środa, 24 kwietnia 2013

Trzeźwość. Ciągłe poznawanie...

Trzeźwość. Ciągłe poznawanie siebie i zmiana

Trzeźwość to nieustanne poznawanie siebie + zmiana - to najkrótsza definicja, jaką znam. Jeśli jednak, zamiast mozolnego poznawania siebie, wmawiam sobie, że jestem szczęśliwy, zadowolony i cieszę się, to żadnego odkrycia na swój temat nie dokonam; a poza tym - po co cokolwiek zmieniać, jeśli jest tak dobrze?

Trwaj chwilo, jesteś piękna! Tak? Naprawdę było tak pięknie? W domu, z rodziną, w pracy... wszędzie poza salkami mityngowymi?

Dopiero w drugim, albo i trzecim roku abstynencji zacząłem się zastanawiać: jeśli jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Powolutku zaczynało też do mnie docierać, że dobrostan - prawdziwy, albo tylko sobie wmówiony, obojętne - nie skłania do zmian, wręcz przeciwnie: motorem zmian jest cierpienie, nie radość. Zrozumiałem też, że przecież ja o tym wiedziałem od dawna: od cierpienia, szukając ulgi, uciekałem w picie, i od cierpienia, wynikającego z picia, uciekłem na terapię odwykową i do AA.

Jeżeli dopuszczam do siebie świadomość cierpienia - mam szansę na zmianę, ale dopóki wmawiam sobie, że jest świetnie, że się cieszę - przegrywam.

Podobną, choć może nawet jeszcze bardziej perfidną sztuczką, którą latami uprawiałem na mityngach, była koncentracja na problemach zamiast na rozwiązaniach. Jak to działało? Powiedzmy, że wydarzyło się coś złego w domu albo w pracy, szedłem więc na mityng zaprzątnięty tym swoim problemem. Podczas spotkania wysłuchałem kilku hardcorowych opowieści z czasów destrukcyjnego picia; sam też jakiś dramat przywołałem z pamięci i opowiedziałem. W porównaniu z tymi koszmarami mój aktualny problem tracił na znaczeniu, stawał się banalny. W ten oto prosty sposób zmniejszałem swoje cierpienie z poziomu, który wymagał określonego działania, pracy i wysiłku, do niewielkiego, w sumie akceptowanego dyskomfortu psychicznego.

Czytaj  cały artykuł: https://deon.pl/inteligentne-zycie/poradnia/trzezwosc-ciagle-poznawanie-siebie-i-zmiana,241455 

środa, 10 kwietnia 2013

Zwycięzców poznaje się...

Zwycięzców poznaje się na starcie

Gawędę o "Antyporadniku" Miki Dunin zamierzałem początkowo zatytułować "Narodziny gwiazdy" - zrezygnowałem z tego pomysłu tylko ze względu na skojarzenia ze starymi, znanymi filmami o takim właśnie tytule, bo - jak podpowiada mi księgarskie doświadczenie i instynkt - Mika Dunin już niedługo stanie się znaczącą postacią polskiego pisarstwa.

Pisarstwa, zaznaczam, bo to dla mnie ważne - skandalizujących wynurzeń celebrytów czy polityków, pisanych oczywiście przez ghostwriterów, do pisarstwa przez duże "P" jakoś nadal nie zaliczam. Właściwie… przez małe "p" też nie, ale mniejsza z tym. Mika Dunin: czy to na pewno narodziny pisarki? Mam pewne podejrzenia, ale… o tym później.

Prawdopodobnie pierwszy raz w życiu znalazłem się w tak bardzo odpowiednim czasie w tak właściwym miejscu, miałem więc okazję obserwować, jak się to wszystko zaczęło.

W pewnym poważnym portalu internetowym, wyjątkowo dalekim od skandali i plotek, pojawiło się kilka tekstów Miki Dunin, a zwłaszcza "Jak stracić męża?" i "Jak stracić żonę?". Wywołały one lawinę komentarzy, prawdopodobnie największą w dziejach tego portalu, którego czytelnicy słyną wręcz z powściągliwości. Temperatura dyskusji rosła: oburzenie, bo w tekstach było też dość odważnie o seksie, i złość przeplatały się w komentarzach z podziękowaniami, wyrazy zachwytu z agresywnymi pretensjami i zarzutami. Pojawiły się też prośby, pomysły, propozycje następnych tematów z serii "jak stracić…". Wtedy Mika Dunin zamilkła.

Mijały tygodnie i miesiące, nowych tekstów w portalu nie było. Jakoś nie chciało mi się wierzyć w nagłą utratę zainteresowania autorki poruszanymi tematami - to po pierwsze. Po drugie, trochę w końcu znam tę branżę, więc domyślałem się, co mogło się stać i nawet miałem na to nadzieję. Wreszcie, wiem, do kogo należy portal, czyli - gdzie szukać informacji, gdzie wypatrywać zapowiedzi. I w połowie lutego 2013 doczekałem się tego, czego się spodziewałem, na co liczyłem, na co miałem nadzieję: Wydawnictwo WAM na swojej stronie internetowej zapowiedziało książkę Miki Dunin "Antyporadnik". Miesiąc później trafiła ona do moich rąk (książka, a nie Mika Dunin) i… "łyknąłem" ją w kilka godzin, czytając łapczywie, a nawet zachłannie, ale bez wyrzutów sumienia w związku z tym, bo wiem już przecież, że będę do niej wracał i to nie raz.

Przyznaję od razu, że okres fascynacji poradnikami minął mi dawno temu. Wielką falą napłynęły one do nas, głównie z Ameryki, w latach dziewięćdziesiątych XX wieku i wtedy po prostu się nimi… przekarmiłem. Jednak najważniejsze było coś innego - nic, albo prawie nic dzięki nim w moim życiu (domu, rodzinie, środowisku) się nie zmieniło. Stosowałem się do zawartych w nich zaleceń, ale albo efekty były odmienne od zamierzonych, albo moje starania opacznie rozumiano i odbierano. Lektura poradników adresowanych do Amerykanów należących do middle middle class, urodzonych i wychowanych w zupełnie innych warunkach, w innej kulturze religijnej, środowisku itd., czyli do ludzi o ewidentnie odmiennej mentalności, nie przyniosła (w moim przypadku) pożądanych rezultatów.



środa, 3 kwietnia 2013

Zamiast – w moim życiu

Nie ma takiego poświęcenia, na jakie człowiek się nie zdobędzie, byle tylko uniknąć wyczerpującego wysiłku myślenia (Joshua Reynolds) – sporo uciechy miałem, kiedy natrafiłem w jakiejś książce na te słowa. Jednak frajda nie trwała długo, bo przywołała zdecydowanie przykre skojarzenia i wspomnienia.
 
„Zamiast” – jedno z przeklętych słów mniej lub bardziej obecnych w całym moim życiu alkoholika. Najpierw, a trwało to całymi latami, zamiast poszukać rozwiązania swojego problemu, szukałem okazji do kolejnego picia, pieniędzy na kolejne picie, argumentów wyjaśniających poprzednie picie, usprawiedliwień tłumaczących skutki picia. Nie byłem w stanie połączyć pewnych wydarzeń w jedną całość, a zamiast niej widziałem zupełnie oderwane od siebie, pojedyncze zdarzenia. Wydawało mi się, że wyjątkowo upiłem się, bo piłem na pusty żołądek (albo byłem zmęczony, miałem gorszy dzień itp.), wyjątkowo tylko dostałem torsji, bo pewnie grzybki mi zaszkodziły (tatar był nieświeży, gospodarz upierał się przy mieszaniu alkoholi itp.), wyjątkowo nie dotrzymałem słowa, spóźniłem się do pracy, zapomniałem… 
 
Wreszcie sięgnąłem swego dna i przestałem pić, jednak „zamiast” nie zniknęło z mojego życia, uległo tylko pewnej… modyfikacji. Zamiast  realnie wytrzeźwieć, przez dwa i pół roku uczestniczyłem w terapii odwykowej, przez prawie rok w terapii DDA, przez pół roku w warsztatach z duchowości, regularnie chodziłem na mityngi AA… Pewnego razu usłyszałem, że choroba alkoholowa „inteligentnieje” wraz ze mną i zapewne coś w tym jest, bo moje „zamiast” robiło się coraz bardziej wyrafinowane. Bo czy jest coś złego w leczeniu odwykowym albo w warsztatach rozwoju osobistego? Skądże! Tyle tylko, że  zorientowałem się (po latach), że podejmuję te działania zamiast tego, co faktycznie powinienem zrobić. To tak jak z uczniem, który zamiast odrabiać zadanie domowe albo pilnie się uczyć (zbliża się klasówka), zaczyna sprzątać swój pokój, porządkować szafki, nawet czyścić buty. Przez kilka miesięcy mieszkałem w akademiku i do dziś pamiętam, jak przed sesją egzaminacyjną wpadliśmy na genialny pomysł, że właśnie teraz musimy koniecznie wyprać wykładzinę w naszym pokoju. Notabene egzaminów nie zdałem.
 
W końcu wszystkie możliwe terapie pokończyłem (gdyby szef poradni nie powiedział mi pewnego razu, że nie ma mi już nic do zaoferowania, nie wiem, ile by to jeszcze trwało), więc moje „zamiast” przechodziło kolejne metamorfozy: zamiast podjąć pracę ze sponsorem, zafundowałem sobie nadaktywność organizacyjną, zakładałem nowe grupy i pełniłem w nich służby. Czy jest coś złego w służbach w AA? Ależ skądże! Problem w tym, że zaufany sługa może być dla swojej grupy, intergrupy, regionu, realnie bardzo przydatny, a nawet chwalony, jednak dla niego samego działania podejmowane zamiast (rzetelnej realizacji Programu na przykład) mogą okazać się jakby nieco mniej korzystne.
Następne moje „zamiast” wiązało się już z poważnym zaangażowaniem w życie religijne i kościelne. I znowu mógłbym spytać, czy w obrzędach religijnych i liturgii jest coś złego, ale… Byłem coraz bardziej zmęczony nieskutecznymi działaniami i cierpieniem, więc po trzech-czterech latach abstynencji poprosiłem o pomoc drugiego alkoholika.
 
Perfidia „zamiast” polega na podejmowaniu pożytecznych, a nawet pożądanych działań, które jednak nie przynoszą ze sobą rozwiązania problemu. Chodzi tu o brak gotowości (albo nie wiem, co zrobić, jak zrobić i kiedy, albo po prostu i zwyczajnie nie chcę zrobić tego, co powinienem), jak i uczciwości wobec siebie. Co najgorsze – wcale nie musi to być w pełni świadome i prawdopodobnie często nie jest. 
Pamiętam jak kiedyś sporo wysiłku kosztowało mnie uświadomienie sobie, że nie muszę właśnie dziś sprzątać piwnicy – tak naprawdę chodziło o strach przed planowaną wizytą u dentysty. Jeszcze moment i pewnie skutecznie wmówiłbym sobie, że ja naprawdę nie mogę iść dziś do dentysty, bo muszę sprzątać piwnicę. W rozpoznawaniu takich sytuacji pomocne okazuje się stare powiedzenie: kto chce – szuka sposobów, kto nie chce – szuka powodów. Przydaje się też dowcip o pijaku, który zgubionej monety szukał pod latarnią, bo jasno, a nie tam, gdzie faktycznie ją zgubił, czyli w ciemnym zaułku. A na mityngach AA usłyszeć można po prostu: rąbiesz nie to drzewo.
 
Czy od „zamiast” jestem w stanie uwolnić się całkowicie i na zawsze? Przybiera ono tak różne formy, że zapewne nie, a to oznacza potrzebę nieustannej czujności i pracy. O doświadczeniu duchowym Bill W. pisał w WK: Będziemy je przeżywać tak długo dopóki zachowamy odpowiedni stan ducha. Dopóki! Czyli nawet tym, którzy go doświadczyli, nie jest ono dane raz na zawsze i bezwarunkowo, i to ja mam dbać o odpowiedni stan ducha, który jest (także) wynikiem równowagi. Lepiej teraz rozumiałem cytat z książki „Uwierzyliśmy”: Dowiedziałam się też, że niektórym dane było to doświadczenie, ale potem odrzucili oni swoje skrzydła, ponieważ mylnie spodziewali się, że Absolut będzie je automatycznie podtrzymywał za nich
 
Może warto czasem zatrzymać się w biegu i w ciszy zapytać samego siebie, czy gromadę podopiecznych mam, bo jestem w stanie im pomóc i mam takie możliwości, czy może są to działania, jakie podejmuję zamiast rozwiązywania problemów w swojej rodzinie? Czy kolejne warsztaty w tym roku organizuję w interesie potrzebujących, czy może zamiast pracy, którą sam powinienem podjąć w ramach Kroku Szóstego albo Dziesiątego?
 
Mogłoby się wydawać, że jeśli trzeźwy alkoholik chce, dla wspólnego dobra, poświęcać własną rodzinę, zdrowie, może trzeźwość, to w końcu jego sprawa, jest dorosły, wie co robi, a więc wszystko jest w porządku, ale czy rzeczywiście? Czy w taki sposób powinno się traktować (czytaj: wykorzystywać) przyjaciół? Krótkotrwałe zyski, czy długofalowe efekty? – dla trzeźwego alkoholika wybór nie powinien stanowić problemu, ale może już nie tylko o swoje długofalowe efekty powinienem zadbać? Na takie wątpliwości i pytania usłyszałem pewnego razu odpowiedź: jeśli ktoś chce dawać, to przecież nic mi do tego. No, nie wiem… A jeśli nawet tak jest, to zastanawiam się, czy alkoholik, który – być może – pogubił się w swoim życiu, bo dopuścił do poważnego zachwiania równowagi (duchowej, emocjonalnej, społecznej), ma jeszcze co dawać? I jaka, ewentualnie, jest jakość tego, co w tych warunkach, choć w dobrej wierze, stara się rozdawać innym? 

środa, 27 marca 2013

Jestem alkoholikiem, czyli...

Alkoholik – przez ostatnich dziesięć lat używałem tego określenia zdecydowanie częściej niż nazwiska. „Jestem alkoholikiem” – co stwierdzenie to oznacza dla mnie dzisiaj? Jak zmieniało się to w czasie? Bo przecież nie zawsze było tak samo…

W dzieciństwie wydawało mi się, że alkoholik to taki bardziej zdegenerowany pijak, a pojęcie „nałóg” wiązałem głównie z papierosami (moja matka paliła nałogowo), jednak wiele uwagi temu zagadnieniu nie poświęcałem, bo i cóż mnie ono wtedy obchodziło?

Całe życie dużo czytałem, przez wiele lat byłem też zapalonym kinomanem, tak więc, jako starszy nastolatek i później, z alkoholizmem i alkoholikami zacząłem stykać się w książkach i filmach – pamiętam na przykład powieść „Pilot” Roberta Davisa i na jej podstawie nakręcony film z Cliffem Robertsonem, czy polski film „Nie będę cię kochać” Janusza Nasfetera. Doświadczenia te okazały się z czasem bardzo pomocne, oszczędziły mi wiele cierpień. Przyjaciele opowiadają czasem, jak rozpaczliwie walczyli z samym określeniem „alkoholik”, nie chcieli zgodzić się na to poniżające piętno i plugawe wyzwisko, a więc i na konsekwencje, które wynikają z uznania się za alkoholika,  czyli konieczność leczenia odwykowego i/lub uczestniczenia w spotkaniach AA. Ja wiedziałem już dawno, że alkoholizm to choroba, że to się leczy, że są jacyś Anonimowi Alkoholicy (wydawało mi się wtedy, że to coś w rodzaju klubu abstynenta). Dzięki temu szybciej gotów byłem się poddać, zaoszczędziłem sobie zapewne parę lat pijanego obłędu. Wtedy wydawało mi się jeszcze, że cały problem tkwi w alkoholu i jego nadużywaniu.

Świadkiem jakiegoś mojego pijackiego wyczynu była znajoma Al-anonka po terapiach.  Diagnozę postawiła mi bezbłędnie i pożyczyła książki na temat uzależnienia. Z jednej z nich  (Osiatyńskiego „Grzech czy choroba”?) dowiedziałem się, że problemem alkoholika nie jest alkohol, że chyba chodzi tu jednak o coś więcej, o coś jeszcze. W tym czasie była to  wiedza, z której nic dla mnie nie wynikało, której nie potrafiłem wykorzystać jednak, jak widać, informację tę zapamiętałem. Choć piłem jeszcze ze trzy-cztery lata, w końcu mi się ona przydała, okazała się pomocna.

Znalezienie odpowiedzi na pytanie: jeśli nie alkohol, to co w takim razie jest moim, jako alkoholika,  głównym problemem? - zajęło mi wiele lat. Nie pomogła w tym psychoterapia odwykowa, nie pomogła mityngowa „liturgia słowa” (problemy i radości i ceremonialnie odczytywane długaśne teksty zawarte w scenariuszach). Pomógł Program AA i literatura Wspólnoty – w głównej mierze, bo oczywiście także sponsorzy, różne warsztaty, pierwsi podopieczni, a nawet przypadkowe (czyżby?) mityngowe wypowiedzi.

Czwarty i Piąty Krok realizowałem kilka razy – z powodów, które w tym momencie nie są ważne – z różnymi ludźmi, w różnych miejscach, w różny sposób. Za pierwszym razem odkryłem, że istotę moich błędów stanowi głównie egocentryzm i egoizm. Nie zaskoczyło mnie to jakoś, bo przecież w WK wyraźnie napisano: Egoizm, egocentryzm, koncentracja na samym sobie!…  To właśnie jest, jak sądzimy, zasadnicze źródło naszych kłopotów. Jednak za drugim razem zorientowałem się, że jest tu jeszcze głębsze dno, bo ten egocentryzm i egoizm wynikał ze strachu i lęku. Kiedy w 12x12 przeczytałem: Głównym motorem naszych wad był samolubny lęk, że możemy utracić coś co już posiadamy, albo że nie uda nam się zdobyć czegoś, czego pragniemy – wiedziałem już, że to ja, że to o mnie, że o to właśnie chodzi: kradłem przedmioty, rzeczy, bo bałem się, że nie będę miał tego, na co mam ochotę, czego potrzebuję i starałem się zniewolić ludzi z lęku przed odrzuceniem.

Znowu minąć musiały lata, zanim zadałem sobie kolejne niewygodne pytanie: dlaczego się bałem? Właśnie tak! Dlaczego się bałem, a nie czego się bałem, bo czego się bałem, to przecież już wiedziałem. Czyli po prostu: skąd wziął mi się ten strach czy też lęk?
Nie jestem socjopatą, nie wychowałem się w pustyni i w puszczy, gdzie dobry uczynek to jak Kali komuś ukraść krowy. Wiedziałem i zdawałem sobie sprawę, że cudzołóstwo, kłamstwo, kradzież, są to zachowania i postępowanie moralnie naganne, ale… Ale ilekroć musieliśmy wybierać między charakterem a przyjemnością, troska o szlachetność charakteru ginęła w pogoni za urojonym szczęściem (12x12). Cóż z tego, że miałem jakieś zasady, jeśli permanentnie brakowało mi siły, by żyć zgodnie z nimi. Jaka była geneza mojego strachu i lęku? Wreszcie zrozumiałem, że strach (lęk, obawa, panika itp.) wynika ze słabości, z braku siły. Boją się słabi i bezsilni. Głównym naszym problemem okazał się kompletny brak siły duchowej (WK).
Czyli: najbardziej rzucające się w oczy spektakularne picie – niżej egoizm i egocentryzm – jeszcze niżej strach – na samym dole to, co najważniejsze… brak siły duchowej. Tak wygląda to w ujęciu graficznym:




Opisane na dwóch kartkach wydaje się to proste, ale w rzeczywistości zajęło mi całe lata. Jednak chyba nawet nie to jest najbardziej irytujące, ale fakt, że odpowiedzi na wszystkie pytania i wątpliwości i rozwiązanie problemu alkoholizmu miałem cały czas pod nosem, w dwóch książkach. Koziołek Matołek też musiał biedaczysko po szerokim szukać świecie tego, co jest bardzo blisko, tylko dlaczego, na jakiej podstawie wydawało mi się, że jestem od niego bardziej roztropny?

Jestem alkoholikiem – rozumiem już, że alkohol nie był głównym problemem w moim życiu (Alkohol jest bowiem tylko symptomem naszej choroby. Musieliśmy zatem dotrzeć do jej istotnych przyczyn i warunków, które sprzyjały jej rozwojowiWK). Moje problemy ujawniały się i potęgowały właśnie wtedy, kiedy przestawałem pić. A tak! Bo kiedy piłem, byłem po prostu pijany. To właśnie podczas przerw w piciu podejmowałem decyzje o… następnym piciu i to pomimo koszmarnych konsekwencji poprzedniego (także wiele innych, równie absurdalnych). Dlatego sądzimy, że człowiek, który uważa iż tylko wystarczy nie pić nie przemyślał wszystkiego (WK). Do czasu alkohol nie tylko nie był problemem – był nawet rozwiązaniem. Żyjąc pod presją wiecznie niezaspokojonych wymagań, pozostawaliśmy w stanie chronicznego rozdrażnienia i rozczarowań (12x12) – w tych stanach alkohol przynosił ulgę. „Terror szybkiej ulgi” (znakomity tytuł Miki Dunin – do dziś nie mogę jej wybaczyć, że to nie ja go wymyśliłem) – właśnie tak! Szybkiej ulgi, która skutecznie niweczy każdą szansę na długofalowe efekty.

Anonimowi Alkoholicy… rozwiązali problem alkoholizmu (WK). To rozwiązanie zapewne usłyszeć można na każdym mityngu AA, bo zawarte jest w Drugim Kroku. Koniecznością dla nas stało się znalezienie takiej siły, z pomocą której moglibyśmy żyć. Musiała to być SIŁA POTĘŻNIEJSZA NIŻ NASZA WŁASNA – WK.

Być może tu właśnie należy szukać źródeł popularności grupy „Wsparcie”, zorientowanej głównie na nowicjuszy i początkujących, której mityngowe tematy nie wychodzą poza problematykę pierwszych trzech Kroków (Krok 1 – precyzuje problem, Krok 2 – określa rozwiązanie, Krok 3 – to postanowienie). Alkoholicy – z różnym stażem i płci obojga – przychodzą tu, żeby usłyszeć o skutecznym rozwiązaniu. Resztę zrobią już ze swoimi sponsorami. Nasze główne zadanie wobec nowicjusza polega na umiejętnym zapoznaniu go z Programem („Jak to widzi Bill”). Sponsor – dla tych, którzy tego nie wiedzą – to po prostu alkoholik z nieco większym doświadczeniem, który pomaga podopiecznemu  odnaleźć tę Siłę, o której była mowa wcześniej oraz pokazuje, jak czerpać z jej zasobów.

czwartek, 21 lutego 2013

WK: obietnice i... obietnice

Planuj działania, a nie efekty! – to skrót myślowy, moje życiowe motto, pierwsze które dla siebie wymyśliłem, jeszcze w czasie terapii odwykowej. Nadal jestem z niego dumny, nadal bardzo mi się przydaje, chroniąc mnie przed zawodami, rozczarowaniami, żalami, urazami, pretensjami, rozgoryczeniem, frustracją… Dzięki niemu nie zachłystywałem się obietnicami, takimi czy innymi, ale po prostu robiłem swoje. Przynajmniej od czasu, gdy w ogóle zacząłem cokolwiek robić, poza chadzaniem po mityngach.
Z tamtych czasów pamiętam też powiedzenie: jeśli chcesz mieć to, co my w AA posiadamy, rób to, co my zrobiliśmy. W okresie niepodzielnie panujących na mityngach „problemów i radości” (a tak… w Opolu też tak kiedyś było) czasami wcale nie chciałem mieć takiego życia, jakie oni w AA posiadali i o jakim słyszałem do przerwy (bywało, że i dłużej), ale to już inna bajka – miało być o obietnicach.  
 
Pierwszą... obietnicę usłyszałem na mityngu: ty tylko nie pij i chodź na mityngi, a w twoim życiu będą się dziać cuda. Nie piłem, pilnie chadzałem na mityngi i faktycznie – w moim życiu działy się cuda, takie cuda, że… Może bez wdawania się w szczegóły powiem tylko, że mało brakowało, a bylibyśmy się w domu pozabijali. Wtedy, po ponad trzech latach abstynencji, pojawił się w moim życiu drugi sponsor, a ja powoli przestałem wyczyniać cuda. 
 
Kiedy Program AA się o mnie upomniał, prędzej czy później musiałem natknąć się w WK na obietnice. Najpierw te, które w wydaniu II znaleźć można na stronie 72:
…już w połowie drogi zadziwią nas osiągnięte rezultaty. Poznamy nową wolność i nowe szczęście. Nie będziemy żałować przeszłości ani zatrzaskiwać za nią drzwi. Pojmiemy sens słów "pogoda ducha" i zaznamy spokoju. Bez względu na to, jak nisko upadliśmy, dostrzeżemy, że i z naszego doświadczenia mogą skorzystać inni. Zniknie uczucie bezużyteczności i pokusa rozczulania się nad sobą. Bardziej niż sobą zainteresujemy się bliźnimi. Zniknie egoizm. Zmieni się nasz cały stosunek do życia. Opuści nas strach przed ludźmi i niepewnością materialną. Znajdziemy intuicyjnie sposób postępowania w sytuacjach, których dotąd nie umieliśmy rozwiązać. Nagle zaczniemy pojmować, że Bóg czyni dla nas to, czego sami nie byliśmy w stanie dla siebie uczynić
 
Czasem, pół żartem, pół serio, zastanawialiśmy się w gronie przyjaciół, gdzie leży ta połowa drogi i połowa drogi… do czego? Jednak pomijając te płoche rozrywki (wiadomo, że chodzi o działania związane z zadośćuczynieniem), obietnicami nie zajmowałem się zbytnio; starałem się koncentrować na działaniach bez rojeń o rezultatach. Poza tym, z niektórymi z tych obietnic miałem pewne problemy. Czy rzeczywiście bardziej niż sobą interesuję się bliźnimi? Czasem na pewno tak, ale czy tak jest zawsze? A co ze strachem przed niepewnością materialną? Jeśli mnie nie opuszczał, to czy była to moja „wina”, czy może niezbyt normalnych warunków, w których przyszło mi żyć? Bo wiadomo, że są na świecie rzeczy, które nie śniły się filozofom, ale dlaczego większość z nich w Polsce?

I jeszcze jedno – jeśli chcesz mieć to, co my w AA posiadamy… Bardzo chciałem, ale z tzw. Obietnic Dziewiątego Kroku nie wynika, że ci w AA to wszystko już posiadają. Poznamy, a nie poznaliśmy, pojmiemy, a nie pojęliśmy, zniknie, a nie zniknęła, opuści, a nie opuścił, zmieni się, a nie zmienił się itd. Obietnice ze strony 72 WK pisane są w czasie przyszłym. Czy ma to jakieś znaczenie? Nie wiem. Może i nie. Warto jednak zauważyć, że Obietnice Kroku Dziesiątego pisane są już w czasie teraźniejszym dokonanym. To są stwierdzenia, a nie nadzieje czy oczekiwania:
Przestaliśmy (w WK błędnie przetłumaczone jako „przestańmy”) walczyć z kimkolwiek i czymkolwiek, nawet z alkoholem, jako że odzyskaliśmy już rozsądek i poczucie umiaru. Alkohol przestał nas pociągać. Jeśli zaś ogarnia nas chwilowa pokusa unikamy jej jak ognia. Reagujemy na nią rozsądnie i normalnie. Stwierdziliśmy, że dzieje się to wręcz automatycznie. Przekonujemy się, że mamy nowy stosunek do alkoholu, który uzyskaliśmy bez świadomego udziału z naszej strony. Został on nam po prostu dany. I jest to właśnie cud! Już nie musimy walczyć z piciem, ani też bronić się przed pokusami. Czujemy, jakby umieszczono nas na jakimś neutralnym terytorium. Jesteśmy bezpieczni, czujemy się chronieni.. Nawet nie ślubowaliśmy wstrzemięźliwości, a nasz problem został rozwiązany. Nie jesteśmy z tego powodu zarozumiali, ale też nie czujemy się zastraszeni. To jest właśnie, przeżywane przez nas doświadczenie duchowe
 
Nie, nie zawsze byłem zdolny odróżnić „chcę” od „chciałbym”, „mam” od „pragnę mieć”, „wiem” od „mam”. W pierwszych latach abstynencji opowiadałem na mityngach o swoim życiu, ale… czy rzeczywiście o tym, jakie ono jest? Bo może tylko o życiu, jakie chciałbym mieć? W „Nowej parze okularów” Chuck C. pisał: …wydaje ci się, że jesteś ponad prawem i próbujesz kontrolować swoje myślenie. Nie dostajesz tego, czego chcesz, ale uważasz, że możesz myśleniem wywołać to, czego chcesz. Tak, to ja, to o mnie. 
 
Swoim podopiecznym proponuję zapoznanie się z Dziesiątym Krokiem natychmiast po realizacji Kroku Piątego. Wtedy też odnajdują oni te drugie obietnice (bez względu na to, czy tak je nazywamy), moim zdaniem na początku drogi ważniejsze, ale odkrywają też, czym jest to sławetne doświadczenie, przebudzenie, przeżycie duchowe.  I już nie muszą się go bać… ani wstydzić. 

poniedziałek, 11 lutego 2013

Warsztaty sponsorowania

Nasze główne zadanie wobec nowicjusza polega na umiejętnym zapoznaniu go z Programem – wiele razy zastanawiałem się, czy to stwierdzenie Billa W. jest prawdziwe również w Polsce? Odpowiedź nie nastrajała optymistycznie, ale ważniejsze było to, że poza rozgoryczeniem i żalem, właściwie nic z niej nie wynikało. Zmiana nastąpiła dopiero wtedy, kiedy zapytałem inaczej: co ja mogę zrobić, żeby słowa Billa miały sens i znaczenie także u nas?

      Warsztaty sponsorowania Poznań 10.02.2013 – i ja tam byłem…

W lutym 2013 roku Intergrupa „Wielkopolska” zorganizowała warsztaty sponsorowania w Poznaniu. Nie liczyłem uczestników, ale wydaje mi się, że było tam ze dwieście osób z całej Polski. Organizatorzy z logistyką tego przedsięwzięcia poradzili sobie znakomicie. W klimatyzowanych salach World Trade Center w Poznaniu wszystko działało, wszystko było na czas, żadnego zamieszania, bałaganu, nerwów… aż miło było patrzeć. Sprawność organizatorów była ważna. Jeszcze ważniejsza wysoka frekwencja, ale najważniejsze…

Nie pojechałem na warsztaty sponsorowania do Puław, nie byłem na warsztatach w Kozach, ani w Zielonej Górze, ani… czemu wybrałem się do Poznania? Jak to się stało, że gotów byłem spędzić ponad osiem godzin w samochodzie i ponieść spore (jak dla mnie) koszty? Dlaczego akurat poznańskie warsztaty sponsorowania uznałem za tak ważne? Odpowiem na to za chwilę, ale najpierw kawałek niezbyt odległej przeszłości.

01.03.2008 odbyły się w Pierwsze Warsztaty Sponsorowania organizowane przez Intergrupę Śląska Opolskiego (za rok drugie, później trzecie, czwarte…). Czy to znaczy, że wcześniej w Opolu i na Opolszczyźnie nic kompletnie się w tym temacie nie działo? No, niby działo, ale… Pierwszego sponsora miałem już w 1998 roku i na pewno nie był on pierwszym i jedynym sponsorem w mieście i województwie, ani ja pierwszym i jedynym podopiecznym. Tak więc coś tam się działo, a jednak całymi latami (raczej dziesiątkami lat) wszystko szło niemrawo, opornie, jak krew z nosa. Albo i gorzej.

W Opolu systematycznie rosła liczba alkoholików zawiedzionych, rozczarowanych wieloletnią czasem abstynencją. Jeśli nawet umieliśmy już nie pić, to nadal nie wiedzieliśmy, jak żyć. Ani jak, ani po co… Na mityngach recytowaliśmy formułkę „a ja się cieszę, że dzisiaj nie piję”, ale bez radości, bez przekonania. Wieczny lęk przed „wpadką”, nadal niezadowolone żony (niektóre nawet twierdziły, że łatwiej było wytrzymać nasze picie niż tzw. trzeźwienie), mityngowe „problemy i radości”, które ulgę sprawiały tylko na chwilę, ale nie przynosiły trwałego rozwiązania, pogłębiający się brak nadziei, wszystko to powodowało, że byliśmy już znużeni cierpieniem… i sobą. A to oznaczało, że stawaliśmy się gotowi, by zrozumieć, że objawem obłędu jest oczekiwanie odmiennych efektów stale tych samych działań. Powoli stawaliśmy się (i wygląda na to, że wreszcie skutecznie staliśmy się) gotowi na zmianę.
Wspominam o tym nie dlatego, by wychwalać swoje miasto, ale żeby pokazać, że mam pewne doświadczenie w rozpoznawaniu narastającego kryzysu. W każdym razie, kiedy już byliśmy gotowi (wielu z nas), wszystko nabrało tempa; podjęliśmy konkretne działania, pojawiły się pożądane efekty.

Od tych pierwszych warsztatów minęło pięć lat. W Opolu, na grupach na które chodzę (oczywiście nie bywam na wszystkich w mieście), sponsorowanie określiłbym na jakieś 85%, może więcej. W Opolu sponsora nie trzeba szukać – można go sobie po prostu wybrać. Podczas mityngów niewiele mówi się o piciu, dużo więcej o Programie, o konkretnych rozwiązaniach i realnych zmianach, jakie one przyniosły.  A po mityngu często jeszcze wybieramy się wspólnie do herbaciarni („AA po mityngu AA”), żeby dłużej być razem, ze sobą, wspólnie.

Przez tych kilka lat dokonały się zmiany większe niż przez poprzednie ćwierćwiecze. Czasem porównuję to do śnieżnej kuli – początkowo trzeba ją mozolnie popychać, a i tak albo co chwila się rozlatuje, albo przetoczy kawałek, z oporami, jakby niechętnie i znowu staje. Jednak kiedy przekroczona zostanie jej masa krytyczna, śnieżna kula zaczyna toczyć się sama, coraz szybciej i już nie można jej zatrzymać.

Do Poznania pojechałem, bo już kilka miesięcy wcześniej podejrzewałem, czułem, że może to być wydarzenie o ogromnym znaczeniu, możliwe, że jedno z ważniejszych w całej naszej dotychczasowej AA-owskiej historii. Pojechałem, żeby sprawdzić, upewnić się, czy intuicja i przeczucie mnie nie myli, czy rzeczywiście Wspólnota AA w Polsce – jak kilka lat temu znaczna część anonimowych alkoholików w Opolu –  osiągnęła już swoją… krytyczną masę cierpienia, czy osiągnęła gotowość na zmiany. A jeśli tak, na co liczyłem, miałem nadzieję, to chciałem w tym uczestniczyć, być obecnym.
Pojechałem. Sprawdziłem. Odpowiedź brzmi – tak. Tak, TO się stało.

Wspomniałem już, że wysoką frekwencję (chętnych okazało się dwa razy więcej niż organizatorzy początkowo zakładali) uważam za ważną, jednak ważniejsze wydaje mi się to, że w warsztatach brali udział alkoholicy z całej Polski, z miejscowości naprawdę bardzo odległych od Poznania. To oznacza, że przyjechali alkoholicy, którym naprawdę zależy, zdeterminowani, tacy,  którym autentycznie chce się chcieć.

Najważniejszy sprawdzian był jednocześnie ostatnim punktem programu warsztatów – chodzi mi o panel dyskusyjny. To wtedy wszystko miało się rozstrzygnąć.  Z własnego doświadczenia (różne warsztaty, spikerki, praca z podopiecznymi) wiem już przecież, że brak gotowości na przyjęcie proponowanych rozwiązań zawsze przejawia się w złości,  sprzeciwach, w szukaniu „dziury w całym”, w wynajdowaniu argumentów, w negowaniu i deprecjonowaniu doświadczeń i przekonań spikerów, czy prowadzących , w próbach udowodnienia im, a może samemu sobie, że nie mają racji… W Poznaniu czegoś takiego (prawie) w ogóle nie było. Nie widziałem i nie słyszałem. Ani podczas samych zajęć, ani w kuluarach, na przerwach. Wniosek? Alkoholicy przejechali setki kilometrów nie po to, żeby walczyć czy udowadniać swoje racje – przyjechali, żeby usłyszeć rozwiązanie, usłyszeć odpowiedź na zawarte w WK pytanie: „co ja mam robić?”.  I byliśmy tam wszyscy – współzałożyciele pierwszych grup AA w Polsce, weterani o abstynencji niebotycznej (Andrzej „plastyk”, Roman "marynarz"), powiernicy i rzecznicy, prowadzący (dwóch alkoholików mieszkających aktualnie w Londynie), tacy jak ja średniacy, początkujący i nowicjusze… nareszcie razem, we wspólnocie ducha. Bo duchowy program AA zaczyna się wtedy, kiedy jeden alkoholik mówi do drugiego o własnych doświadczeniach, o tym, kim był, co się z nim później stało i jak żyje obecnie.
 
Taka wygląda moja osobista, mocno skondensowana i wysoce subiektywna, relacja z warsztatów sponsorowania w Poznaniu. Oczywiście nie o wszystkim napisałem, jednak starałem się ująć to, co wydawało mi się najważniejsze… dla naszego wspólnego dobra.