wtorek, 19 sierpnia 2008

Tradycja 12 Wspólnoty AA

Wersja krótka: Anonimowość stanowi duchową podstawę wszystkich naszych tradycji przypominając nam zawsze o pierwszeństwie zasad przed osobistymi ambicjami.

Wersja pełna: I wreszcie my, Anonimowi Alkoholicy, głęboko ufamy, że zasada anonimowości ma olbrzymie znaczenie duchowe. Przypomina nam o pierwszeństwie zasad AA przed osobistymi ambicjami oraz o potrzebie stosowania prawdziwej pokory w życiu. Potrzebujemy jej po to, by zesłane nam dobrodziejstwa nigdy nas nie zepsuły i byśmy nigdy nie przestali myśleć z wdzięcznością o Nim, który miłościwie panuje nad nami wszystkimi.


Jak rozumiem Tradycję Dwunastą Wspólnoty AA?

„Anonimowość to pokora w działaniu, a jej duchową istotę stanowi poświęcenie” – takie i podobnego typu wypowiedzi brzmią wspaniale i niewątpliwie mogą robić niesamowite wrażenie podczas mityngów AA, zwłaszcza w obecności nowych członków Wspólnoty płci przeciwnej. Warto jednak czasem zadać sobie pytanie, czy dla głoszącego takie prawdy, dla mnie osobiście, coś one faktycznie znaczą, i to tak na co dzień, w praktyce? Bo jeśli nie… Ale tu już powinna działać zasada bezwzględnej uczciwości – przynajmniej wobec samego siebie.
 
„Alkoholik, alkoholiczka”… określenia te mają w każdym chyba społeczeństwie ewidentnie pejoratywne znaczenie, a nawet potrafią stać się uwłaczającym wyzwiskiem. Alkoholicy mają bez wątpienia wyjątkowo złą opinię i – co może dziwnie brzmieć w ustach alkoholika – moim zdaniem słusznie i zasłużenie.
Między sobą, we własnym gronie i środowisku, możemy nieomalże w nieskończoność udowadniać oraz przekonywać się wzajemnie, jacy to z nas wartościowi, wspaniali ludzie, jak cała reszta świata nie rozumie istoty choroby alkoholowej, jest niedouczona w tym zakresie itp. Pomysły na temat: „co oni powinni dla mnie i wobec mnie jako alkoholika”, uważam za nierealistyczną postawę roszczeniową i zwykłe bujanie w obłokach, bo smutna prawda wygląda tak, że nasze otoczenie nie ocenia ani choroby jako takiej, ani nawet nadużywania alkoholu, co w naszym kręgu kulturowym jest dosyć powszechne, ale nasze zachowanie, postępowanie i relacje z innymi ludźmi, tak w ogóle.
Alkoholicy (obu płci) przecież nie są „źli” z powodu alkoholizmu, ale w związku z kradzieżami, kłamstwami, wyłudzeniami, oszustwami, znęcaniem się nad domownikami – psychicznym, fizycznym, a zwykle jednym i drugim – gwałtami małżeńskimi, niezdolnością do miłości, egoizmem, egocentryzmem, permanentnym pozbawianiem swojej rodziny poczucia bezpieczeństwa, materialnych środków do życia, szansy na normalne funkcjonowanie, rozwój.
 
Kiedy wyobrażam sobie konsekwencje ewentualnego przerwania abstynencji, przychodzi mi do głowy wstyd wobec kolegów z AA, upokarzająca wizyta w poradni odwykowej, skrępowanie w związku ze wspomnieniem, bezwartościowych najwidoczniej, rocznic… no, ewentualnie może jeszcze utrata pracy. Jakoś zupełnie nie myślę o tym, co chyba najważniejsze – o powrocie do zachowań i postaw, które wymieniłem wcześniej. Czyżby roiło mi się, że pomimo powrotu do picia, udałoby mi się w razie czego zachować wysokie standardy moralne, z których obecnie jestem tak dumny?
Wyjątkowo ważnym elementem pokory wydaje mi się pełna świadomość, że od takich właśnie społecznie nieakceptowanych zachowań dzieli mnie tylko jeden kieliszek, a także przyjęcie do wiadomości faktu, że alkoholizm jest chorobą chroniczną – ma, lub może mieć, nawroty.
 
W zasadzie od samego początku obserwuję, najpierw u siebie, później nie tylko u siebie, tendencję do myślenia o sobie dwubiegunowo (psychologowie nazywają to zdaje się „mechanizmem rozproszonego ja”), czyli: ja pijany – zły, ja trzeźwy – dobry. Uleganie takiej pokusie wydaje mi się wyjątkowo niebezpieczne, gdyż w ten sposób coraz bardziej dystansuję się od swojej przeszłości. Niby nadal na mityngach opowiadam paskudne przypadki z lat uzależnionego picia, ale robię to już z daleko mniejszym zaangażowaniem, jakbym opowiadał o kimś innym, albo streszczał film.
Nie sprawia mi przyjemności dopuszczanie do swojej świadomości faktu, że ten pijak, złodziej i oszust, to nadal ja, a nie jakiś inny Meszuge. Jeżeli jednak pójdę tym torem i zacznę widzieć siebie z tamtych czasów jak kogoś innego, albo postrzegać swoją pijaną przeszłość jak zamkniętą raz na zawsze księgę, może zacząć działać stare AA-owskie powiedzenie: „im dalej ostatniego kieliszka, tym bliżej pierwszego”.
Tak, złodziej, kłamca, oszust… to nadal ja – wystarczy jeden kieliszek, i choćbym został największym guru w AA, to ten fakt pozostanie niezmienny po kres moich dni.
 
Jako, że alkoholizm w sensie medycznym jest chorobą trwałą, w moim życiu nigdy nie nastąpi taki moment, w którym mógłbym bezpiecznie, dla siebie oraz dla całej Wspólnoty AA (przecież nasze wspólne dobro jest najważniejsze!), zacząć realizować swoją wewnętrzną potrzebę ekspiacji, autoreklamy oraz innych form poprawiania sobie bilansu emocjonalnego na jakimś szerszym forum, w TV, lub innych publicznych mediach.
Ludowe powiedzenie mówi, że upadek z wysokiego stołka bardziej boli i niewątpliwie jest w tym sporo racji. Ewentualny upadek, zapicie anonimowego alkoholika, jednego z dziesiątków tysięcy, nie zagrozi Wspólnocie AA właściwie w żaden istotny sposób, a i on sam prędzej pozbiera się po cichutku, w gronie kilku przyjaciół, niż gdyby zwrócone były na niego oczy (i kamery) całego świata. Natomiast złamanie abstynencji Prezesa AA, gdyby taki ktoś istniał, albo znanego aktora czy polityka, chwalącego się, że jest członkiem Wspólnoty Anonimowych Alkoholików, mogłoby pociągnąć za sobą niepowetowane straty – wielu ludzi straciłoby nadzieję, być może ostatnią no, bo jeżeli TAKI człowiek zapił, to widocznie całe to AA nie działa i nie jest tak skuteczne, jak opowiadają.
 
W książce pod tytułem „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji” jej autor zwraca uwagę na potrzebę stałego poświęcania przez alkoholików celów osobistych w imię wspólnego dobra. Oczywiście ma rację, jednak żeby nie dopuścić do jakichś nieporozumień, warto odpowiedzieć sobie na pytanie, o jakie osobiste cele chodzi? Anonimowi Alkoholicy nie wymagają od swoich członków poświęceń w postaci rezygnacji z awansu na majstra w fabryce obrabiarek. Sugerują natomiast, że lepiej będzie dla wszystkich zainteresowanych, aby alkoholik swoje cele osobiste, na przykład w postaci potrzeby uznania, zadośćuczynienia, odkupienia win, oczyszczenia, demonstracji zmian postawy i innych takich, realizował bez mieszania w to Wspólnoty AA na forach publicznych i w mediach.
 
Rozmawiając niedawno na temat słabej i silnej woli, starałem się przekazać, że to nie wola była i jest moim problemem, ale raczej samowola. „Egoizm, egocentryzm, koncentracja na samym sobie” – to przecież ja i to nie tylko w okresie picia. A jeśli tak, to zamiana osobistych, prywatnych zachcianek na posłuszeństwo i podporządkowanie się zasadom służącym wszystkim, albo przynajmniej większości, może być dla mnie uzdrawiającą nowością.
 
Przez większą część życia, tego przed uzależnieniem się także, funkcjonowałem napędzany i motywowany własnymi zachciankami, wyobrażeniami, pomysłami, planami, rojeniami, ambicjami – i skończyłem na detoksie. Od kiedy nie piję, wiele razy podczas mityngów AA mówiłem o swojej gotowości i determinacji we wprowadzaniu zmian w swoje życie, myślenie, postępowanie. Czy rzeczywiście gotów jestem zacząć zmieniać swoje ambicje na zasady Wspólnoty, która ratuje mi życie? I żadne tam „daj czas czasowi”! Czy jestem gotów zacząć to robić już dzisiaj, od zaraz?
 
W naszym AA-owskim środowisku bardzo często można usłyszeć powiedzenie, czy też sugestię, zgodnie z którą „najpierw rzeczy najważniejsze”. I tak Dwunasta Tradycja Wspólnoty AA po prostu jasno i wyraźnie proponuje mi, sprawdzone w działaniu priorytety, określa właśnie to, co jest najważniejsze, żebym jako alkoholik mógł żyć stosunkowo bezpiecznie i godnie – obok alkoholu, bez alkoholu.





Więcej i szerzej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.



poniedziałek, 18 sierpnia 2008

Nasz wspólny cel

Naszym celem jest trwać w trzeźwości i pomagać innym alkoholikom w jej osiągnięciu – z Preambuły AA. Wspólny cel… Dobro nas wszystkich… Takie oczywiste, takie proste słowa powtarzane tak często, że prawdopodobnie przestaliśmy je słyszeć, zastanawiać się nad nimi, może nawet rozumieć.


Nasz wspólny cel - co oznacza to dla mnie?


Kiedy tematem rozważań jest Krok I, kiedy na mityngu zjawia się nowicjusz, wypowiedzi uczestników dotyczą często tematu – co mi dała Wspólnota AA? Można wtedy wiele usłyszeć o odbudowanym życiu rodzinnym, zawodowym i religijnym, o odzyskanej godności i zaufaniu, mowa jest też o autentycznej, gorącej wdzięczności… Świetny temat, prawda? Co MI dała Wspólnota AA? Tylko czy czasem nie warto byłoby się zastanowić, czy MOJA abstynencja, a nawet trzeźwość jest faktycznie naszym wspólnym i najważniejszym celem?

Słowa „Nie pytaj, co Ameryka może zrobić dla ciebie, ale co ty możesz zrobić dla Ameryki” pomogły zbudować silne, demokratyczne państwo. Czy silna jest moja Wspólnota, moja grupa? Kiedy ostatnio pytałem, co ja mogę zrobić dla realizacji naszego wspólnego celu, dla naszego, a nie tylko dla mojego dobra?
Moje dobro (a przynajmniej moje na ten temat wyobrażenie) wcale nie koniecznie musi oznaczać dobro innych alkoholików, czy całej Wspólnoty, natomiast dobro Wspólnoty AA, niewątpliwie w konsekwencji oznacza moje dobro – jako zdrowiejącego alkoholika. To chyba jednak jest oczywiste.

Co zrobiłem? Ano, popatrzmy…
Moja grupa powierzyła mi służbę mandatariusza. No to pojechałem na spotkanie Intergrupy przekazać stanowisko grupy w pewnej sprawie oraz skonsultować z innymi mandatariuszami dość nowatorski sposób niesienia posłania. Nasza dyskusja była gorąca i problem zostanie przekazany do zaopiniowania do Regionu, a może i dalej (niżej). I tak właśnie jest dobrze – chcemy zrobić coś dla siebie i dla innych, ale nie chcielibyśmy przy tej okazji naruszyć zasad Wspólnoty.

Podczas Intergrupy dostałem dla swojej grupy przygotowane wcześniej (bardzo dobry pomysł) dowody wpłat na specjalne konto, na którym gromadzone są fundusze niezbędne do realizacji obchodów XXXV lat Wspólnoty AA W Polsce. A tak! W dniach 21-23 sierpnia 2009 we Wrocławiu, w Hali Ludowej, odbędzie się uroczysty Zlot Radości z okazji XXXV rocznicy istnienia w Polsce Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Święto to będzie jednocześnie Zlotem Radości – Świętem "Zdroju".

W myśl I Tradycji i w duchu IV Tradycji AA organizatorzy (Rada Powierników, Zespół Organizacyjny) apelowali i prosili o przekazywanie symbolicznej złotówki z każdego mityngu na potrzeby organizacyjne naszego święta. Taka rocznica to też nasze wspólne dobro i okazja do niesienia posłania. Pytanie tylko, czy ja i moja grupa chcemy wziąć udział w realizacji tego wspólnego celu, czy też nie.

I jeszcze jedno – komunikacja i łączność. Jako mandatariusz, do swojej grupy przywiozłem wiadomość o Zlocie i o rocznicy ze spotkania Intergrupy. Tam dotarła ona dzięki powiernikowi naszej Intergrupy do Rady Regionu. Przedstawiciele Regionu brali udział w Konferencji. Problem tylko w tym, czy na każdym poziomie potrafiliśmy prosto i zgodnie z faktami przekazać, na co i jak wydatkowane są pieniądze Wspólnoty, czyli po prostu nasze własne pieniądze? Od takiej właśnie informacji i od sposobu jest przekazania zależy, czy – taka lub inna – inicjatywa Konferencji stanie się naszym wspólnym celem, czy może czymś obcym, narzuconym, niezrozumiałym, co jacyś „oni” niech sobie sami realizują.

Może takie działania nie wydają się zbyt spektakularne, nie porywają rozmachem i wizją, ale… Kiedy piłem, wydawało mi się, że jestem w stanie rozwiązać problemy całej ludzkości, teraz… Teraz jeśli jest taka potrzeba, poprowadzę mityng AA, nie wykręcając się i nie argumentując, że jeszcze nie dorosłem. Bo mityng mojej grupy to też nasze wspólne dobro. 
 



Dużo więcej w moich książkach

sobota, 19 lipca 2008

Tradycja 11 Wspólnoty AA

Wersja krótka: Nasze oddziaływanie na zewnątrz opiera się na przyciąganiu, a nie na reklamowaniu, musimy zawsze zachowywać osobistą anonimowość wobec prasy radia i filmu.

Wersja pełna: Nasze stosunki ze społeczeństwem powinny opierać się na zasadzie osobistej anonimowości. Uważamy, że AA powinno unikać sensacyjnej reklamy. Nasze nazwiska i zdjęcia jako członków AA nie powinny być rozpowszechniane w radiu, w prasie, filmie lub telewizji. Nasze oddziaływanie na zewnątrz powinno opierać się na przyciąganiu a nie na reklamowaniu. Nigdy nie możemy sami siebie zachwalać. Uważamy, że będzie lepiej, gdy będą nas polecać nasi przyjaciele.


Jak rozumiem Tradycję Jedenastą Wspólnoty AA?

Czy, a jeśli tak, to w jaki sposób, Tradycja Jedenasta AA dotyczy każdego alkoholika indywidualnie? Czemu nie reklamować? Jak odróżnić przyciąganie od reklamowania? Wydaje mi się, że po wielu latach trudnych doświadczeń, odpowiedź na te pytania jest zdecydowanie łatwiejsza dziś, niż w pierwszej połowie ubiegłego wieku.
 
Ostatnio coraz częściej na bannerach, czy plakatach reklamujących coś tam, widuję na samym dole, malutkimi literkami dodaną następującą uwagę: „publikowane tu treści nie stanowią informacji handlowej w rozumieniu przepisów kodeksu…”. Cóż to oznacza? Nie trzeba być tytanem intelektu, czy geniuszem, żeby móc odczytać prawdziwy sens takiego przekazu, który ogólnie rzecz biorąc brzmi: Ta informacja nie jest prawdziwa! Rzeczywistość może być nieco mniej… korzystna.
W ostatnich latach, i niestety coraz częściej, zdaję sobie sprawę, że reklama bywa czasem zwykłym naciąganiem, zawiera informacje tylko pozornie zgodne z prawdą, albo tylko w niektórych jej aspektach. W takiej sytuacji czy klimacie, reklamowanie Wspólnoty AA byłoby równoznaczne ze stwierdzeniem, że to jakiś kant, że coś tu pewnie „nie gra”, jest podejrzane i wątpliwe, że na pewno coś tu „śmierdzi”. Tyle, jeśli chodzi o reklamę jako taką. A relacje osobiste i prywatne?
W „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji” czytamy, że: „Musimy mieć jednak pełną świadomość, że przebywanie w centrum uwagi jest ryzykowne, szczególnie w naszym przypadku. W naturze nieomal każdego z nas leży niepowstrzymane zachwalanie samego siebie, toteż perspektywa stowarzyszenia złożonego prawie wyłącznie z agentów reklamowych mogła przerażać”.
 
Ja jestem alkoholikiem, co w moim przypadku automatycznie oznacza również egocentryka, i całymi latami żyłem w poczuciu winy, obarczony wyrzutami sumienia, pośród ludzi, którzy często patrzyli na moje pijane zachowanie z pogardą i wstrętem. Tak bardzo chciałbym móc teraz stanąć wreszcie z podniesionym czołem i pokazać im wszystkim, że nie jestem złym człowiekiem, że już nie piję, że nie kradnę, że…
Ja jestem alkoholikiem i mam za sobą zapicie po jakiejś tam abstynencji, w trakcie terapii odwykowej, pomiędzy jednym, a drugim mityngiem AA. Wydaje mi się… nie, nie wydaje się, wiem na pewno, że nie chciałbym, żeby moja postawa sprzed dziesięciu lat miała być wzorem, czy reprezentacją Wspólnoty AA. No, ale przecież Anonimowi Alkoholicy nie mogą działać w konspiracji!
 
Przyciągać – bez krzykliwej autoreklamy – będziemy wówczas, gdy o nas, o Wspólnocie AA pisać będą za nas nasi przyjaciele z zewnątrz, sympatycy spoza AA. Ale… na przyjaźń, jak wiadomo, trzeba sobie zasłużyć. Wartościowych przyjaciół mają, i zwykle bez trudu znajdują, ludzie uczciwi, godni zaufania, dyskretni, odpowiedzialni, życzliwi, gotowi do bezinteresownej pomocy. I to, jak sądzę, jest znakomicie prostą sugestią dla mnie, odpowiedzią na pytanie: jakim człowiekiem mam być (lub jakim się stać), jak zachowywać się i postępować, żeby osiągnąć cel Jedenastej Tradycji, to jest przyciągać, a nie reklamować.
Jeśli będą o nas dobrze mówić ludzie nieuzależnieni, nasi sympatycy i przyjaciele, i jeżeli będą to robić z własnego przekonania, a nie za pieniądze, informacja o Wspólnocie powinna dotrzeć wszędzie tam, gdzie jest potrzebna oraz w takiej formie, która byłaby do zaakceptowania przez AA.
 
W tekście Tradycji Jedenastej pojawia się też słowo „anonimowość”. Jest ono duchową podstawą wszystkich naszych Tradycji i przewija się właściwie przez większość z nich – bezpośrednio, albo w tle. Ważne wydaje mi się określenie „osobista anonimowość”, gdyż mam wrażenie, że czasami dochodzi tu do pewnych nieporozumień. Ja jestem członkiem Wspólnoty Anonimowych Alkoholików, a nie… Anonimowej Wspólnoty Alkoholików. Oznacza to po prostu, że anonimowi we Wspólnocie są alkoholicy, ale ani sama Wspólnota, ani tym bardziej jej Program, anonimowe, czy też tajne nie są. Jakże inaczej nasi przyjaciele spoza AA mogliby pisać o Wspólnocie?
 
O anonimowości napisałem w maju 2008 roku nieco kpiący artykuł pod tytułem: „Konspiracja, czyli nasze podziemne tradycje narodowe…”, który stanowi uzupełnienie niniejszego tekstu.
 
 
Tradycja 11 w dwóch zdaniach
 
Mój sponsor czasem sugeruje mi formułowanie myśli krótko, prosto, bez rozbudowanych opowieści, a jednocześnie tak, bym odnalazł samą istotę rzeczy, sedno sprawy. W taki właśnie sposób udało mi się tę część Tradycji Jedenastej, która mówi o przyciąganiu, a nie reklamowaniu, wyrazić w dwóch krótkich zdaniach, dwóch punktach:
1. O AA mówić, gdy pytają.
2. Żyć tak, żeby pytali.





Więcej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.




czwartek, 19 czerwca 2008

Tradycja 10 Wspólnoty AA

Wersja krótka: Anonimowi Alkoholicy nie zajmują stanowiska wobec problemów spoza ich wspólnoty, ażeby imię AA nie zostało nigdy uwikłane w publiczne polemiki.

Wersja pełna: Żadna grupa ani żaden członek AA nie powinni nigdy wyrażać swych opinii na temat kontrowersyjnych spraw spoza wspólnoty, a w szczególności na temat polityki, ustawodawstwa alkoholowego lub sekt religijnych, w taki sposób, który mógłby sugerować, że jest to opinia AA. Grupy Anonimowych Alkoholików nie walczą z nikim, a w tego rodzaju sprawach w ogóle nie wyrażają swoich opinii.


Jak rozumiem Tradycję Dziesiątą Wspólnoty AA?

Zanim sam sobie stworzyłem bardzo poważny i zajmujący problem, poszukując odpowiedzi na pytanie „do kogo ta mowa?”, czyli kogo właściwie autor Dziesiątej Tradycji AA miał na myśli zaczynając zdanie od słów „Anonimowi Alkoholicy”, doczytałem w jej pełnej wersji: „Żadna grupa ani żaden członek AA nie powinien nigdy wyrażać…”. I już wszystko było jasne, bo cała reszta wydawała mi się stosunkowo prosta. A zaczęło się to dawno, dawno temu.
 
Kilkanaście dni po wizycie w poradni, na jednym z moich pierwszych w życiu mityngów AA, słuchałem bardzo uważnie paru kolegów z dużo dłuższym stażem niż mój. Byli to starzy, zaprawieni w bojach AA-owcy, czyli właśnie najwłaściwsi ponoć ludzie, od których powinienem uczyć się, jak żyć, żeby się nie napić, co robić, żeby utrzymać abstynencję. I oni o tym mówili. Wprawdzie z tamtego okresu zapamiętałem jedynie, że mam często chodzić na mityngi AA i „dzielić się”, to jest opowiadać o tym, co mi się ostatnio w życiu nie udało i z czyjej winy no, ale jednak mówili. Problem polegał na tym, że mówili też coś jeszcze…
 
Słuchałem mrożącej krew w żyłach opowieści kolegi, który przez kilka lat mieszkał na wysypisku śmieci i żywił się tam jakimiś odpadkami. Jego poprzednicy mówili o latach spędzonych w więzieniach, o dziesiątkach zwolnień dyscyplinarnych, o komornikach, o atakach delirium tremens i innych takich, a ja miałem coraz więcej wątpliwości – nigdy wcześniej nie byłem detoksykowany, nie aresztowano mnie ani razu, nie zapłaciłem nawet żadnego mandatu. Nie piłem denaturatu, nie miałem padaczki, ani delirium. Nigdy w życiu nie zwolniono mnie z pracy dyscyplinarnie, a rozwód wziąłem jeszcze przed uzależnieniem… I coraz bardziej wydawało mi się, że to jednak nie moja „bajka”.
Nie byłem na tym mityngu jedynym nowicjuszem, w przerwie jeden ze „starych” jakoś tak się zakręcił, że zebrał wokół siebie kilku z nas i – prawdopodobnie widząc nasze poważne problemy z identyfikacją – udzielił nam pierwszej lekcji, którą dziś uważałbym za wstęp do Dziesiątej Tradycji AA, powiedział mianowicie, żebyśmy starali się skupiać na tym, co nas łączy, nie zawracając sobie głowy tym, co dzieli. Najważniejsze było to, że wszyscy jesteśmy alkoholikami. Techniki picia, gatunki alkoholi oraz podobne „drobiazgi” nie zmieniały faktu podstawowego – wszyscy tutaj byliśmy uzależnieni od alkoholu. Rada starego AA-owca: „koncentrować się na podobieństwach i nie przywiązywać wagi tego, co dzieli”, może się wydawać bardzo odległa od istoty Dziesiątej Tradycji, ale tylko pozornie, bo przecież druga część Tradycji Pierwszej mówi o tym, że nasze wyzdrowienie zależy od naszej jedności. A czy nie jest oczywistą prawdą, że jedność i podziały to sprzeczność?
 
Początkowo nie za bardzo się obawiałem konsekwencji uwikłania imienia AA w „publiczne polemiki”, za to bardzo szybko zauważyłem, jak błyskawicznie może powstać mur niezgody i braku zaufania, kiedy podczas przerwy w mityngu AA ktoś określił swoje zdanie w jakiejś „gorącej” kwestii bieżącej, która z chorobą alkoholową i zdrowieniem nie miała zupełnie nic wspólnego.
Nieco później zrozumiałem, że różnica zdań między kilkoma alkoholikami w przerwie mityngu AA, dotycząca jakichś tam lokalnych i bieżących spraw, to jeszcze zupełne głupstwo w porównaniu do podziałów naprawdę poważnych: różne, czasem ostro wojujące ze sobą, religie w różnych krajach, odmienna, a czasem wręcz sprzeczna polityka całych państw, stosunek do istotnych zagadnień ogólnospołecznych, jak na przykład kara śmierci, eutanazja czy aborcja…
Jeśli moja grupa AA postanowiłaby zająć określone stanowisko, ustawić się po którejś ze stron sporu, co stałoby się ze mną, gdybym na przykład z tym stanowiskiem się nie zgadzał? A co byłoby z moją przyjaźnią i współpracą z AA-owcami z innych regionów Polski lub z innych krajów, gdybym stanowisko swojej grupy właśnie popierał, ale ci znajomi mieliby zupełnie inne przekonania?
 
Lektura książek AA-owskich traktujących o historii Wspólnoty oraz własne doświadczenia i przeżycia (na mniejszą skalę oczywiście) przekonały mnie, że zarówno dla „mojej” grupy AA, jak i dla mnie osobiście, jest zdecydowanie lepiej, bezpieczniej i „zdrowiej”, jeśli nie zajmujemy stanowiska wobec… właściwie jakichkolwiek spraw nie związanych bezpośrednio z problemem zdrowienia z choroby alkoholowej. W „mojej” grupie najważniejsze jest nasze trzeźwienie, zmienianie postawy, a nie formowanie opinii na temat zewnętrznego świata i spraw z nim związanych.
Wspólnota Anonimowych Alkoholików zajmując określone stanowisko w dowolnej kwestii nie związanej bezpośrednio ze zdrowieniem, natychmiast znalazłaby się w ogniu publicznych dyskusji i polemik (tak, jak dzieje się to praktycznie z każdym ugrupowaniem politycznym czy społecznym), a jej członkowie albo angażowaliby się w walkę w obronie tej kwestii – zamiast zająć się niesieniem posłania – albo siły i środki przeznaczyliby na tworzenie odłamów opozycyjnych wewnątrz Wspólnoty, gdyby z tą kwestią osobiście się nie zgadzali.
 
Idea Dziesiątej Tradycji prezentowana jest też w tekście Preambuły AA, to jest w tekście, który w skrócie określa, kim jesteśmy: „Wspólnota AA […] nie popiera ani nie zwalcza żadnych poglądów”. Ja też jestem AA (Anonimowy Alkoholik) i ostatnio zauważyłem, że kiedy tę zasadę (podpatrzoną u mojego sponsora) stosuję także do siebie, to żyje mi się jakoś tak… spokojniej, bez niepotrzebnych wstrząsów, zawirowań i emocji. Ostatnio staram się zrobić jeszcze krok dalej: ja też jestem AA, a więc nie muszę zwalczać ani popierać żadnych poglądów… nawet swoich własnych. Czasem mi się udaje. Ale czasem nie. Jeszcze nie zawsze. Prawdę mówiąc nie udaje mi się zwykle wtedy, kiedy właśnie naruszana jest we Wspólnocie AA jej Dziesiąta Tradycja. Być może wyjątkowo drażni mnie to, bo przecież sam tak kiedyś robiłem…
 
W 2005 roku Fundacja BSK wydała kapitalną broszurkę pod tytułem „Pytania do Dwunastu Tradycji AA”. Niektóre z tych pytań, dotyczących Tradycji Dziesiątej, sprowadzają się właściwie do jednego: czy zdarza mi się twierdzić, że istnieje jakieś „oficjalne stanowisko AA” w dowolnej właściwie sprawie, i ja to stanowisko znam? Przecież we Wspólnocie Anonimowych Alkoholików mamy dzielić się doświadczeniem, a nie zajmować tworzeniem jakichś zasad, rzekomo oficjalnych poglądów, i narzucaniem ich innym.
 
Ale jeśli już koniecznie „muszę” (?) porozmawiać z kimś o polityce służby zdrowia, polskiej gospodarce, lub najnowszych skandalach i aferach, to przecież mogę to zrobić z kimś spoza AA – zdrowiej będzie. Dla mnie i… dla Wspólnoty Anonimowych Alkoholików.





Więcej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.




środa, 18 czerwca 2008

O przyjaźni w życiu i w AA

Dawno, dawno temu, na jakiejś prywatce w akademiku, spotkałem dziewczynę. Siedziała w kącie, na wersalce, z nogami owiniętymi kocem, i ze spokojem oraz jakimś takim… dystansem obserwowała parkietowe szaleństwa – w tym swojego chłopaka – nie biorąc w nich czynnego udziału. Jej sposób bycia, postawa, mądre i ciepłe spojrzenie spowodowały, że coś mnie do niej ciągnęło. Kiedy trochę wypiłem i poczułem się odważniejszy, podszedłem do niej, jakoś tam zacząłem rozmowę i ostatecznie przegadaliśmy pół nocy. 
Kiedy impreza miała się już ku końcowi, ze sporą tremą wydusiłem z siebie deklarację: chciałbym być twoim przyjacielem” i nie było najmniejszej wątpliwości, że chodzi o przyjaźń, a nie o „podryw”. Gdyby nie pełna powagi życzliwość w jej głosie, pewnie uznałbym, że żartuje sobie ze mnie, odpowiedziała mi bowiem krótko – „to bądź” i powiedziała to tak, jakby moja wola i „chcenie” załatwiało tu wszystko.
Nie zrozumiałem jej wtedy, a tego, co powiedziała nie rozumiałem jeszcze przez wiele kolejnych lat, ale nie spotkaliśmy się już nigdy więcej, więc nie było okazji do ewentualnych pytań i wyjaśnień. 
Żeby zrozumieć te pozornie proste słowa, musiałem przejść piekło czynnego uzależnienia, zamknięty odwyk i wiele innych, zwykle paskudnych dosyć, doświadczeń i przeżyć.
 
Wydarzenie to wypłynęło na powierzchnię mojej pamięci prawie ćwierć wieku później, kiedy w przerwie mityngu AA słuchałem smutnej opowieści znajomego. Zły, rozżalony i rozgoryczony opowiadał o tym, jak to potrzebował jakiejś tam pomocy i w środku nocy wykonał kilkanaście telefonów… najwyraźniej z miernym skutkiem – żaden z jego przyjaciół z AA nie stanął na wysokości zadania. Sprawa mnie nie dotyczyła, więc w jej detale nie wnikam, ale uderzyło mnie jedno, pełne gorzkiego wyrzutu zdanie: „a ja głupi uważałem ich za swoich prawdziwych przyjaciół…”.
 
Włos mi się jeży na głowie, kiedy słyszę o „prawdziwej przyjaźni” i to bez względu na to, czy chodzi o deklaracje, czy wymagania lub pragnienia. Spotkałem w życiu dziesiątki, a może setki ludzi (głównie w Centrum Terapii Nerwic w M.), którzy bardzo boleśnie zawiedli się na kimś, kogo uważali za swojego najlepszego, prawdziwego przyjaciela lub przyjaciółkę. Zawsze jednak, bez względu na okoliczności, które czasami faktycznie bywały mocno dramatyczne, okazywało się, że spory udział w tragedii mają zupełnie nierealne oczekiwania lub nawet żądania wobec innej osoby.
 
Jaki miałby być ten prawdziwy przyjaciel, w odróżnieniu od takiego zwykłego, codziennego? Prawdziwy przyjaciel powinien być absolutnie tolerancyjny i wyrozumiały – dla nas samych, naszych zachowań, postępowania itd. Ma być absolutnie szczery i otwarty, absolutnie dyskretny, absolutnie dyspozycyjny i gotów zrobić dla nas absolutne wszystko o absolutnie każdej porze dnia i nocy. Jednak przede wszystkim ma być absolutnie wobec nas lojalny. Można tu dorzucić jeszcze kilka swoich własnych wymagań.
Myślę, że tego typu oczekiwania bardzo łatwo jest zawieść, albo inaczej – wręcz niemożliwe jest im sprostać, a więc ktoś, kto takiej przyjaźni oczekuje w zasadzie z góry i na pewno skazuje się na zawód i rozczarowanie – prędzej czy później. Wredne pytanie o to, czy my sami potrafilibyśmy być takimi właśnie „prawdziwymi przyjaciółmi”, pewnie też mogłoby być mocno kłopotliwe, nieprawdaż?
 
Myślę, a nawet jestem pewien, że wydumane, urojone, niewątpliwie pożądane, ale przecież kompletnie nierealistyczne wymagania i oczekiwania w stosunku do innych osób, z trzeźwą postawą niewiele mają wspólnego… albo nawet wcale. Ale pytanie, od którego właściwie powinienem zacząć, brzmi: czym w ogóle jest przyjaźń? Wydaje mi się, że najprościej będzie określić przyjaźń, jako jedno z bardzo wielu uczuć dostępnych człowiekowi. Uczuć takich jak na przykład miłość. Albo nienawiść. Jednak, co oczywiste, przyjaźń (zresztą tak samo jak i miłość) to także pewna postawa wobec osoby obdarowywanej tym uczuciem, gotowość do określonych zachowań, postępowania, wyborów i decyzji.
 
Jeśli definicja przyjaźni, którą zaproponowałem ma sens, to jak w takim razie brzmi prawdziwy przekaz komunikatu: „Kasiu (Zbyszku, Anno, Jurku…), chciałbym żebyś była moim przyjacielem”?  No cóż… pewnie po prostu tak: „Kasiu (Zbyszku, Anno, Jurku…), życzyłbym sobie, bo przecież ja tym rządzę, żebyś czuła określone i pożądane przeze mnie uczucia (przyjaźń) oraz żebyś zachowywała się i postępowała w określony, korzystny i przyjemny dla mnie sposób. Przesadzam? Jeśli nawet, to tylko odrobinę… niestety.
 
Jeżeli prawdą jest, że mam ograniczone możliwości kontrolowania całego świata oraz ludzi wokół mnie, jeżeli prawdą jest też, że wpływ mam jedynie na swoje uczucia i zachowania, to jednocześnie jest też oczywiste, że o przyjaźni mogę mówić tylko i wyłącznie w odniesieniu do samego siebie, bo to przecież moje uczucie, a nie innej osoby – w cudzej głowie czy sercu nie siedzę.
 
„Jestem przyjacielem Tomka” – tak, ja tak mogę powiedzieć, bo oznacza to po prostu: rozpoznałem swoje uczucia i jestem gotów do określonych, związanych z tymi uczuciami, zachowań i postępowania.
 
„Tomek jest moim przyjacielem” – oj, ostrożnie, tu już zaczynają się moje „chciejstwa”, ale przede wszystkim moje wyobrażenia o jego uczuciach, zachowaniach, decyzjach i wyborach, jakie podejmie w bliższej lub dalszej przyszłości i to bez względu na to, co ja zrobię w międzyczasie. To są niebezpieczne (dla mnie, jako alkoholika) spekulacje i rojenia.
 
Zabawne (tylko w pewnym sensie) jest to, że mogę być czyimś przyjacielem właściwie bez względu na to, czy ten ktoś mnie za przyjaciela uważa czy też nie. Przyjaźń to moje uczucia i zachowania, a nie czyjeś wyobrażenia na temat tego, co czuję oraz spekulacje na temat tego, jak się zachowam.
 
I jeszcze jedno – w przyjaźni, tak jak w miłości, wzajemność jest pewnie wysoce pożądana, ale jednak nie niezbędna i wcale nie jest powiedziane, że osoba obdarowana przyjaźnią musi z niej w jakiś sposób korzystać. Ja mogę sobie być, stale i wciąż, przyjacielem Małgosi czy Kazia, mimo, że Małgosia i Kazio mają to permanentnie w nosie – to ich prawo i ich wybór – krótko mówiąc.
 
W związku z takimi przekonaniami, od pewnego już czasu, o wiele bardziej koncentruję się na tym, by być przyjacielem, niż żeby mieć przyjaciół. Zresztą, czy tak naprawdę, można innych ludzi mieć? Na krótką… bardzo krótką metę, pewnie można. Próbowałem. Tylko zawsze źle się to kończyło. Dla obu stron, choć wydaje mi się, że – wbrew pozorom – moje straty były ostatecznie większe.
 
A młodemu, rozczarowanemu Wspólnotą koledze mogę przypomnieć tylko stare AA-owskie powiedzenie, przepraszając od razu za jego cynizm, a nawet brutalność – Jeśli nadal uważasz wszystkich w AA za przyjaciół, to widocznie zbyt rzadko chodzisz na mityngi.





Dużo więcej w moich książkach

poniedziałek, 19 maja 2008

Tradycja 9 Wspólnoty AA

Wersja krótka: Anonimowi Alkoholicy nigdy nie powinni stać się organizacją; dopuszcza się jednak tworzenie służb i komisji bezpośrednio odpowiedzialnych wobec tych, którym służą.

Wersja pełna: W każdej grupie AA powinno istnieć możliwie jak najmniej organizacji. Rotacja jest najlepszym rozwiązaniem. Grupa wybiera mandatariusza, rzecznika i skarbnika - służby te są rotacyjne. Wielkomiejskie grupy łączą się w intergrupy a te z kolei tworzą regiony, które często zatrudniają sekretarkę na pełnym etacie. Powiernicy Rady Usług Ogólnych są w istocie takim Komitetem Usług Ogólnych dla całego AA. Stoją oni na straży naszych Tradycji, otrzymując od grup AA dobrowolne datki, z których utrzymują Biuro Usług Ogólnych w Nowym Jorku. Są oni upoważnieni przez grupy do reprezentowania całego AA na zewnątrz, a także dbają o merytoryczną treść naszego głównego czasopisma „AA Grapevine". Wszyscy nasi reprezentanci powinni kierować się duchem służby, bo prawdziwi przywódcy w AA są jedynie zaufanymi i doświadczonymi sługami całej wspólnoty. Ich stanowiska nie dają im żadnej władzy; oni nami nie rządzą. Warunkiem ich przydatności jest powszechny szacunek.


Jak rozumiem Tradycję Dziewiątą Wspólnoty AA?

Gdy po raz pierwszy może nie tyle słyszałem, co usłyszałem tekst Dziewiątej Tradycji AA, przyjąłem go do wiadomości, nie zastanawiając się głębiej nad jego znaczeniem czy sensem. Kiedy jednak odrobinę „liznąłem” AA (liznąłem zdaje się przez papierek i chyba z zupełnie niewłaściwej strony), okazało się, że problemy wyskakują mi, jak grzyby po deszczu. Wspólnota Anonimowych Alkoholików nie powinna nigdy stać się organizacją? No, oczywiście, że nie powinna – ironizowałem – bo przecież już nią jest. Czym niby, jak nie organizacją, jest struktura AA i podział na grupy, Regiony, Komisje, Intergrupy, Konferencje? Obłuda i zakłamanie, ot co! Zadałem sobie nawet nieco trudu i znalazłem definicję organizacji: «grupa ludzi lub państw mających ustaloną strukturę i działających razem, aby osiągnąć wspólne cele». No, przecież do Wspólnoty AA pasuje to jak ulał – wymądrzałem się. Minęły lata. Dużo w tym czasie czytałem, jeszcze więcej rozmawiałem, a nawet zdarzało mi się słuchać, co mają do powiedzenia inni ludzie. I tak istota i sens Dziewiątej Tradycji AA (i innych) powolutku sączyła mi się w umysł i duszę…
 
Wspólnota AA nie powinna nigdy stać się organizacją – czy to oznacza, że jej członkowie mogą, a może nawet powinni, robić wszystko chaotycznie, bezładnie, bez żadnego planu czy zastanowienia, według własnego widzimisię, instynktownie i żywiołowo? No, przecież wiadomo, że nie o to chodzi. Ale jeśli tak, to o co?
 
Oczywiście na początek – to było zresztą najłatwiejsze – musiałem nauczyć się odróżniać organizację w znaczeniu jakiejś struktury, od zorganizowania, czyli działania podjętego wspólnie, którego cel, a także sposoby i metody, realizowany jest zgodnie z zasadami i realistycznie opracowanym planem.
Pomimo braku takiej właśnie struktury organizacyjnej Wspólnota może i, jak widać, działa w sposób dobrze zorganizowany realizując swoje główne zadania określone w Piątej Tradycji i Preambule AA.
 
Jak więc może sensownie działać Wspólnota Anonimowych Alkoholików, bez prezesów, naczelnych, zarządu, kierowników, szefów, regulaminów dyscyplinarnych oraz wielu innych jeszcze elementów niezbędnych ponoć do właściwego funkcjonowania jakiejkolwiek grupy ludzi, począwszy od całego państwa, a na klubie działkowca kończąc? Warto w tym momencie wyobrazić sobie typową organizację, jej strukturę. Na przykład zupełnie dowolne ministerstwo. Departamenty, wydziały, komisje, sekcje, komórki. Dyrektorzy, kierownicy, ich zastępcy, starsi referenci, referenci itd. Związany z określonym stanowiskiem zakres obowiązków oraz kompetencji, możliwość podejmowania decyzji (władza), regulamin dyscyplinarny, służbowe samochody, telefony…
Alkoholik Jan K. – starszy referent sekcji do spraw jedności, wydział Pierwszej Tradycji, Departament Dwunastu Tradycji AA – czy tak miałoby to wyglądać? Czy o to chodzi? Uposażenie związane z latami abstynencji i premia regulaminowa za dwadzieścia pięć detoksów?
Oczywiście wszystko to wydaje się tak absurdalne, że aż śmieszne. Ale jest też nieco mniej zabawna strona medalu – ludzka natura. W takiej lub podobnej strukturze organizacyjnej zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce wdrapać się na szczyt drabiny, albo schować w jej cieniu. Alkoholik Jan K., człowiek ambitny (bo i czemu nie?) zechce awansować, a przy okazji wygryźć starszego referenta, alkoholika Stanisława N., którego nie znosi… I już zaczyna się „zabawa”.
 
Dr Bob w swoim ostatnim publicznym wystąpieniu powiedział, że jak ścisnąć w garści cały Program AA, to zostaną właściwie jedynie dwa liczące się elementy: miłość i służba. W organizacji pokazanej powyżej, nie ma przecież miejsca ani na służbę, ani na miłość. A co najgorsze, nie ma w niej też miejsca na alkoholika, który wciąż jeszcze cierpi…
 
Gdyby Wspólnota AA stała się organizacją w potocznym rozumieniu tego słowa, to jej naczelnik (dyrektor?) albo jakiś zarząd, musiałby automatycznie przyjąć – wraz z władzą – odpowiedzialność za wytrzeźwienie wszystkich członków (podwładnych), a to przecież brzmi zupełnie bezsensownie. Jednak problematyki władzy i zarządzania nie poruszam tu celowo, bo o rządzeniu traktuje przede wszystkim Tradycja Druga. Najważniejsze we Wspólnocie jest zbiorowe sumienie, a „nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą”. Prosta myśl przewodnia, czy też motto Konferencji: „Dzielimy się doświadczeniem, a nie zarządzamy w służbach”, jest znakomitą i bardzo jasną kwintesencją problemów z rządzeniem w AA.
 
Niezwykle ważna w Dziewiątej Tradycji jest pełna dobrowolność w korzystaniu z Programu Wspólnoty AA (Kroków, Tradycji, Koncepcji itd.). Zakazy, nakazy, regulaminy, sankcje, władza i inne elementy typowe w organizacyjnej strukturze rodzą opór i sprzeciw oraz rozmaite sposoby na ich obejście i sabotowanie. I nie ma w tym niczego dziwnego – przecież przekora jest typowym składnikiem osobowości alkoholika, a moim to już na pewno. No, ale przecież nie będę sabotował czegoś, co sam, z przekonania, dobrowolnie przyjąłem!
Ja nie stosuję zaleceń Programu AA dlatego, bo nakazują mi to przełożeni, bo tak wynika z zakresu moich obowiązków służbowych, bo to należy do zadań komórki organizacyjnej, w której pracuję i odpowiadam za to przed przełożonym (szefem) – nie. Obserwuję innych AA. Nie piją, mają zwykle poukładane życie, są często pogodni i zadowoleni. I ja też tak chciałbym, a więc zwyczajnie i po prostu robię to, co robią i wcześniej robili oni, żeby taki stan osiągnąć: poznaję Program, staram się realizować go w swoim życiu, pracuję ze sponsorem i podejmuję się pełnienia kolejnych służb we Wspólnocie AA. Podobna reguła dotyczy grup AA. Nikt im przecież nie jest w stanie niczego narzucić czy nakazać, ale wieloletnie doświadczenie wykazuje, że kiedy grupa konsekwentnie rezygnuje i odmawia stosowania duchowych zasad zawartych w Dwunastu Tradycjach, to prędzej czy później po prostu „umiera”. Niestety, sam miałem okazję trzy razy w życiu obserwować coś takiego.
 
A wracając do służb we Wspólnocie – jak mają się one do Dziewiątej Tradycji, czy nie są organizacją, albo czy nie ma w nich jakichś elementów władzy lub zarządzania? Służby Wspólnoty AA, mimo, że zorganizowane w Intergrupach, Regionach, Komisjach i Konferencjach, nadal nie są organizacją. A możliwości decyzyjnych mają dokładnie tyle, ile potrzeba do właściwej realizacji powierzonych im zadań. Tyle i tylko tyle.
 
Mam nadzieję, że nikogo nie urażę, ale w tym momencie przychodzi mi do głowy, jako porównanie, plebania – być może dlatego, że i na plebanii i we Wspólnocie AA „głównym szefem” jest miłujący Bóg. Jest więc plebania: proboszcz, kilku księży i oczywiście gospodyni. Nie ulega chyba najmniejszej wątpliwości, kto w takim układzie pełni rolę służebną, prawda? Żeby gospodyni mogła w sposób zadowalający wywiązywać się ze swoich licznych obowiązków, pełnić swoją „służbę”, musi od księży dostać jakieś pieniądze. To ona przecież kupuje artykuły spożywcze, środki czystości i inne rzeczy. Ma więc nad powierzonymi pieniędzmi pewną „władzę”, decyduje przecież co, gdzie i kiedy kupić. Rzecz jasna nie zwalnia jej to z obowiązku wyliczenia się z otrzymanych kwot. Gospodyni może też dysponować pewnymi narzędziami – ma do swojej dyspozycji kuchnię i zgromadzone tam sprzęty, ma jakiś schowek na szczotki, ścierki itp.

Wspólnota AA nie jest organizacją i nie ma w niej żadnego zarządu czy zarządzającego, ale przecież osobom lub grupom, które nam służą Wspólnota musi dać pewne uprawnienia, dzięki którym taka służba jest w ogóle możliwa. Zakres tych uprawnień i rządzące nimi zasady, opisują Koncepcje AA.
 
„Anonimowi Alkoholicy nigdy nie powinni stać się organizacją” z innego jeszcze powodu – gdyby coś takiego nastąpiło, wiele innych Tradycji AA natychmiast straciłoby sens i rację bytu. Czy można sobie wyobrazić organizację, w której jedynym warunkiem uczestnictwa jest tylko chęć zaprzestania picia? Organizację, w której tak naprawdę, w sensie formalnym, rzeczywiście nikt, nic nie musi?
 
O takim właśnie zagrożeniu, i nie tylko takim, pisałem w lutym 2009 w artykule pod tytułem: „Wrogowie Wspólnoty AA”, uzupełniającym powyższy tekst.





Więcej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.