środa, 20 maja 2009

Pogoń za uczuciami

Temat mityngu AA brzmiał: „Czy mam choćby jedną osobę, której mogę w pełni zaufać?” i wydawał się prosty, bezpieczny, nie budzący wątpliwości czy kontrowersji. Zgodnie z przewidywaniami wszystko szło gładko. Wypowiadali się zarówno weterani, jak i nowicjusze, mówiono o sponsorach i o przyjaźni, o prawdziwych przyjaciołach i przyjaciółkach. Burza mózgów rozpętała się dopiero po mityngu. Pojawiły się rozmaite wątpliwości i głębokie przemyślenia. A wnioski? Te, niestety, optymistyczne nie były.

W pogoni za uczuciami

Uznając alkoholizm za chorobę trwałą, ja, alkoholik, zaufanie do siebie mam… delikatnie mówiąc nieco ograniczone. Z oczywistych względów zresztą. Co jednak zadziwiające, a nawet trudne do zrozumienia, wszyscy w swoich wypowiedziach zgodnie twierdzili, że osoba, której możemy w pełni zaufać, to drugi anonimowy alkoholik, czyli również człowiek uzależniony. Czyżby chodziło o jakichś innych, bardziej wiarygodnych alkoholików? Takich, co do których można mieć pewność, że się już nigdy nie napiją i nie zawiodą przy tej okazji naszego zaufania? Zaiste, wielkie musi być pragnienie i potrzeba ufności…
 
Jednak dużo ważniejsze okazały się pytania, które pojawiły się w tym momencie w sposób niejako automatyczny: Co jestem w stanie zrobić, na co jestem gotowy, jak daleko się posunę, żeby czuć to, co chcę czuć? Czy pogoń za pożądanymi, przyjemnymi uczuciami nie zaburza mi realnej oceny ludzi, zdarzeń, świata wokół mnie?
 
Przez całe swoje pijane życie od niechcianych uczuć uciekałem przy pomocy alkoholu. Skutecznie. Mechanizm nałogowego regulowania uczuć, mówią psychologowie, i pewnie mają rację, bo faktycznie, niewielka nawet dawka alkoholu pozwalała mi czuć to, co chciałem, a przynajmniej na pewien czas „zniknąć” uczucia i emocje nieprzyjemne, niewygodne, trudne i przykre. 
Dzisiaj nie piję. A co jeszcze, poza tym, się zmieniło? I czy w ogóle się zmieniło? 
Uczestniczę w mityngach AA. Po co? Prawidłowa odpowiedź brzmi: „żebym nie zapomniał, że jestem alkoholikiem”. Czy rzeczywiście mógłbym o tym zapomnieć? Jak numer telefonu albo przepis na zupę?
Na mityngach spotykam ludzi, takich samych jak ja – alkoholików (identyfikacja). Ale jest coś jeszcze: oni nigdy nie widzieli mnie pijanego. Nawet najbardziej szczere i prawdziwe opowieści na temat picia, a codzienne życie z alkoholikiem, to chyba jednak nie całkiem to samo. Te dwa elementy niosą za sobą określone uczucia: akceptację, odprężenie, rozluźnienie, życzliwość, serdeczność, zainteresowanie, ufność, sympatię, pewność siebie… Po co – tak naprawdę – chodzę na mityngi AA?
 
Podczas mityngów opowiadam o przypadkach ze swojego pijanego życia. Dzieląc się doświadczeniem, siłą i nadzieją, mówię o tym, jak żyłem kiedyś, co mi się potem wydarzyło i jakim człowiekiem jestem obecnie. 
Wiele razy słyszałem kolegów twierdzących, że ich najlepszy dzień w czasach uzależnionego picia był i tak zdecydowanie gorszy od najgorszego dnia teraz. Zresztą, sam to przecież kilka razy deklarowałem w sprzyjających okolicznościach.
Oczywiście, oznacza to, że warto nie pić. Ale również i to, że w wyniku porównania „wtedy” i „teraz” ja zawsze – dopóki utrzymuję abstynencję – będę wygrany.
Wstałem lewą nogą, coś mi się nie udało, nie wyszło, z czymś sobie nie poradziłem? Pójdę na mityng. Przypomnę sobie i opowiem jakąś koszmarną historię z czasów kasacyjnego picia, skonfrontuję ją z „teraz” i już mam to, o co mi chodziło: zadowolenie, ulgę, szczęście, nadzieję, entuzjazm, odprężenie…
Po co – tak naprawdę – chodzę na mityngi AA?
 
Czy mam coś przeciwko mityngom AA jako takim? Bynajmniej! Mityngi są po prostu tym przykładem, który wszystkich nas dotyczy, który wszyscy znamy. Techniki, sposoby i metody poprawiania sobie nastroju w życiu poza Wspólnotą, czyli poza mityngami, warsztatami, zlotami, każdy ma swoje własne, osobiste i prywatne.
 
Pewien człowiek, którego bardzo szanuję i który rozumie alkoholików pewnie lepiej niż oni sami siebie, powiedział kiedyś coś takiego: wy nie chcecie zdrowieć i wracać do normalności – wy stale i wciąż chcecie „trzeźwieć”. Wydaje mi się, że coraz lepiej rozumiem, o co mu chodziło. Tylko, że zupełnie mnie to nie cieszy…
 
Nieskończone, z założenia, trzeźwienie, którego motorem napędowym jest wieczne poprawianie sobie bilansu emocjonalnego, pogoń za uczuciami przyjemnymi ogólnie rzecz biorąc, a ulgą w szczególności, do wytrzeźwienia doprowadzić nie może, a przynajmniej mnie się tak wydaje.
 
Dopóki kręcił się będę, jak pies za własnym ogonem, w kręgu swojej pijanej przeszłości, na własne życzenie wiecznie obecnej w moich myślach i wspomnieniach i stale przywoływanej na potrzeby własne, dopóki swoje „dziś” w nieskończoność będę porównywał z przerażającą destrukcją czynnego alkoholizmu, zamiast starać się uczynić je lepszym niż wczoraj, ale gorszym niż jutro, dopóki będę szukał tylko środowisk, ludzi i zdarzeń, które poprawiają mi nastrój – o prawdziwej trzeźwości mogę sobie tylko pomarzyć. Zakładając rzecz jasna, że mnie ta trzeźwość w ogóle interesuje i pociąga. Bo jeśli nie…  Z tym problemem i wynikającym z niego pytaniami też muszę się zmierzyć. Uczciwie.
 
W tym miejscu znów mogłoby dojść do nieporozumienia. Czy rozważam rozstanie ze Wspólnotą AA? Czy kolejny raz chciałbym zmienić zestaw znajomych i przyjaciół, tym razem na nieuzależnionych? Ależ skądże, bynajmniej!
 
Ja do Programu Wspólnoty AA przyszedłem na stałe. Nie wiem, czy na zawsze, ale na stałe. Oznacza to oczywiście określoną postawę, ale także świadomość, że siłą Wspólnoty jest właśnie jej Program, a nie tylko mityngi, zloty radości czy rocznice. Program, o którym piszę, zawiera – między innymi – Kroki X, XI i XII. Właśnie niedawno, po raz kolejny, zetknąłem się z nimi, a może nawet zderzyłem.
 
Program Wspólnoty AA jest fantastycznym odkryciem i znakomitym pomysłem na życie, natomiast ja, jako alkoholik, z całkiem sprawnie działającym komplikatorem we łbie, nawet kamień wykorzystałbym do poprawiania sobie nastroju i manipulowania uczuciami, a co dopiero delikatne słowo. Tak było – wykorzystywałem Kroki AA do poprawiania sobie nastroju. A jak to wyglądało w praktyce? 
 
Krok VIII, żeby nie sięgać zbyt daleko. Czy nie próbowałem ograniczyć listy osób skrzywdzonych tylko do czasów picia? Chodzący ideał przed uzależnieniem i po zaprzestaniu picia, a w środku… no, cóż – choroba. To przykre, ale, jak wiadomo, zdarzyć się może każdemu. Tak więc właściwie najbardziej to ja skrzywdziłem sam siebie. Wizja zupełnie oderwana od rzeczywistości i wręcz absurdalna, ale jaka przyjemna! Jak poprawia samopoczucie, nastrój i samoocenę!
 
Krok IX. Czy nie próbowałem, przez wiele lat zresztą, ignorować zasadę: „zadośćuczynienie jest dla ofiar, a nie dla katów” i dokonywać niezbędnego zadośćuczynienia właściwie tylko i wyłącznie po to, żeby pozbyć się takich niemiłych uczuć, jak wyrzuty sumienia i poczucie winy?
 
Krok X. Przez całe lata popełniałem te same błędy (czytaj: używałem swoich wad charakteru, bo mi to po prostu przynosiło korzyści) i… realizowałem Krok X podczas mityngów, tam właśnie przyznając się do popełnionego znowu błędu. Doświadczałem w ten sposób ulgi, zrozumienia, akceptacji, życzliwości. Miałem na tą okoliczność nawet przygotowany stały tekst: „zrobiłem… to czy tamto, ale cieszę się, że już to widzę i o tym mówię”. Pięknie, nieprawdaż?!
Czy to moja wina, że w Kroku X pisze o przyznawaniu się, ale nie pisze, gdzie to robić? Czyli widocznie można na mityngach AA, zamiast osobie skrzywdzonej. Nie pisze tu też o zadośćuczynianiu, ani nawet o przepraszaniu – tylko, żeby się przyznawać. Super!
 
Krok XI. Przez wiele lat uważałem, że to Krok dla fanatyków religijnych, zaproszenie do uczestnictwa w liturgii, obrzędach i praktykach. Miałem resztę życia spędzić na kolanach modląc się i medytując? 
A przecież wystarczyło dokładnie przeczytać tylko sam podstawowy tekst Kroku XI! „Poprzez modlitwę i medytację dążyliśmy…”. Modlitwa i medytacja nie są tu przecież celem, ale jedynie środkiem do jego osiągnięcia, a efektem coraz doskonalszej więzi z Bogiem ma być ostatecznie korekta intencji moich działań, zachowań i wyborów życiowych. Ja natomiast latami wybrzydzałem na formę nie zwracając uwagi, a nawet ignorując treść i głęboki sens.
Właśnie tak! O ile w Kroku X poddaję korekcie swoje postępowanie i rozpoznaję swoje prawdziwe intencje, to w XI mam szansę na korektę tych intencji. Tak, szansę. Tylko szansę. 
 
Jak już wspomniałem, w tym roku zderzyłem się w Strzyżynie z trzema ostatnimi Krokami Programu Dwunastu Kroków Anonimowych Alkoholików. Bolało. Bolało głównie dlatego, że dwa lata wcześniej „robiłem” już te Kroki, ale wtedy efekt moich działań był, delikatnie mówiąc, mizerny.
 
Co by było, gdybym na szalkach wagi położył z jednej strony pierwszych jedenaście Kroków AA, a z drugiej tylko sam Krok XII? Równowaga? A może ten jeden przeważyłby wszystkie pozostałe?
 
Jedenaście Kroków w efekcie i w konsekwencji miało mnie doprowadzić do tego ostatniego. Niesienie posłania tym, którzy wciąż jeszcze cierpią, ale także wyjście z nowo nabytymi umiejętnościami, wiedzą, przekonaniami, doświadczeniami, w świat. Szeroki świat, który rozciąga się poza salami mityngowymi.
 
Kiedyś, z pomocą Boga, udało mi się zejść z koszmarnej alkoholowej karuzeli. Ale co z tego, skoro właściwie natychmiast wskoczyłem na podobne urządzenie? Prawie dziesięć lat kręciłem się na nim w pogoni za uczuciami, nastrojami, emocjami, stanami ducha… Czyżbym faktycznie nie zdawał sobie sprawy, nie wierzył i nie wiedział, że „Stosowanie półśrodków nic nam nie dało. Znajdowaliśmy się ciągle w punkcie wyjściowym”? Przecież wiedziałem i słyszałem, ale… Ale chyba nie zdawałem sobie sprawy, że połowa drogi znajduje się dopiero pomiędzy Krokami XI i XII.  
Czy wreszcie chcę, czy się odważę, zrezygnować z „trzeźwienia” dla… trzeźwości?





Dużo więcej w moich książkach


poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Literatura na mityngach


Mądrzy ludzie, uzdolnieni autorzy, pisarze z talentem i wyobraźnią, stale i wciąż wzbogacają skarbiec ludzkości o nowe, piękne i wartościowe teksty. Wraz z powstawaniem nowych, oraz z nieustającymi odkryciami dokonywanymi przez alkoholików, tekstów nieco starszych, wraca jak bumerang pytanie, czemu nie czytać podczas mityngów tekstu X czy Y, przecież są tak pozytywne i duchowe?


My w AA, na mityngach AA, czytamy literaturę AA


I ja walczyłem kiedyś o prawo do odczytywania na mityngach jednego z poematów Maxa Ehrmanna, tekstów z „24 Godzin”, rozmaitych „Orędzi serca” i wielu innych takich, do których przyzwyczaiłem się w początkowym okresie uczestnictwa w AA. Biegałem wtedy na mityngi tak często, jak się tylko dało, ale to nadal nie oznaczało, że wiedziałem i rozumiałem, co się tam w ogóle dzieje.
Usłyszałem i zapamiętałem, że Program AA jest programem duchowym, a więc w sposób najzupełniej naturalny przyjąłem, że teksty piękne i wzruszające są właśnie duchowe – im więcej wzruszenia, tym więcej duchowości. I że to właśnie jest mi potrzebne do utrzymania abstynencji.
O Programie Wspólnoty AA nie miałem żadnego pojęcia, a o duchowości pewnie jeszcze mniej…
 
Kiedyś usłyszałem, że „możecie czytać co wam się tylko podoba, ale my w AA czytamy literaturę AA”. Nieco później poznałem całe mnóstwo dalszych odpowiedzi… i to nawet wtedy, gdy nie zadawałem już pytań o to, czemu podczas mityngu AA nie czytamy na przykład „Litanii przeciw strachowi” Franka Herberta? No, przecież to jest znakomite!
Postaram się teraz przypomnieć sobie te odpowiedzi, choćby po to, żeby sprawdzić, ile mi ich jeszcze w głowie zostało.
 
Siłą Wspólnoty i nadzieją dla osób uzależnionych jest Program AA. Określają go głównie trzy legaty (Dziedzictwo Zdrowienia, Dziedzictwo Jedności i Dziedzictwo Służby), ale także Preambuła AA. Teksty spoza AA, mimo, że często piękne i chwytające za serce, nie zawierają elementów Programu AA, nie służą – bo i nie do tego celu zostały stworzone – alkoholikowi jako narzędzie do wytrzeźwienia.
Książki zatwierdzone przez GSO – co w praktyce oznacza, że zaakceptowane przez sumienie Wspólnoty AA – omawiają Program AA, tłumaczą go, proponują sposoby i metody jego realizacji („Anonimowi Alkoholicy” i „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji”). „Uwierzyliśmy” zawiera opis rozmaitych typów przebudzeń duchowych oraz informację, jak autorzy je osiągnęli. „Przekaż dalej”, „Doktor Bob…” i „AA wkraczają w dojrzałość” to pozycje traktujące o historii Wspólnoty AA, ale jednocześnie o błędach, które w trakcie rozwoju ruchu AA-owskiego zostały dostrzeżone i wyeliminowane (przestroga!).
 
To trochę tak, jak z „Kubusiem Puchatkiem” – piękna bajka, znakomita, warto, żeby poznały ją dzieci na całym świecie, ale… tabliczki mnożenia z niej się nie nauczą, a więc jaki jest sens czytania jej na lekcjach matematyki, zamiast wyjaśnienia sposobu dokonywania obliczeń?
 
„Anonimowi Alkoholicy są wspólnotą mężczyzn i kobiet, którzy dzielą się nawzajem doświadczeniem, siłą i nadzieją, aby rozwiązać swój wspólny problem i pomagać innym w wyzdrowieniu z alkoholizmu”. Naszym wspólnym problemem jest choroba alkoholowa, a nie uniesienia i wzruszenia podczas lektury, na przykład przypowieści o synu marnotrawnym. Bardzo wartościowy tekst – moim skromnym zdaniem i tak poza tym – ale czy pomoże innym „w wyzdrowieniu z alkoholizmu”? Śmiem wątpić.
 
Tradycja I. „… wyzdrowienie każdego z nas zależy bowiem od jedności anonimowych alkoholików”. Co stanie się z naszą jednością, jeśli część grup (i alkoholików) będzie trzeźwiała na „Dezyderatach”, część na „Orędziu serca”, część na „Minucie mądrości”, a część na „Psychologii” Zimbardo? Za trzy lata nikt już z nikim w AA nie będzie się w stanie nijak porozumieć. Nie mówiąc już o tym, że ci od „Minuty…” będą trzeźwiejsi od tych od „Orędzia…” (albo odwrotnie), ale za to będą mogli stworzyć koalicję przeciw tym od „Psychologii”.
 
Tradycja II. „Jedynym i najwyższym autorytetem w naszej wspólnocie jest miłujący Bóg jakkolwiek może się On wyrażać w sumieniu każdej grupy”. Sumienie grupy (Wspólnota AA), wypowiedziało się dość jasno, co do zastawu pozycji, wspólnie zaakceptowanych. W tym momencie warto też chyba wspomnieć Tradycję XII i pierwszeństwo zasad przed osobistymi ambicjami. 
Oczywiście, tekst, który JA wyszperałem w jakiejś bibliotece jest niewątpliwie pasjonujący, ale… gdzie są, i jakie są, jeśli w ogóle są, moje zasady i zdolność do poddania się doświadczeniom tak wielu ludzi?
A co do autorytetu… Grupa AA mogłaby przyjąć i uznać za wskazane do odczytywania teksty takiego autorytetu, jakim dla katolików niewątpliwie był i jest Jan Paweł II. Ale przecież Wspólnota AA nie składa się z samych tylko katolików! I co, znów mielibyśmy trzeźwiejszych – tych od Koranu, od tych mniej trzeźwych – od encyklik papieskich, albo na odwrót?
 
Tradycja V. „Każda grupa ma jeden główny cel: nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi”. Literatura spoza AA, nawet najpiękniejsza, nie zawiera posłania AA dla tego alkoholika, który „wciąż jeszcze cierpi”. I to jest chyba sprawa oczywista.
 
Tradycja VI. „Grupa AA nie powinna popierać, finansować ani użyczać nazwy AA żadnym pokrewnym ośrodkom ani jakimkolwiek przedsięwzięciom, ażeby problemy finansowe, majątkowe lub sprawy ambicjonalne nie odrywały nas od głównego celu”. Tu dwa elementy: grupa nie powinna popierać… także tekstów innych niż te, które właśnie… popiera, oraz „… sprawy ambicjonalne” – ja mam się zająć utrzymaniem własnej trzeźwości i niesieniem posłania (pomocy), a nie wyszukiwaniem wzruszających „kawałków”, za które będą mnie koledzy na mityngu chwalić i podziwiać.
 
Tradycja X. „Anonimowi Alkoholicy nie zajmują stanowiska wobec problemów spoza ich Wspólnoty…”. Kwestia wyszukiwania, doboru, oceny tekstów spoza AA, jest właśnie zajmowaniem „stanowiska wobec problemów spoza…”.
 
Na koniec sprawa właściwie chyba podstawowa – Wspólnota AA żadnemu alkoholikowi nie zabrania przecież czytania jakichkolwiek tekstów na własne potrzeby i użytek – w domu. Jeśli uznam, że mnie osobiście najlepiej pomagają zdrowieć z choroby alkoholowej i rozwijać się duchowo teksty Mandino, to przecież wspaniale. Wspaniale, że takie odkryłem i znalazłem i że – w moim odczuciu i przekonaniu – na mnie one dobrze działają. Mogę przecież chwycić za telefon i opowiedzieć o swoim odkryciu koledze z terapii i koleżance z AA. 
Tylko… Czego w takim razie oczekuję od Wspólnoty AA? I czy moje prywatne doświadczenie upoważnia mnie do domagania się, by teksty, które mnie się podobają i mnie służą, wprowadzać na mityngi AA? Czy wezmę odpowiedzialność za skuteczność tych tekstów w procesie powrotu do zdrowia nowicjuszy?






Dużo więcej w moich książkach


O krytyce i krytykach

Nareszcie! Nareszcie ten koszmarny dzień zbliża się do końca! Za chwilę dotrę na swój mityng, a tam w końcu będę miał trochę spokoju. Opowiem, co mi się wydarzyło i może jakoś spłynie ze mnie całe to napięcie, bo w pracy już myślałem, że mnie rozerwie. Jeszcze tylko kilkanaście minut i na mityngu będę bezpieczny; tam nikt mi po głowie nie będzie skakał, oceniał, krytykował…


Czego nauczyli mnie krytycy…

Od samego rana się zaczęło. Mleko wykipiało! No i co się stało? Od tego jest mleko, żeby kipiało. A ona nie musiała od razu wyskakiwać z krytyką mojego sposobu gotowania. Że nie uważałem! Rano zawsze jest bałagan w domu, do tego zaspałem, spieszyłem się… W końcu nie mogę na wszystko uważać!
W pracy jeszcze większy horror. „Wątpliwa metodologia, cztery błędy w pomiarach!” Krytyk się znalazł! Już chyba zapomniał, jak przed awansem robił moją robotę. Na pewno też nie raz zdarzało mu się pomylić. A ten zaraz wyskoczył, że jestem niesystematyczny, nieuważny… Z żoną miałem awanturę, to się pomyliłem. Czasem się zdarzy, nie? Nie ma co od razu afery robić! Na szczęście zaraz jest mityng, a tam przynajmniej panują jakieś zasady i prowadzący nie dopuszcza do żadnego krytykowania. Lubię moją grupę, tam zawsze się wyciszam i ładuję akumulatory…
Po mityngu, jak zawsze, wszystko było już w porządku. Emocje opadły, wyciszyłem się. Żona? Nie ma się czym przejmować, zwykła domowa sprzeczka – nie warto do niej wracać. A szef? Może chłop miał po prostu zły dzień? Albo popił wczoraj i kac go męczył? Ha, ha, ha…
Czego nauczyła mnie krytyka i krytycy, a w tym przypadku żona i szef? No, cóż… Właściwie to niczego. Prawdę mówiąc ja przecież chyba nawet nie usłyszałem tego, co próbowali mi przekazać.

Pewnego razu podczas jakiejś rozmowy, której już nawet nie pamiętam, kiedy właśnie popisywałem się deklaracjami co do swojej gotowości na zmiany, ktoś zapytał mnie, na jakiej podstawie chcę w sobie tych zmian dokonywać? Skąd będę wiedział co zmieniać, w jakim kierunku i w jaki sposób?
Nie potrafiłem na to pytanie odpowiedzieć. Długo. Aż do czasu, kiedy wszedłem w konflikt z Intergrupą dotyczący zawartości stron internetowych. Skrytykowali mnie równo!

Terapia wraz z jej „informacjami zwrotnymi” się skończyła, podczas mityngów AA obowiązują określone zasady… Myślę, że przynajmniej dwa lata kołysałem się na łagodnych falach samozadowolenia, pewien, że skoro nie docierają do mnie żadne sygnały i oceny krytyczne, to wszystko jest ze mną w porządku. Nie pomyślałem jakoś o tym, że nie docierają, bo przecież nie stworzyłem ku temu zupełnie żadnej okazji czy możliwości. Dopiero te strony internetowe…

Bezsensowna „kołomyja” z Intergrupą trwała kilka miesięcy. W jej trakcie pojechałem po raz pierwszy do Strzyżyny. Tak się złożyło, że tam także wszedłem w konflikt z pewnym AA-owcem. I znów musiałem wysłuchać „konstruktywnej krytyki”. Ale wówczas wydarzyło się tam jeszcze coś wręcz niesamowitego. Otóż podejmując pewien wysiłek przekonałem się, że urazę i złość mogę zamienić na wdzięczność.
Po powrocie do domu problem z Intergrupą rozwiązaliśmy (razem!) właściwie od ręki.

Te dwa wydarzenia nauczyły mnie czegoś bardzo ważnego. Ich elementem wspólnym była krytyka, a ja zrozumiałem nareszcie, że w sytuacji braku reakcji otoczenia lub samych pochwał, ja nie podejmę żadnego działania, nie zrobię kompletnie nic, no bo i czemu miałbym coś zmieniać, jeśli najwyraźniej wszystko jest w porządku i nie mam żadnych sygnałów, że coś ze mną jest nie tak jak trzeba?

Jeśli czyjaś krytyka wyraźnie „coś mi robi”: wzbudza sprzeciw, rodzi opór, złość, urazę, chęć odwetu, to najprawdopodobniej chodzi o jedną z trzech ewentualności: albo jest uzasadniona, albo demaskuje moje wady (np. pychę – jak on śmiał skrytykować MNIE?!), albo i jedno i drugie.

Nawet jeśli krytyka jest zupełnie chybiona, mogę przy tej okazji nauczyć się cierpliwości, zrozumienia i wyrozumiałości dla ludzkich słabości. Ale, prawdę mówiąc, niewiele takich przypadków miałem w życiu. Zwykle jednak, prędzej lub później, uznawałem że w ocenie i krytyce – choćby wyrażonej w sposób napastliwy i arogancki – było jakieś ziarno prawdy. A to oznaczało szansę dla mnie.

Ja nadal i w dalszym ciągu nie pałam jakimś szczególnym sentymentem do człowieka, z którym kiedyś tak ostro się starłem (i nie muszę). Ale – choć może to zabrzmieć wręcz paradoksalnie – nadal i wciąż jestem mu wdzięczny. Dzięki niemu czegoś ważnego się o sobie dowiedziałem i czegoś przydatnego nauczyłem. Dwa lata później, w bardzo podobnej sytuacji, takiego samego błędu już nie popełniłem, a to jest już wiele warte.

Ludzie z mojego bliższego czy dalszego otoczenia, przyjaciele, znajomi i nieznajomi, mogliby nie robić zupełnie nic. Nie odzywać się, nie pisać. Ale niektórzy z nich podejmują jednak wysiłek. Oceniają mnie i wyrażają swoją krytyczną opinię. To prawda, że czasem nie panują nad swoimi emocjami i forma ich krytyki zupełnie mi nie odpowiada. Mimo to, kiedy już burza ucichnie, staram się pamiętać, że mimo wszystko coś jednak dla mnie zrobili. Ich intencje są w tej chwili mniej ważne, ale ja dostałem swoją szansę i tylko ode mnie zależy, co z tym zrobię. Za tą szansę jestem im wdzięczny.
A emocje? No, cóż… nie każdy jest tak życzliwy, spokojny i pełen pogody ducha, jak mój sponsor. Mnie też często „poniesie” mimo, że przecież starałem się kierować szlachetnymi pobudkami.
Dziś nie ulega już dla mnie wątpliwości, że zamykając drogę ocenie, krytykom i krytyce, blokuję jednocześnie, i to dość skutecznie, swoją drogę rozwoju, trzeźwienia.

Pozostaje jeszcze jedno, czysto techniczne pytanie: co powinienem robić, żeby z krytyką się spotkać? Odpowiedź zawiera się właściwie w samym pytaniu i jest nim słowo – „robić”. We Wspólnocie AA nadal i wciąż pracy jest więcej niż chętnych do jej wykonywania. Przede wszystkim mam na myśli służby, ale i pracę ze sponsorem. Każda praca, nawet zwyczajne mycie szklanek, wykonywana we Wspólnocie dla dobra nas wszystkich może stać się całkiem niezłą okazją, bym usłyszał ocenę i słowa krytyki na swój temat. Takich okazji jest jeszcze więcej w intergrupach, w regionach, komisjach…

Wszystko to jest bardzo piękne, ale przecież ocena i krytyka często po prostu i zwyczajnie boli, a i konieczność podporządkowywania się decyzjom grupy do najprzyjemniejszych doświadczeń nie należy. Tak, to niewątpliwie prawda, ale przecież nikt mi nie obiecywał, że krytyka będzie mi dobrze służyć do poprawiania nastroju i humoru.
Przyznam, że poddawanie się krytyce porównuję czasem do wizyty u dentysty. Mogę, i to nawet dosyć długo, migać się przed borowaniem, ale kto będzie winien jeśli w przyszłości zakończy się to rwaniem?

Kiedy tak rozmyślałem nad tematem dotyczącym oceny, krytyków i krytykowania, pierwsze co mi przyszło do głowy, to wspomnienie pewnego powiedzenia: „Trucizna czai się w stojącej wodzie”. Coś w tym jest…

Na koniec, tak trochę pół żartem, pół serio, dodam tylko, że kiedy przez zbyt długi czas nikt mnie nie krytykuje, zaczynam się niepokoić i czegoś mi brakuje. No, bo jak to? Człowiekiem bez wad przecież się nagle nie stałem, służby pełnię, pozostaje więc jedno z dwojga: albo wszyscy uznali mnie już za typ niereformowalny i zrezygnowani machnęli na mnie ręką, albo ja po prostu już nie żyję…


Komunikacja i porozumienie

Pijalnia piwa. Kłęby dymu snujące się z najtańszych papierosów, aromat kuflowego piwa oraz woń pobliskiej toalety, do której drzwi zepsuły się lata temu, tworzą specyficzny opar. Siedzimy w ośmioro przy sześcioosobowym stole. Knajpa jest pełna po brzegi. Właśnie opowiadam jakąś historię. W tym samym momencie swoje opowieści kontynuuje trzech kolegów. Nie słucham ich. Oni mnie pewnie też. Ale jakie to ma znaczenie? Dziewczyny się śmieją – z czego? nieważne! – jest super!


Komunikacja podstawą porozumienia, porozumienie podstawą duchowości

W domu? Normalnie. Żadne tam ciche dni, broń Boże! Zwykły dzień: „kto odbierze syna ze żłobka?”, „trzeba wyrzucić śmieci”, „musimy pomyśleć o nowej lodówce”, „w telewizji znowu nic ciekawego”.
 
Mityng mojej grupy AA. „A ja się cieszę, że dzisiaj nie piję i że tu dotarłem”. „Mnie się zepsuła spłuczka – kiedyś to bym się z tego powodu na pewno napił, ale teraz się nie napiłem i bardzo się z tego cieszę”.
 
Na ulicy… W pracy…
 
Kiedyś, przez przypadek, podsłuchałem, jak jakiś specjalista od psychologii związków mówił komuś, że najważniejsze jest to, żeby się ludzie ze sobą komunikowali. Wzruszyłem lekceważąco ramionami. Ależ ci ludzie wymyślają sobie problemy! Mówić umiem? Umiem. Czasem nawet potrafię się posłużyć lepszą polszczyzną niż wielu moich znajomych. To w czym niby problem? Przecież się komunikuję i to całkiem nieźle. Trzeba było widzieć, jak prowadziłem zebrania w firmie! Ja jestem specem od komunikacji!
 
Czterdzieści lat samotności. Byłem jej najwierniejszym poddanym i oddanym kochankiem, a samotność odwdzięczała mi się podążając za mną zawsze i wszędzie; była ze mną w sklepach i w knajpach, na spotkaniach towarzyskich i w podróży, w domu i na ulicy. Nie było od niej ucieczki, ale… przecież ja nie chciałem uciekać. 
 
Strach, lęk przed odrzuceniem stał się na przestrzeni lat trwałym elementem mojego „ja”. W związku z kilkoma wydarzeniami z wczesnego dzieciństwa, ja z całą pewnością WIEDZIAŁEM, że nikt mnie nie kocha i nie pokocha, że nikt mnie nie lubi i nie polubi, że nikt mnie nie rozumie i nie zrozumie, że nikt mnie nie akceptuje i nie zaakceptuje.  A właśnie… Zrozumienie i akceptacja! Sam siebie nie potrafiłem zrozumieć ani zaakceptować, jak więc mogłem rozumieć i akceptować innych, tak różnych ode mnie, ludzi?
 
Wiele lat potrzebowałem, żeby pojąć, że istota moich błędów zawsze była i jest związana ze strachem, lękiem, brakiem odwagi. Nie starczało mi odwagi, by zweryfikować swoje wyobrażenie o tym, co inni ludzie sądzą o mnie. Bałem się odrzucenia i śmieszności. Owszem, pod wpływem alkoholu ten strach udawało mi się przełamywać, ale wówczas przecież nie pokazywałem im prawdziwego siebie. Fantastycznie rozbudowane kompleksy – przede wszystkim niższości – maskowałem fanfaronadą i, w obawie przed kolejnym zranieniem nadwrażliwego ego, uciekałem w samotność.  
Swój przeciągający się romans z samotnością maskowałem przeświadczeniem o własnej wyjątkowości. Zawsze przecież byłem bardziej inteligentny i oczytany od rówieśników. Nie dopuszczając nigdy nikogo wystarczająco blisko, tych przekonań też latami nie poddawałem weryfikacji. 
Czterdzieści lat samotności zaowocowało także brakiem podstawowej zdolności do porozumiewania się z ludźmi. Porozumiewania się, polegającego na czymś zupełnie innym niż wymiana prostych informacji! Ja po prostu nie potrafiłem być z ludźmi. Z nikim, nawet z kobietami, którym mówiłem o miłości. Romans z samotnością okazał się przekleństwem…
 
 Ostatnie tygodnie mojej służby łącznika internetowego. 
Pojawiła się dosyć nietypowa sprawa. Na naszym terenie powstał nowy ośrodek dla skazanych. Ze starego ZK przeniesiono więźniów alkoholików, przyzwyczajonych, do mityngów AA, do pracy grupy. Ich dotychczasowy „opiekun” (łącznik z ZK i AŚ) mocno się o nich niepokoił, prosił, by się nimi zaopiekować, jakoś o nich zadbać.
 
Zrobiłem wszystko, co w tej sytuacji mogłem zrobić. Przekazałem, poinformowałem, naświetliłem, wyjaśniłem, zaapelowałem. W sumie moich działań nie było aż tak znowu wiele, ale ważniejsze wydaje się coś innego: cały czas w kontakcie z innymi, porozumiewając się i współpracując, razem, zrobiliśmy coś dobrego, sensownego, wartościowego. Bo to ruszyło! Dzięki porozumieniu dwóch intergrup zaczęło działać w czasie krótszym niż miesiąc.
 
Dziwne, rzadko odczuwane ciepło. Razem. Wspólnie. Wspólnota. Porozumienie. I słowa z Ewangelii Mateusza (Mt 18,20) już nie tylko rozumiane, ale i doświadczane.
 
Czyli jednak potrafię! Czasem wychodzi mi zarówno komunikacja, jak i porozumiewanie się z innymi. Świetnie! Ale teraz pytania: kiedy? W jakich warunkach? Czy na mityngach AA? No…
Ale na pewno wtedy, kiedy robię coś wspólnie z innymi, ale dla innych – nie dla siebie, nie w swoim interesie. A więc? Tak. Służba. Poza grupą. Taka, która zmusza do komunikacji i porozumienia. No i praca z podopiecznym oczywiście.
Czy potrzebne jest coś jeszcze? O tak… głód. Prawie tak wielki, jak ten alkoholowy. Głód jedności i wspólnoty, który mogę zaspokoić tylko dzięki komunikacji i porozumieniu. Głód, który leczy samotność. Bo samotność nie jest wzniosła. Nie ma w niej duchowości. Jest tylko gorycz, tęsknota, pustka i lęk…







Dużo więcej w moich książkach


piątek, 20 marca 2009

O życiu bez ocen

Mądrzy ludzie słów używają z rozwagą i zrozumieniem, albowiem wiedzą, że to słowa właśnie kształtują rzeczywistość …


Próbowałem żyć bez ocen…

14 stycznia trafiłem na detoks w ośrodku odwykowym im. Buxakowskiego. Oznaczało to w praktyce, że właściwie wszystkie moje przekonania i pomysły na życie (w tym na picie i utrzymywanie abstynencji) są w rzeczywistości diabła warte. Jeśli znalazłem się w takim właśnie miejscu, to widocznie zupełnie się nie sprawdziły. Tego faktu nie dało się już zamanipulować, zakłamać, zracjonalizować.
Nie znałem wtedy jeszcze powiedzenia mówiącego, że absurdem jest oczekiwanie odmiennych efektów przy niezmienionych działaniach, ale to było właśnie to: jeżeli po terapii nadal będę się upierał przy życiu, myśleniu, przekonaniach, dokładnie takich samych, jak dotąd, i nie dotyczyło to tylko alkoholu, to jedyne co mogę osiągnąć, to tylko powrót na detoks. Albo gorzej.
 
Po powrocie z ośrodka kontynuowałem terapię i chodziłem na mityngi AA tak często, jak się tylko dało. Zwłaszcza niepijących alkoholików starałem się słuchać bardzo uważnie, próbując przyswoić sobie ich – najwidoczniej skuteczny, skoro utrzymywali abstynencję – zestaw sposobów i metod na trzeźwe życie. Tym bardziej, że podczas każdego mityngu słyszałem, że z wypowiedzi uczestników powstaje „skarbiec mądrości AA”, a w skarbcach, jak wiadomo, gromadzone są same cenne i wartościowe rzeczy.
 
Wszelkiego typu rady, porady, sugestie, propozycje, zasady, reguły i inne takie, chłonąłem jak gąbka: zachłannie, łapczywie, ale niestety… często także zupełnie bezkrytycznie. Nie mam do siebie o to żalu ani pretensji – swoich przekonań i pomysłów się bałem, a więc jak najszybciej starałem się zastąpić je innymi – wierząc, że lepszymi.
 
Z zakazem oceniania innych ludzi zetknąłem się po raz pierwszy na zajęciach. Obowiązywał w ściśle określonym czasie i miejscu (terapia grupowa), oraz w dość precyzyjnie określonym zakresie. Mieliśmy unikać ocen typu: „jesteś głupi”, „bo ty zła kobieta jesteś”, „jesteś beznadziejny i pleciesz głupoty” itp. Takie oceny nie niosły za sobą żadnej konstruktywnej treści, były arogancką napaścią, zmniejszały poziom bezpieczeństwa w grupie, antagonizowały, rodziły złość, żale i urazy.
 
Podczas zajęć grupowych nakłaniano nas do udzielania sobie wzajemnie tzw. „informacji zwrotnych”, które wynikały z naszej oceny wypowiedzi, czytanych prac, zaobserwowanych zachowań i postaw. Tak więc problemem nie była sama ocena, ale ewentualnie forma jej wyrażania.
- „Jesteś głupi analfabeta!” – absolutnie nie.
- „Po wysłuchaniu twojej pracy odnoszę wrażenie, że nie zrozumiałeś zadania” – oczywiście tak.
 
Na mityngach zetknąłem się z sugestią dotyczącą nieoceniania w aspekcie daleko szerszym. Właściwie totalnym. Mam nie oceniać nikogo i w żaden sposób, ani na mityngach, ani w ogóle w życiu, bo… na pewno spotka mnie coś złego, może nawet wrócę do picia. Odnosiłem wrażenie, że wielu kolegów traktowało tę sugestię nieomalże jak obowiązujący nakaz (zakaz) i podstawową regułę życiową. Pełen zapału i dobrej woli natychmiast zacząłem wcielać ją w życie.
 
Oczywiście nie udało się. Nie udało się, bo udać się nie mogło, ale tego wtedy jeszcze nie wiedziałem. W pierwszym momencie, kiedy mi to w praktyce nie wychodziło, zmajstrowałem sobie całą masę lęków i wątpliwości: inni mogą, ale ja nie potrafię; na pewno zaraz się z tego powodu napiję.
Nieco później uznałem, że przynajmniej nie będę nijak się zdradzał z tym, że nie potrafię powstrzymać się czasem od ocen – ale wtedy do poprzednio wymienionych uczuć doszły jeszcze wyrzuty sumienia, wszak ukrywałem coś przed grupą, no i nadal robiłem coś zakazanego.
 
Jeszcze później zacząłem stosować technikę, również podsłuchaną u kolegów z AA, która polegała na stosowaniu jednej z dwóch sztuczek. Jeśli mogłem zwracać się bezpośrednio do kogoś, mówiłem na przykład: „ja wiem, że nie możemy oceniać, ale z tego, co mówisz jasno wynika, że…” i tu już mogłem sobie spokojnie dokonywać ocen i prezentować ich wyniki. Natomiast technika mityngowa polegała na wypowiedziach o konstrukcji: „kiedy dawno, dawno temu miałem tyle abstynencji, co ty teraz, to też mi takie bezsensowne myśli przychodziły do głowy”. I nikt nie miał prawa się przyczepić, bo przecież mówiłem o sobie i swoich doświadczeniach.
 
Minęły lata zanim wpadło mi do głowy, że zdrowienie z choroby alkoholowej i powrót do normalności, nie polega chyba na stosowaniu jakichś osobliwych (może lepiej – cudacznych) konstrukcji językowych. A sam zakaz oceniania jest nie tylko absurdalny, ale wręcz niebezpieczny.  
Na jakiej podstawie miałbym wybrać sobie sponsora, jeśli nie oceniając ludzi, z którymi mam kontakt? Czemu, jeśli nie na podstawie oceny, miałbym wybrać kolegę z AA, a nie starego kumpla spod budki z piwem? Przecież ani jednego, ani drugiego nijak nie wolno mi ocenić!  
Jeśli w sklepie sprzedawczyni myli się na moją niekorzyść w ośmiu przypadkach na dziesięć, to mam dwa wyjścia – chodzić tam nadal jakby nigdy nic (nie wolno przecież dokonywać żadnych ocen!), albo ocenić tą panią oraz jej pracę, co prawdopodobnie zaowocuje wnioskiem, że albo jest nieuczciwa, albo nieudolna, i w konsekwencji zwrócić jej uwagę, zmienić sklep, albo podjąć jakieś inne działania.  
Jeżeli samochód przede mną jedzie bez świateł i co trochę odbija się od przeciwległych krawężników, to oceniam, że kierowca jest pijany, albo zasnął i stosownie do tej oceny dostosowuję swoje zachowanie na drodze. Oczywiście mogę nie oceniać. Wprawdzie dzięki temu pewnie za chwilę nie będę żył, ale przynajmniej umrę ze świadomością, że do końca przestrzegałem zaleceń zasłyszanych na mityngu.
 
Takie przykłady można mnożyć właściwie w nieskończoność. Zakładam, że codziennie dokonuję jakiejś oceny kilku, a może i kilkunastu osób. Bez tego nie dałoby się żyć. Natomiast zupełnie inną sprawą jest to, czy swoje oceny przekazuję osobie zainteresowanej i ewentualnie w jakiej formie.
 
Przez pewien czas ostro walczyłem ze zwolennikami teorii, która każe deklarować zasadę nieoceniania. Deklarować, bo przecież zastosować w praktyce i tak się tego nie da. Na szczęście niezbyt długo, bo…  
Jakiś czas temu przypomniałem sobie, jak przyjaciel ze Wspólnoty nazwał mnie pewnego razu „dobrym człowiekiem”. Złamanie „obowiązujących w AA zasad”? No pewnie! To przecież ocena! Co z tego, że pozytywna, jak jednak niewątpliwie ocena! Jak on mógł?! Ano, widać mógł…
A ja bez problemów przypomniałem też sobie, jak się z tym wówczas poczułem: pierwszym uczuciem była wdzięczność, a drugim ogromne pragnienie, aby do tej oceny dorosnąć, stać się jej godnym. A to z kolei pociągnęło za sobą kupę ciężkiej pracy i wysiłku z mojej strony.  
Tak więc kolejny raz stoję przed bardzo ważnym wyborem. Mogę porozumiewać się z ludźmi językiem udziwnionych i wykoślawionych „zasad”, albo językiem serca i miłości.
Mogę mieć rację, mówić samą prawdę, mogę stosować wszelkie mniej czy bardziej sensowne reguły, ale to przecież nie wystarczy. Nie wystarczy, by ktokolwiek chciał mnie słuchać i z mojej oferty pomocy skorzystać. Czy mam do ofiarowania miłość, zrozumienie, współczucie i autentyczną chęć pomocy, czy może tylko jakieś podejrzane „zasady”?
 
Wdzięczy jestem psychologom za to, że dość skutecznie oduczyli mnie posługiwania się ocenami typu: „jesteś dureń i głupek” – zupełnie nic dobrego z tego nie wynikało, ani dla mnie, ani dla nikogo innego. Wdzięczny też jestem Wspólnocie AA za to, że nauczyła mnie i nieustannie uczy, dostrzegać w ludziach ich zalety i… mówić im o tym – to działa. Mam wrażenie, że w obie strony.






Dużo więcej w moich książkach


Porównywanie zakazane

Mądrzy ludzie słów używają z rozwagą i zrozumieniem, albowiem wiedzą, że to słowa właśnie kształtują rzeczywistość …

Porównywanie zakazane!

Trzeźwe życie (cokolwiek to znaczy) okazało się w praktyce daleko trudniejsze niż mi się początkowo wydawało. O ile z utrzymywaniem abstynencji od jakiegoś tam momentu nie miałem już problemów, to cała reszta to nadal był chaos, bałagan, setki wątpliwości i dziesiątki pytań bez odpowiedzi.
 
W początkowym okresie abstynencji zdawałem sobie sprawę – mniej czy bardziej świadomie – że w wielu dziedzinach ja po prostu nie umiem żyć bez alkoholu, a pojęcia takie, jak „zwyczajne życie” lub „zachowywać się jak normalny człowiek” nie zawsze są dla mnie jasne i jednoznacznie zrozumiałe.  Ale problem polegał tym że za pracą, zwłaszcza ciężką, żmudną, obliczoną na całe lata, na końcu której nie będzie oklasków i fanfar, to ja jakoś zupełnie nie przepadam i nie tęsknię. Mało pociągały mnie teorie dotyczące wieloletniego dojrzewania i dorastania, a nieskończone trzeźwienie, które z zasady nigdy nie miało zakończyć się wytrzeźwieniem, zniechęcało mnie już zupełnie. Szukałem rozwiązań ekspresowych. Najlepiej jakiejś magicznej i koniecznie niezbyt długiej i niezbyt trudnej reguły, instrukcji, która szybko i bezboleśnie nauczy mnie tego, co trzeba. W pewnym momencie wydawało mi się nawet, że znalazłem. 
 
W środowisku zdrowiejących alkoholików bardzo był wówczas popularny i niewątpliwie powszechnie znany jeden z poematów Maxa Ehrmanna, pod tytułem „Dezyderaty” (z łaciny desideratum, w liczbie mnogiej i w oryginalnym tytule desiderata, czyli to, co pożądane, upragnione). Natychmiast uznałem, że zawiera on właśnie ten upragniony i pożądany przeze mnie sposób na życie. O tym, jak bardzo poważnie traktowano ten poemat dziesięć lat temu, niech świadczy fakt, że na jego temat terapeuci w moim ośrodku odwykowym często zadawali pacjentom prace do napisania. Czyli to było to, o co chodzi. Dokładnie. Odkryłem tekst, który wydał mi się kompletną instrukcją obsługi życia.
 
Minął jakiś czas, „Dezyderaty” znałem już na pamięć, zresztą czytaliśmy je głośno na prawie każdym mityngu AA – kilka innych, równie urokliwych tekstów też – ale jakoś nie przynosiło to spodziewanych rezultatów. Właściwie to chyba… żadnych rezultatów. Ale musiało upłynąć jeszcze bardzo dużo czasu zanim zorientowałem się ostatecznie, że jeśli nawet poemat Maxa Ehrmanna jest sposobem na życie, to chyba tylko na bezludnej wyspie. Ale nie to jest najważniejsze… Największy kłopot polegał na tym, że „Dezyderaty” wskazywały upragniony cel – na przykład szczęście – ale nie oferowały właściwie żadnych realnych sposobów jego osiągnięcia. To, że chcę być szczęśliwy, wiedziałem i bez „Dezyderatów”. Ba! Wiedziałem to jeszcze w czasach picia.  Najbardziej byłem jednak rozczarowany fragmentem, w którym autor poematu przekonuje mnie, że „Jeśli porównujesz się z innymi, możesz stać się próżny lub zgorzkniały albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od Ciebie”. Próżny, zwłaszcza w stanie upojenia, bywałem i bez porównywania się, a zgorzkniały byłem przez cały pozostały czas, a szczególnie na kacu.
Tym niemniej, z uporem godnym lepszej sprawy, starałem się „zakaz porównywania się” wprowadzić w swoje życie w całej rozciągłości i możliwie dokładnie. Podobnie zresztą, jak „zakaz oceniania”. Niestety, z podobnym zresztą, to jest żałosnym skutkiem.
 
Pamiętam jeszcze wstrząs, jaki przeżyłem konfrontując sugestię Ehrmanna (dotyczącą porównywania się z innymi), ze swoim piciem. Przez całe lata nadużywałem alkoholu i można powiedzieć, że piłem na pewno w sposób niebezpieczny, jeśli nie wręcz destrukcyjny czy kasacyjny. I przez cały ten czas upierałem się przy swoich absurdalnych przekonaniach, że piję tak samo, jak inni ludzie. Ano właśnie… przekonaniach. Może gdybym wtedy, zamiast operować przekonaniami, porównał życie (i picie) swoje oraz kuzyna, szwagra, wujka, sąsiada, współpracowników, szefów, to kto wie? Może miałbym szansę zobaczyć, że żyję (i piję) zupełnie inaczej niż prawie wszyscy ludzie wokół mnie. Ale żadnych porównań nie prowadziłem – wystarczyły mi przekonania. 
 
Jestem alkoholikiem – to proste stwierdzenie pociąga za sobą wiele różnorakich konsekwencji. Jedną z nich jest pewna ostrożność jaką nadal zachowuję wobec własnych przekonań. Między innymi po to właśnie chodzę na mityngi, żeby stale i wciąż konfrontować, porównywać swoje przekonania z innymi. To taki mój sygnalizator alarmowy. Nie jestem gotów i nie chcę z niego rezygnować.
Na mityngach, podczas spotkań Intergrupy i na różnego rodzaju aowskich warsztatach mam też okazję sprawdzić jeszcze jedną, bardzo ważną dla mnie rzecz, a mianowicie to, czy dokonując niezbędnych w normalnym, codziennym życiu ocen i porównań, nie używam ich do manipulowania swoimi uczuciami. A nie byłoby w tym przecież nic dziwnego – jestem alkoholikiem.
 
I w taki oto sposób pewnego razu doszedłem do wniosku, że może tekst Dwunastu Kroków nie jest aż tak pociągający i romantyczny, jak „Dezyderaty” i inne podobne kawałki, może sugestia „staraj się być szczęśliwy” brzmi bardziej pociągająco niż na przykład „zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy”, ale ostatecznie, po wielu rozmaitych doświadczeniach i eksperymentach, uznałem, że jeśli dla mnie istnieje w ogóle jakiś sensowny „sposób na życie”, to prędzej znajdę go, odkryję oraz nauczę się go stosować dzięki Programowi Anonimowych Alkoholików niż gdziekolwiek indziej. Bo ja… jestem alkoholikiem.
 
Na świecie jest niewątpliwie mnóstwo rozmaitych pięknych, wartościowych tekstów. Chętnie poznałbym je wszystkie i rzeczywiście wiele czytam. Jednak teraz już nieco ostrożniej i z dystansem, bo staram się pamiętać o ludziach, którzy kiedyś swoje doświadczenia opisali tak: „Sądziliśmy, że potrafimy znaleźć łatwiejszą, łagodniejszą drogę. Ale nie potrafiliśmy”.






Dużo więcej w moich książkach