kilka minut przed rozpoczęciem. Do ostatniej chwili czekałem w domu na byłą żonę, mając nadzieję, że może jednak zdąży wrócić z pracy i namówię ją na udział w tym spotkaniu. Poza tym odpowiadałem na SMS-y z życzeniami. Kiedy wszedłem na salę wszystko było już właściwie przygotowane - zadbali o to przyjaciele. W tym momencie dotarło do mnie coś niesamowicie ważnego - zmieniłem się bardziej niż przypuszczałem!
 
Większą część życia byłem wyznawcą zasady "nie licz nigdy i na nikogo, radź sobie sam, albo zdychaj". A tu nagle okazuje się, że ja potrafiłem poprosić przyjaciela, żeby zrobił za mnie zakupy na tą okoliczność (ciastka, napoje) i zajął się przygotowaniami. Poprosiłem, on się zgodził i... z pełnym zaufaniem, bez wątpliwości i prób kontrolowania oddałem mu to wierząc, że zrobi to najlepiej jak potrafi. Pomysł okazał się zresztą bardzo dobry - Tomek faktycznie zrobił to lepiej niż gdybym sam się tym zajmował.
 
Mityng trwał jak zwykle 2 godziny. Moja rocznica zajęła czas jedynie do przerwy. Jednak przez tą godzinę wydarzyło się więcej niż mogłem sobie wcześniej wyobrazić. Chyba nie miałem racji mówiąc, że dzień przedtem i dzień potem będę dokładnie takim samym człowiekiem...
 
Wracałem do domu pieszo i czułem, jak przybywa mi prezentów. Pojawiały się coraz to nowe. Ale nie, nie w reklamówce, którą niosłem... w sercu.




Dużo więcej w moich książkach

poniedziałek, 18 grudnia 2006

Proces uwalniania się od wad

W obietnicach Wielka Księga podaje: "zyskamy nową wolność i nowe szczęście".
Dlaczego mówimy o "uzyskaniu wolności od wad"? Czyżby nas zniewalały?
Dlaczego? Jaką wolność dostaję/dostałem w wyniku działania Programu?


Jak uwolnić się od wad charakteru?

Moje własne rozumienie tych tematów wygląda następująco:
 
1. Kiedy piłem, nie byłem wolny. To chyba oczywiste zważywszy na to, że byłem uzależniony od alkoholu. UZALEŻNIONY człowiek nie jest wolny. Jako czynny alkoholik piłem, bo nie byłem w stanie przestać, piłem choć nie chciałem pić.
 
2. Wspominałem już w którymś tekście, że moje wady to jak skrzynka z narzędziami, którą zawsze mam przy sobie. 
 
3. Jeśli jakiejś wady nie mam, na przykład nigdy ona w moim życiu nie wystąpiła, to trudno mówić o wolności. Tak jak trudno byłoby mi jako mężczyźnie mówić o wolności od ciąży. Ja w ciąży być nie mogę, to mnie nie dotyczy, a wiec i wolności w tym żadnej. Podobnie jak w przypadku braku pieniędzy - nie jest wolnością to, że nie musze, bo nie mam ani grosza, wybierać miedzy chlebem a piwem.
 
4. Wolność to możliwość dokonywania wyborów. Analogicznie - brak możliwości dokonywania wyborów nie jest wolnością. Bóg (chrześcijański) dał ludziom wolną wolę, a wiec właśnie możliwość dokonywania wyborów.
 
5. Kiedy jestem wolny? Okazuje się, że tylko w pewnej niewielkiej chwili, pomiędzy bodźcem a reakcją. (Nazywa się to proaktywnością, ale to inna sprawa). Chodzi o to, żebym nie reagował jak zwierzę, pod wpływem impulsów, albo jak człowiek zniewolony uzależnieniem - pod wpływem choroby, tylko dał sobie czas na rozważenie sprawy i trzeźwe podjecie decyzji. I właśnie tylko w tej jednej chwili jestem wolny - mogę świadomie dokonywać wyborów.
 
Dlaczego mówimy o "uzyskaniu wolności od wad"?
 
To bardzo ciekawe pytanie. Ciekawe, gdyż z powodu specyfiki języka polskiego może być rozumiane dwojako. Znaczenie pierwsze, z którego wypływa najwięcej chyba nieporozumień dotyczących Kroków VI-VII mówi, że wolność od wad, to brak wad; nie ma ich, nie istnieją, zero. Przy takim rozumieniu oczekiwać na to, ze Bóg "zniknie" wszystkie moje wady, to ja sobie mogę w nieskończoność. Mając przy okazji błogą świadomość, że On nigdy tego nie zrobi - bo przecież dał mi wcześniej wolną wolę.
 
Czym w takim razie jest ta wolność od wad? Ano, jest możliwością dokonywania trzeźwych wyborów. Jestem alkoholikiem, Bóg odebrał mi obsesję picia, ale to nie znaczy, że "zniknął" moją chorobę alkoholowa. On uwolnił mnie od tej wady, czyli stworzy warunki, w których ja, alkoholik, mogę wybierać, czy się napić, czy nie.
Ja nikotynista mogę wybierać, czy zapalę, czy nie.
Ja złodziej mogę wybierać, czy ukradnę, czy nie.
Itd.
Itd.
Itd.
 
Ja nadal i po kres życia będę nosił ze sobą swoją skrzynkę z narzędziami/wadami. Ale z pomocą Boga mogę być od tych wad wolny - one nie muszą determinować mojego życia.




Dużo więcej w moich książkach

sobota, 18 listopada 2006

Otwarty mityng AA


Kilka dni temu obserwowałem ciekawe wydarzenie, które skłoniło mnie do przemyślenia problemu zamkniętych i otwartych mityngów AA.


Otwarty mityng (spotkanie) grupy AA

Właśnie na otwartym mityngu zjawiło się czworo nowicjuszy z problemem alkoholowym, deklarujących chęć przystąpienia do Wspólnoty. Powstał kłopot - ta grupa nie przyjmuje "nowych" podczas otwartych spotkań. Odmówić nowicjuszom, czy zmienić status mityngu? Po konsultacji z sumieniem grupy wybrano to drugie - mityng zmieniono na zamknięty. 
Kiedy nowicjusze szczęśliwie zostali przyjęci, zjawił się z kilkuminutowym spóźnieniem nowy gość pragnący uczestniczyć w spotkaniu AA. Człowiek ten oświadczył, że w chwili obecnej absolutnie nie czuje się gotowy do składania jakichkolwiek deklaracji dotyczących swojego stanu zdrowia lub picia, czyli innymi słowy mówiąc, nie jest jeszcze pewien, czy jest uzależniony. A przyszedł właśnie tego dnia, bo w poradni odwykowej poinformowano go, że będzie mityng otwarty, a na takim może być każdy, nie tylko alkoholicy.  
Teraz prowadzący miał już rzeczywiście duży problem. Starał się wyjaśnić nowoprzybyłemu, że mityng był otwarty jeszcze kilka minut temu, teraz jest zamknięty, bo są nowicjusze... Pomieszanie prowadzącego rosło, "gość" z kolei wyraźnie coraz mniej z tego wszystkiego rozumiał; wreszcie zapadła pełna skrępowania i napięcia cisza. Po kilkuminutowych dyskusjach, szeptanych konsultacjach, gorączkowym poszukiwaniu rozwiązań w materiałach AA i ostatecznie po kolejnym głosowaniu, zdecydowano ponownie "otworzyć" mityng.
 
Dalej wszystko potoczyło się już gładko, ale... Pewien niesmak pozostał. Czy potrzebne było to całe zamieszanie i nerwy?
 
Zacząłem się zastanawiać nad potrzebą dzielenia mityngów AA na otwarte i zamknięte. Słyszałem, że w wielu krajach takie podziały nie istnieją, ale nie wiem, czy to prawda.
 
Jaki jest cel organizowania mityngów otwartych? Odpowiedź jest oczywista: żeby mogli przyjść na nie niezdecydowani, tacy, co to jeszcze nie są pewni, jeszcze nie są gotowi składać deklaracji typu- "tak, jestem alkoholikiem". Jest to szansa zaprezentowania Programu AA i jego działania ludziom z zewnątrz, może rodzinie alkoholika.
 
Czemu w takim razie służą zamknięte mityngi? Tu też odpowiedź z pozoru wydaje się prosta: po to, żeby alkoholicy mogli w swoim bezpiecznym gronie omówić krępujące, osobiste, drażliwe, sprawy czy tematy - głównie z okresu picia. Czemu "z pozoru"? Bo, jak wykazuje praktyka, anonimowość potrafi być w AA równie trwała jak mydlana bańka. I między innymi po to powstała instytucja sponsora, by te naprawdę ważne, intymne sprawy omawiać w rzeczywiście bezpieczny sposób i w cztery oczy, a nie w grupie dość przypadkowych osób. Faktem jest, że wielu znajomych skarżyło się, że po wyznaniu podczas mityngu jakiejś bolesnej prawdy, trafiała ona po pewnym czasie do ich rodzin czy przełożonych. Zamknięty mityng też, jak się okazuje, nie gwarantuje bezpieczeństwa.
 
Rozważając kwestię spotkań zamkniętych i otwartych wspominam swoje pijane złudzenia. Zawsze przecież wydawało mi się, że nikt nic nie wie, niczego się nie domyśla, nic nie widzi. Tymczasem moje pijackie wyczyny czy ekscesy nie były tak naprawdę żadną tajemnicą dla osób z mojego otoczenia. Co wyprawiałem i jak się zachowywałem, to wszyscy wokół wiedzieli nawet lepiej niż ja sam, bo przecież mnie się często film urywał w połowie jakiegoś działania. Tak więc chowanie czegoś teraz i nadal, za zamkniętymi drzwiami sali mityngowej, wydaje mi się w najlepszym wypadku zabawnym nieporozumieniem. Kiedyś nie wstydziłem się iść przez miasto kompletnie pijany, w jednym bucie, bo drugi zgubiłem gdzieś po drodze. To czego mam się wstydzić teraz? No, przecież podobno coś zmieniłem w tym swoim życiu. I podobno na lepsze. To co tu ukrywać?
 
Zapytałem kiedyś kolegę, co według niego by się stało, gdyby wszystkie mityngi były otwarte. Powiedział, że on by się bał, bo na pewno na każdy mityng zwalała by się kupa nie wiadomo jakich ludzi, ciekawskich, dziennikarzy, reporterów itp.
 
Rozumiem go. Też dość długo myślałem w ten sposób. Dziś jednak wydaje mi się, że to typowy dla nas, alkoholików egocentryzm podsuwa nam przekonanie, że cały "normalny" świat tylko czyha na nasze zwierzenia i wspomnienia z czasów picia. Myślę, a nawet jestem pewien, że zdrowi ludzie potrafią znaleźć sobie ciekawsze zajęcia niż przysłuchiwanie się żałosnym pijackim opowieściom podczas mityngów Anonimowych Alkoholików.
 
Tak więc pytanie pozostało. Czemu służą zamknięte mityngi AA?




Dużo więcej w moich książkach



środa, 18 października 2006

Przyjmowałem ludzi do AA

Dość długo uważałem za normalne i oczywiste, że nowicjuszowi przychodzącemu po raz pierwszy na mityng AA, prowadzący zadaje dwa pytania. Jedynie odpowiedź twierdząca na obydwa, upoważnia nowicjusza do uczestnictwa w zamkniętych mityngach Anonimowych Alkoholików.
Lata mijają, a ja mam coraz więcej wątpliwości...
Te dwa pytania, które zresztą i mnie kiedyś zadano, a które budzą we mnie coraz większe opory i wątpliwości, brzmią następująco:

1. Czy zauważyłeś, że picie alkoholu komplikuje twoje życie i masz kłopoty?
2. Czy masz szczerą chęć zaprzestania picia?


Przyjmowałem ludzi do Wspólnoty AA

Czy jest w tych pytaniach coś złego, szkodliwego? Pozornie niby nie, ale... W każdym razie swoje wątpliwości, o których wyżej wspominałem podzieliłbym na dwie grupy.
 
• Dlaczego nowicjuszowi zadawane są dwa pytania? Czemu nie jedno?
 
III Tradycja Wspólnoty mówi, że "Jedynym warunkiem przynależności do AA jest chęć zaprzestania picia". Jeżeli istnieje "jedyny" warunek to czemu służą dwa pytania oraz żądanie, żeby nowicjusz przyznał, że picie komplikuje mu życie i ma kłopoty? A poza tym "jedynym" warunkiem jest "chęć zaprzestania picia", a nie "szczera chęć zaprzestania picia".
 
Kiedy próbowałem o tym rozmawiać w gronie znajomych z AA, usłyszałem, że nowicjusz jest tak "zakręcony", że się w tym i tak nie połapie. Może to i prawda, ale, czy w takim razie "starzy AA-owcy" mają wykorzystywać wiadomy stan osoby, która na mityng AA przyszła pierwszy raz w życiu? A przede wszystkim - po co? Czy może po to, aby nadal istniała wątpliwej jakości tradycja, do której już się przyzwyczaili, a nawet przywiązali?
 
Poza tym, o zgrozo! dalej w pewnych miejscach funkcjonują scenariusze, według których najpierw przyjmuje się nowicjusza, a dopiero później czyta Preambułę AA - czyli "najpierw cię przyjmiemy, a dopiero później dowiesz się do czego cię przyjęliśmy"? Ale to uważam już za jawną kpinę.
 
W 2001 roku uczestniczyłem czynnie w zakładaniu nowej grupy. Udało mi się wtedy przeforsować sprawę nowego scenariusza. W każdym razie na dzień dzisiejszy są w moim mieście cztery mityngi tygodniowo, na których nowo przybyłym zadaje się pytanie (jedno!): "Czy masz chęć zaprzestania picia?" i tylko tyle, nic więcej. Choć, moim zdaniem, jest to i tak za dużo...
 
Całkiem niedawno doczekałem się "ciekawej" sytuacji: na jednej z grup "staroscenariuszowych" zjawił się nowicjusz, zadeklarował się jako alkoholik, przyznał, że chce przestać pić, ale... nie zgodził się z twierdzeniem, że ma kłopoty i że picie komplikuje mu życie. Nie byłem na tym mityngu, opowiadano mi o tym tylko, a mój rozmówca był tak skrępowany całą tą sprawą, że ostatecznie nie wyjaśnił mi, czy ten nowicjusz został w końcu przyjęty do AA i czy pozwolono mu zostać na zamkniętym mityngu.
 
Uważam, że takich sytuacji będzie coraz więcej. Tak zwane "dno" cały czas się podnosi, do AA trafiają ludzie, którym alkohol nie wyżarł jeszcze połowy mózgu (za mało "zakręceni"?) i nawet na swoich pierwszych mityngach będą mieli wątpliwości i obiekcje.
 
 
• Zmiany w scenariuszu jednej czy drugiej grupy nie w pełni mnie satysfakcjonują. Cały czas mam ważniejsze pytanie czy wątpliwość:
 
Kto mnie, jako prowadzącego mityng AA, upoważnił do przyjmowania lub nie przyjmowania do AA kogokolwiek? Jakie ja mam prawo, ja lub ktokolwiek prowadzący mityng, do zadawania komuś pytań (wszystko jedno, ilu) i od otrzymanych odpowiedzi uzależniania "prawa" tej osoby do udziału w mityngu Anonimowych Alkoholików?
 
Mogę powiedzieć, że przeczytałem większość literatury AA-owskiej. Niektóre pozycje więcej niż jeden raz. I nie znalazłem odpowiedzi na swoje pytania. Może dlatego, że nigdzie nie znalazłem żadnej instrukcji dotyczącej przyjmowania bądź nie przyjmowania kogokolwiek do AA. Moim zdaniem czegoś takiego po prostu nie ma, a przyjmowanie do polskiego AA jest jakimś wynaturzeniem. Do Wspólnoty Anonimowych Alkoholików nie ma przyjęć.
 
Jestem nawet w stanie to zrozumieć. Ludzie, którzy prawie 40 lat temu tworzyli w Polsce od podstaw Wspólnotę Anonimowych Alkoholików, z jednej strony byli przekonani o wartości obowiązujących w niej zasad, ale z drugiej byli wychowankami systemu totalitarnego (cokolwiek o nim myśleli) i pewne rzeczy po prostu i zwyczajnie nie mieściły się im w głowach. "Żadnych zapisów? No, dobrze. Żadnych kartotek? No, dobrze. Ale tak zupełnie żadnych formalności??? To może chociaż jakaś słowna deklaracja?! Ludzie nie będą cenić tego, co tak zupełnie bez niczego dostali!". Tak sobie wyobrażam, że być mogło. Poza tym to nie byli alkoholicy, o AA pojęcia wielkiego nie mieli.
 
Przez ostatni rok miałem okazję stykać się z wieloma ludźmi, którzy na mityngi AA uczęszczają w rozmaitych miejscach na Ziemi. Okazuje się, że przeczucia mnie nie myliły: przyjmowanie (lub nie) do AA i stawianie pytań, które to przyjęcie warunkują, jest wymysłem lokalnym.
 
• Żeby krytyka była konstruktywna, to napiszę może, jak ja to sobie wyobrażam.
Jeśli prowadzący mityng zauważy kogoś, kogo nie zna, może zadać pytanie: "Czy jest wśród nas ktoś, kto w tym gronie znalazł się pierwszy raz?" W przypadku odpowiedzi twierdzącej: "Trafiłeś na zamknięty mityng Anonimowych Alkoholików. Jeśli tu właśnie chciałeś się znaleźć, to witamy cię serdecznie i cieszymy, że jesteś dziś z nami". I to w sumie wszystko, na co można sobie pozwolić nie naruszając Tradycji. Oczywiście dotyczy to sytuacji, gdy nowa osoba nie została "wyłapana" przez odpowiednie służby jeszcze przed rozpoczęciem mityngu.
 
• Latem tego roku (2006) w Strzyżynie brałem udział w rozmowach na temat czytania literatury nie AA-owskiej podczas mityngów AA. Padł oczywiście w pewnej chwili argument odwołujący się do Tradycji: "Każda grupa jest niezależna we wszystkich sprawach...". I bardzo mi się spodobała odpowiedź: "Ależ tak! Masz rację. Macie prawo czytać co tam sobie ustalicie, choćby "Małego Księcia" - ale MY w AA czytamy literaturę AA".
 
I tak mi się czasem marzy, że może doczekam jeszcze czasów, gdy usłyszę: "Możecie nawet kwestionariusze osobowe kazać wypełniać, ale MY w AA działamy zgodnie z Tradycjami AA.




Dużo więcej w moich książkach



wtorek, 17 października 2006

Absolutnie nie porównywać!

W środowisku ludzi związanych z terapią odwykową, a zwłaszcza i przede wszystkim ze Wspólnotą Anonimowych Alkoholików, krąży całkiem pokaźna liczba rozmaitych powiedzeń, przysłów i innych "prawd". Wiele z nich, w niesamowicie prostej formie, zawiera cały ogrom mądrości życiowej wielu pokoleń trzeźwiejących alkoholików. Ale czy faktycznie wszystkie? Czy można podchodzić do nich całkowicie bezkrytycznie. Od powstania Wspólnoty Anonimowych Alkoholików (15 czerwca 1935) minęło 70 lat - na ile zadziałała zasada "głuchego telefonu"?


Tylko, broń Boże, nie porównywać i nie oceniać!

Hasło to wraca jak bumerang. I prawdę mówiąc mam coraz więcej wątpliwości... Skąd mam brać opinie o ludziach, rzeczach, zjawiskach, wydarzeniach, bez oceny? W jaki sposób, nie oceniając, mam się zorientować, że ktoś jest dla mnie dobry czy zły, pomaga mi czy szkodzi? Jak mam normalnie funkcjonować bez trzeźwej oceny sytuacji? 
 
Jak to się mówi delikatnie? Acha, no więc mam odruchy wymiotne kiedy słyszę hasło "nie oceniać". I zawsze (no, prawie zawsze) mam wrażenie, że prawdziwy przekaz osoby coś takiego propagującej brzmi: "tylko mnie nie oceń krytycznie, tylko mi nie zwróć uwagi na moje braki, słabości i błędy, ja tak nie chcę ich zauważać, tak nie chcę znów nad czymś pracować, tak nie chcę już nic zmieniać, tak nie chcę burzyć swojego spokoju i samozadowolenia". 
 
Często zastanawiam się skąd w AA i okolicach biorą się te wszystkie dziwolągi. A jeśli już nie całkowite dziwolągi, to cudaczne mutacje. 
 
Zakaz oceniania jest narzędziem terapeutycznym, dzięki któremu pacjenci na zajęciach terapii grupowej mogą się czuć pewnie i bezpiecznie. Ale przecież AA to nie terapia, życie to nie terapia!  "Nie porównuj się z innymi, bo możesz..." pochodzi z Dezyderaty Maxa Ehrmanna, ale czemu alkoholicy "łyknęli" to zdanie tak gładko i zrobili z nim to, co zrobili, pozostaje dla mnie zagadką. 
 
Cały system szkolnictwa na świecie opiera się na porównywaniu i ocenianiu: jeśli 99 dzieci w wieku lat 8 umie czytać, a jedno nie, to z tym jednym coś jest nie w porządku, być może jest dyslektykiem, może trzeba skierować je na jakieś dodatkowe zajęcia... 
 
System wynagrodzeń opiera się prawie w całości na ocenianiu i porównywaniu: jeśli dwudziestu robotników wykopało w ciągu dnia po jednej dziurze w ziemi, a robotnik numer 21 wykopał dwie, to on jest lepszym kopaczem niż pozostali i należy mu się nagroda. 
 
Czy słoń jest duży? No, to chyba zależy, do czego się go PORÓWNUJE, prawda? W PORÓWNANIU do mrówki duży, do kuli ziemskiej malutki. 
 
Jeśli znam tabliczkę mnożenia do 5, to skąd mam wiedzieć, czy to jest wystarczająco dużo, tyle ile potrzeba i ile wszyscy znają? Dopiero jak porównam się z innymi i zorientuję, że wszyscy pozostali znają tabliczkę mnożenia do 7, to będę wiedział, że muszę jeszcze się czegoś nauczyć.
 
Na systemie porównywania i oceniania opiera się cały system prawny. Ktoś ocenił, porównał szkodliwość i zdecydował, że wódkę i papierosy można sprzedawać legalnie, a marychę - nie.
Itd. itd. itp. 
 
Myślę, że z tymi porównaniami i ocenami jest jak z... młotkiem. Młotkiem można zbić łóżko, stół i szafę, ale młotkiem można też zamordować szwagra. 
Z porównania i oceny: "wszyscy w życiu świetnie sobie radzą, tylko ja jestem beznadziejny" - nie wynika w najlepszym wypadku nic. W gorszym, czymś takim mogę sobie zrobić krzywdę.  Ale jeśli stwierdzę, że "Marek, Wacek, Józek, Zbyszek i Wojtek potrafią pływać, a ja nie (porównanie). Nauczę się też, żebym w naszej paczce nie czuł się gorszy (ocena), żebym mógł z nimi wybierać się na żagle lub kajaki" - to to ma sens, z tego może coś pozytywnego wyniknąć.
 
Przez kilka lat obserwowałem przedziwną metamorfozę "Programu 24 godzin". Nie pamiętam już, czy dostałem go "do wykonania" na terapii czy mityngu AA, nieważne. W każdym razie było to zaraz na początku mojej abstynencji. 
 
Po latach słyszę jak facet odpowiada żonie pytającej, czy jutro załatwi hydraulika: "A skąd ja mam wiedzieć, co będzie jutro?! Jutro to ja się mogę napić lub umrzeć! Wiesz przecież, że ja muszę żyć Programem 24 godzin!". Zaskoczyło mnie to, więc starałem się go delikatnie podpytać o ten program 24 godzin i okazało się, że dla niego jest to decyzja, że dziś nie pije, a jutro, to nie wie i nie chce wiedzieć, co będzie. 
 
Ja jednak Program 24 godzin, zwany też Oazą spokoju lub tekstem Tylko dzisiaj, pamiętam w takiej formie :
 
• Właśnie dzisiaj chcę spróbować przeżyć ten dzień dobrze i nie od razu załatwić w nim problemy całego mojego życia. Spróbuję przeżyć go tak, jak nie miałbym jeszcze odwagi żyć przez resztę mojego życia. 
 
• Właśnie dzisiaj chcę być szczęśliwi. Zakładam, że prawdą jest "najczęściej ludzie są na tyle szczęśliwi na ile postanowią nimi być". 
 
• Właśnie dzisiaj chcę dostosować się do tego co jest, a nie próbować dostosowywać wszystko do moich własnych życzeń. Chcę sprostać mojemu losowi jakikolwiek on będzie.
 
• Właśnie dzisiaj chcę ćwiczyć mój umysł. Chcę poznawać rzeczy godne poznawania. Chcę nauczyć się czegoś użytecznego. Chcę czytać coś wymagającego wysiłku, myślenia, skupienia.
 
• Właśnie dzisiaj chcę ćwiczyć moją wolę na trzy sposoby:
1. zrobię coś dobrego i nie wypomnę tego ani nie pochwalę się tym 
2. dokonam co najmniej dwu rzeczy, na które zwykle nie mam ochoty
3. nie okażę nikomu, że moje uczucia zostały zranione 
 
• Właśnie dzisiaj chcę mieć plan postępowania; mogę nie trzymać się go ściśle, lecz spróbuję uchronić się od pochopności i niezdecydowania. 
 
• Właśnie dzisiaj znajdę spokojną chwilę dla siebie i spróbuję się odprężyć. Spojrzę wtedy na moje życie z lepszej perspektywy. 
 
• Właśnie dzisiaj chcę pozbyć się obaw i cieszyć się tym co piękne. Ufam, że dając z siebie dużo światu, dużo przez to zyskuje.
 
• Właśnie dzisiaj chcę być zgodny z otoczeniem. Chcę dobrze wyglądać być odpowiednio ubrany, mówić spokojnym tonem, być uprzejmym, nie krytykować niczego, nie wyszukiwać "dziury w całym" i nie zmieniać nikogo z wyjątkiem samego siebie. 
 
To, co teraz przez wielu młodszych uczestników mityngów znane jest jako Program 24 godzin, to chyba ten fragment „spróbuję przeżyć go tak, jak nie miałbym jeszcze odwagi żyć przez resztę mojego życia” w postaci stwierdzenia, że dziś nie piję, a jutro to ja nie wiem, co będzie. I na tym koniec. Oni po prostu nawet nie słyszeli, że Program 24 godzin to coś więcej.
 
Znajomy, zwany przeze mnie Hipnotyzerem, podsunął mi kiedyś tekst w broszurce "Mityng", nie pamiętam już niestety, czyjego autorstwa, chyba własnego.
W opowiastce tej przychodzi nowicjusz na mityng AA. Zostaje przywitany brawami i oficjalnie przyjęty do Wspólnoty. Na tym swoim pierwszym mityngu nowicjusz niewiele rozumie, mało do niego dociera, ale udaje mu się wynieść stamtąd dwie rzeczy: po pierwsze wie, że od teraz to on też jest AA, a po drugie zapamiętał jakieś dwa-trzy zdania. Może trochę wyszarpane z kontekstu, ale z tego nie zdaje sobie sprawy. 
Mijają 3-4 tygodnie. Na kolejnym mityngu nasz nowicjusz decyduje się zabrać głos- jest w końcu członkiem Wspólnoty AA. Chcąc dobrze wypaść wypowiada te zapamiętane zdania, odrobinkę przekręcone, troszkę zmienione przez własną imaginację, ociupinkę zniekształcone przez wczesnoterapeutyczne mądrości, nieco wzbogacone o własne doświadczenia... 
I nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nie fakt, że na tymże mityngu był kolejny, całkiem "świeży" nowicjusz. Właśnie przywitano go brawami i oficjalnie przyjęto do Wspólnoty. Na tym swoim pierwszym mityngu "świeży" nowicjusz niewiele rozumie, mało do niego dociera, ale udaje mu się wynieść stamtąd dwie rzeczy: po pierwsze wie, że od teraz to on też jest AA, a po drugie zapamiętał jakieś dwa-trzy zdania z wypowiedzi naszego trzytygodniowego AA-owca.
"Mądrość AA przemówiła" pomyślał "świeży" nowicjusz i postarał się skrzętnie zapamiętać owe trzy zdania. A za cztery tygodnie, po kilku spotkaniach z terapeutą, na swoim piątym mityngu postanowił zabrać głos - jest w końcu członkiem Wspólnoty AA. Chcąc dobrze wypaść wypowiada te zapamiętane zdania, odrobinkę przekręcone, troszkę zmienione przez własną imaginację, ociupinkę zniekształcone przez przekazaną na terapii odwykowej wiedzę mądrości, nieco wzbogacone o własne doświadczenia...  
I tak zabawa w "głuchy telefon" trwa. Mądre i ważne sprawy przekazywane w taki sposób ulegają coraz to większym zmianom, przekręceniom i przeinaczeniom. Natomiast powtarzane wielokrotnie awansują do rangi fundamentalnych "prawd" Anonimowych Alkoholików.
 
W starszych scenariuszach mityngów (spotkań AA) czytamy: "Tak powstaje skarbiec mądrości AA...” Czy rzeczywiście skarbiec? Ile jest w nim dziwolągów, wykoślawionych powiedzonek, śmieci bez większej wartości? 
 
Sprawa wydaje się być dość poważna. Z jednej strony, żeby skorzystać w pełni z propozycji Anonimowych Alkoholików, potrzebna jest całkiem niezła doza zaufania. Z drugiej, okazuje się, że bez pewnego zdroworozsądkowego sceptycyzmu można "kupić" na mityngu coś, co zupełnie nie jest nam potrzebne, a wręcz przeciwnie.
 
Sądzę, że między innymi z tych powodów radzi się nowicjuszom, żeby podczas swoich pierwszych mityngów wyjęli watę z uszu i włożyli do ust. Pomijając całą obrzydliwość tego powiedzonka, sens przedstawia się następująco: "przestań tyle paplać, posłuchaj tego, co mówią inni, a nie tylko siebie". Poza tym: "starym AA-wcom krzywdy nie zrobisz, ale nie przemyślanymi wypowiedziami możesz skrzywdzić kogoś, kto dziś jest na mityngu pierwszy czy drugi raz".




Dużo więcej w moich książkach



wtorek, 18 lipca 2006

Zwykły przypadek losowy

Mój syn (lat 26) wybrał się z chłopakami grać w piłkę nożną. Wrócił do domu ze złamanym obojczykiem. Gips, wiele tygodni zwolnienia chorobowego, lęk o utratę pracy w związku z tym... W jakiejś rozmowie z matką syn użył na to zdarzenie określenia „przypadek losowy”. Do samej dyskusji się nie włączałem, ale stała się ona bodźcem do rozważenia roli przypadków w życiu, a w życiu alkoholika w szczególności.

Przypadki losowe w życiu alkoholika

Osobiście w przypadki jako takie nie wierzę. Uważam, że wszystko i zawsze ma swój sens, cel i przyczynę - ja mogę ich nie widzieć lub nie rozumieć, ale to inna sprawa. Taka postawa nie przeszkadza mi zupełnie w używaniu (czasami) w rozmowie słowa „przypadkiem”. Nie narzucam swojej koncepcji nikomu, a w ten sposób określam zdarzenie, którego nie można było przewidzieć, lub którego prawdopodobieństwo było bardzo małe.

W tym jednak miejscu na alkoholika (DDA, Al-anon) czyha pułapka. Czy faktycznie czegoś tam nie można było przewidzieć? Czy rzeczywiście prawdopodobieństwo zdarzenia było tak nikłe, że można go było nie brać pod uwagę? Odpowiedzi na takie pytania wiążą się bezpośrednio z innymi: odpowiedzialność, realna ocena, konsekwencje, trzeźwość...

Nieomalże całkowicie bezpiecznie przewracać się może dziecko do lat 4-6. Czy facet o 20 lat starszy powinien przewidzieć, że podczas gry w piłkę może doznać kontuzji, albo choćby tylko przewrócić się? Jeśli ja, mężczyzna przed pięćdziesiątką, wybiorę się z dzieciakami skakać z dachu garażu na kupę piachu i podczas tej przemiłej rozrywki coś sobie złamię, to będzie to efekt mojej nieodpowiedzialności i braku wyobraźni czy przypadek losowy?

Granica może być niezwykle delikatna, trudna do uchwycenia i, być może, nie aż tak istotna dla tzw. normalnych ludzi, ale jeśli ja, alkoholik, będę zbyt często popełniał błędy w ocenie, to w konsekwencji może mnie to kosztować życie. Wiąże się to ściśle z odpowiedzialnością (głównie za siebie), którą to strefę zarówno alkoholicy, jak i DDA czy osoby wspołuzależnione mają, delikatnie mówiąc, mocno zaburzoną. Jeśli coś stało się przypadkiem, to nie ja ponoszę za to winę, nie odpowiadam za to. Ale, jeżeli konsekwencje lub efekty, działania lub zaniechania, myślenia lub postępowania, mogłem przewidzieć, to...

Gdy efekty swojego braku wyobraźni i/lub rozsądku, popędliwości, lekkomyślności, zachłanności, lenistwa i stu innych wad, zacznę nazywać „przypadkiem losowym”, to znowu wkroczę w krainę iluzji i ułudy, w której funkcjonowałem w czasach picia. A stąd do kieliszka już tylko jeden mały krok...

Kiedy szedłem ulicą spadła mi na głowę dachówka. Przypadek losowy czy moja wina? Przypadek - nie da się chodzić ulicami z głową zadartą tak wysoko, żeby móc obserwować krawędzi dachów. Poza tym dachówki spadają same raz na sto lat. Na przejściu dla pieszych potrącił mnie pijany kierowca. Czy to też tylko przypadek losowy? Oczywiście wina była kierowcy, ale... Czy do wypadku doszłoby, gdybym bardziej uważał? W końcu nikt mi nie obiecywał całkowitego i absolutnego bezpieczeństwa na pasach.
Oczywiście nie chodzi o to, by brać na siebie odpowiedzialność za całe zło świata, tak by się nie dało żyć. Natomiast istotne jest dostrzeganie własnego udziału w tym, co nam się przydarza... „przypadkiem".

Znasz takie niesamowite słowo jak „proaktywność”? To tylko dzięki niemu mogę się czuć człowiekiem wolnym. To, niewielka czasem, chwila zastanowienia pomiędzy bodźcem, a moją na niego reakcją, pomiędzy zachcianką, a działaniem. W tej chwili daję sobie czas na zastanowienie, na rozważenie, na odwołanie się do mojego systemu wartości, na realną ocenę sytuacji i w końcu na podjęcie decyzji. I tak się jakoś dziwnie składa, że im bardziej potrafię być proaktywny, tym mniej nieprzyjemnych „losowych przypadków” zdarza mi się w życiu.