czwartek, 18 grudnia 2014

Notatki sponsora (odc. 044)

W materiałach pomocniczych grupy AA „Krok za Krokiem”, organizującej dwa razy w roku warsztaty Dwunastu Kroków w Woźniakowie, w każdym rozdziale znajduje się zapis: W pierwszej kolejności postarajmy się upewnić, że często używane pojęcia są przez zebranych rozumiane tak samo albo przynajmniej w sposób zbliżony, żeby po kilku godzinach dyskusji nie okazało się, że każdy z nas mówi właściwie o czymś innym i nie jesteśmy w stanie się porozumieć.
Bardzo dobry pomysł, moim skromnym zdaniem, znakomity!

Jestem członkiem grupy, która zdając sobie sprawę z możliwości pojawienia się tego typu trudności, zaopatrzyła się nawet w słowniki, jednak tym razem minęło ponad pół mityngu zanim zdaliśmy sobie sprawę, że może warto byłoby do nich sięgnąć, bo chociaż wydawało się, że mówimy o tym samym, to jednak jakoś nie mogliśmy się porozumieć. O cóż poszło? O rady, których rzekomo nie udziela się w AA oraz o doświadczenie, którym dzielimy się podczas mityngów, ale nie tylko. Kiedy już było za późno, kiedy mityng zbliżał się już ku końcowi, zorientowałem się, że część z nas rozumie te pojęcia zgodnie ze słownikiem języka polskiego, ale pozostali mają na myśli raczej specyficzny, nie przez wszystkich rozumiany (i niestety, nie zawsze sensowny) żargon AA-owski z wyraźnymi naleciałościami post-terapeutycznymi.

Po czasie (i ze słownikiem przed nosem) zabawne może wydawać się przekonanie, że w AA nie wolno udzielać żadnych rad, bo nasze wypowiedzi są tylko sugestiami, propozycjami. Czemu zabawne? Bo rada to przecież jest propozycja. Rada = propozycja!

RADA: «to, co się komuś proponuje, aby zrobił w danej sytuacji» (źródło: http://sjp.pwn.pl/sjp/rada;2513721.html )

A cóż takiego znaleźć można na temat rad w Wielkiej Księdze?

Radzimy tak uczynić, gdyż zdajemy sobie sprawę jak ważne jest znalezienie odpowiedniego słuchacza (WK, s. 64).
Poradziliśmy mu zatem, aby napisał do pierwszej żony, przyznał się do winy i poprosił o przebaczenie (WK, s. 69).
Sądzimy jednak, że możemy pokusić się o sformułowanie kilku cennych rad (WK, s. 74).
Im bardziej bezsilny się czuje, tym bardziej będzie skłonny pójść za twoją radą (WK, s. 81).
Opierając się na własnym w tej mierze doświadczeniu, możesz mu udzielić wielu praktycznych rad (WK, s. 83).
Zauważ, że radząc w ten sposób poczyniliśmy ważne zastrzeżenie, zgodnie z którym w każdym przypadku alkoholik powinien... (WK, s. 88).
Nasza kolejna rada brzmi: nigdy nie mów mężowi, co powinien zrobić ze swoim piciem (WK, s. 97).
I znowu radzimy - nie ponaglaj go (WK, s. 99).
Radzimy jedynie, abyś nie krytykowała go nadmiernie oraz nie wdawała się w sprzeczki powodowane złością (WK, s. 103).
One potrzebują rady i przyjaźni kogoś takiego jak ty (WK, s. 105).
Zdajemy sobie sprawę, że udzieliłyśmy wam wielu wskazówek i rad (WK, s. 106).
Nasza rada: w przyszłości odciągnij je z zarobków pacjenta (WK, s. 125).
Mamy nadzieję, że nasze rady pomogą ci załatwić poważne problemy (WK, s. 129-30)*.

I nie, absolutnie nie jest to wszystko, nie każdy przypadek cytuję powyżej. Powinno to ostatecznie wyjaśniać problem rad. Źródło zakazu udzielania rad też zapewne jest już oczywiste.

A co z tym doświadczeniem? W AA chyba zbyt często utożsamiamy doświadczenie tylko i wyłącznie z osobistymi przeżyciami, z wydarzeniami, w których osobiście braliśmy czynny udział.

DOŚWIADCZENIE to:  «ogół wiadomości i umiejętności zdobytych na podstawie obserwacji i własnych przeżyć» (źródło: http://sjp.pwn.pl/sjp/doswiadczenie;2453772.html ).

Jak widać, chodzi nie tylko o własne przeżycia, ale też o obserwacje. I nie tylko o umiejętności i wnioski z nich wynikające, ale też o ogół wiadomości, które można uzyskać, na przykład, od uczestników mityngu.

Podczas mityngów AA dzielimy się doświadczeniem (siłą i nadzieją)… Przecież od tego właśnie mam Wspólnotę, żebym nie wszystko musiał przerabiać na własnym, bolącym tyłku, ale żebym korzystał też z historii, relacji, opowieści, wiadomości przekazanych przez innych alkoholików. Gdyby doświadczenie musiało być osobiste, to po co byłoby o nim mówić? Z cudzej opowieści nic by przecież dla mnie nie wynikało, prawda? Ale tak przecież nie jest, mityngowe wypowiedzi mają dla mnie (zwykle) znaczną wartość.

Trzeźwienie, trzeźwość oznacza (tylko według mnie tym razem) powrót do normalności, a normalność, to chyba także zwyczajny, powszechnie przez Polaków rozumiany język polski… zamiast udziwnionego terapeutyczno-AA-owskiego narzecza.

Moim zdaniem we Wspólnocie AA udziela się rad, czyli proponuje określone działania. Tym niemniej ważne jest też, czego one dotyczą. W książce „Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość” znaleźć można takie oto stwierdzenie: Dajmy odpór dumnemu założeniu, że skoro Bóg umożliwił nam sukces w jednej dziedzinie, naszym przeznaczeniem jest stać się pośrednikami dla każdego. Dopóki rozumiem i pamiętam, żeby w AA nie udzielać rad na tematy, na których kompletnie się nie znam, i którymi ta Wspólnota w ogóle się nie zajmuje, na przykład medycyna, prawo, psychologia rodzinna i opiekuńcza, uprawa pomidorów, mechanika pojazdowa, polityka, gospodarka itd., to i problem z radami okaże się zapewne znacznie mniejszy niż dotychczas, a może i żaden.

Na koniec jeszcze tylko jedno: trzeźwi ludzie mają przekonania zbudowane na wiedzy i doświadczeniu, pozostali mają przekonania zamiast wiedzy i doświadczenia; zawsze warto sprawdzać, czy moja głowa mnie nie oszukuje.

 

--
* Wszystkie cytaty pochodzą z II wydania książki „Anonimowi Alkoholicy”.

piątek, 5 grudnia 2014

Notatki sponsora (odc. 043)

Zwrócił się do mnie alkoholik z prośbą o pomoc w realizacji Programu AA. Nic w tym nadzwyczajnego, w środowisku Anonimowych Alkoholików próśb o sponsorowanie pada zapewne wiele każdego dnia. Szczególne było to, że zanim zdążyłem odezwać się, już postawił warunki i to dość konkretne: zdecydowanie nie zgadzał się na uczestnictwo w mityngach AA oraz pełnienie we Wspólnocie jakiejkolwiek służby. Wynikać to miało – jak stwierdził – z braku czasu oraz faktu, że w lokalnym środowisku jest postacią znaną.
Po dłuższym zastanowieniu – odmówiłem. Czas do namysłu potrzebny mi był dlatego, że tym razem nie posłużyłem się jakimś konkretnym doświadczeniem, bo przecież nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiłem, ale przekonaniem wynikającym z literatury Anonimowych Alkoholików.

Wielka Księga strona 14: Faktem nadzwyczajnym dla każdego z nas jest to, że odkryliśmy wspólną drogę do rozwiązania problemu. Znaleźliśmy sposób, który aprobujemy i w imię, którego możemy połączyć się w braterskiej i harmonijnej akcji.

Otóż właśnie! Odkryliśmy wspólną drogę, łączymy się w harmonijnej akcji – ja po prostu nie wierzę, żeby rozwiązanie problemu alkoholizmu, którym od końca  lat trzydziestych ubiegłego stulecia dysponuje Wspólnota AA, działało poza Wspólnotą albo… obok niej.

Dawno, dawno temu wykombinowałem, i nadal tak właśnie to widzę i rozumiem, że swoista „oferta” Anonimowych Alkoholików to trzy elementy:
- realizacja ze sponsorem Programu, a następnie samodzielne sponsorowanie,
- służby pełnione na różnych poziomach struktury Wspólnoty Anonimowych Alkoholików,
- mityngi (spotkania), na których dzielimy się doświadczeniem wynikającym z dwóch poprzednich.

Stołek na trzech nogach jest zawsze stabilny, nie kiwa się. Trzeźwość oparta na jednej tylko podporze, jeśli coś takiego w ogóle da się zmajstrować, będzie chwiejna, niepewna, ale przede wszystkim mnóstwo wysiłku wymagało będzie jej utrzymanie – wysiłku tak dużo, że może już sił nie starczyć na nic innego. A przecież, jak to napisał mój sponsor w  „Skrytce 2/4/3”: Jeżeli trzeźwość nie rodzi trzeźwości, oznacza, że jej nie było, albo umarła jak drzewo, które uschło zanim zakwitło, pozbawione życiodajnego środowiska…

czwartek, 13 listopada 2014

Notatki sponsora (odc. 042)

Cytat z książki „Doktor Bob i dobrzy weterani”: Ówcześni uczestnicy AA nie uważali mityngów za czynnik niezbędny do zachowania trzeźwości. Były one po prostu pożądane. Za to poranne skupienie i modlitwa były do tego konieczne.

W rozmowach z podopiecznymi, na mityngach i warsztatach pojawia się pytanie: Skoro  codzienna modlitwa i medytacja… zwłaszcza medytacja, bo o nią głównie chodzi, jest tak ważna, to czemu pojawia się ona dopiero w Kroku Jedenastym?

Jestem przekonany, że do poważnej, sensownej, udanej medytacji potrzebne są jednak trzy dyscypliny, a nie tylko dwie, jak się to często wydaje:

1. Dyscyplina języka – przestać wreszcie hałasować, gadać, recytować, argumentować, przekonywać, śpiewać, deklamować, sprzeczać się, wykładać, pouczać itd.

2. Dyscyplina słuchu – znalezienie miejsca, w którym panuje absolutna cisza, może być trudne, a jeśli nawet się uda, to kompletna cisza może okazać się nie do wytrzymania. Warto raczej rozpoznać własne miejsca i okoliczności, w których dźwięki stanowią tylko mało ważne tło, nie rozpraszający uwagi podkład – znakomicie sprawdza mi się tu pociąg z jego monotonnym stukiem kół.  To są jednak sprawy indywidualne, a poza tym… podróże kolejowe nie zdarzają się zbyt często.

3. Dyscyplina emocjonalna i duchowa. Medytacja z umysłem opanowanym lękami, wyrzutami sumienia, urazami, strachem przed konsekwencjami niedawnych postaw i zachowań, złością, planami na przyszłość, poczuciem krzywdy, niepewnością, wstydem, żalem po stratach itd. itd., czyli tym wszystkim, co zwykle przepełnia umysł alkoholika przed zrealizowaniem przez niego Kroków 4, 5, 6, 7, 8, 9, może być… jeśli nie w ogóle niemożliwe, to zapewne bardzo trudne.
W centrum uwagi znajdą się zwłaszcza praktyczne problemy, z jakimi wielu z nas się zmaga, kiedy próbuje zachować ciszę. Mowa tu o wewnętrznym chaosie kłębiącym się w naszych głowach niczym podczas szalonego przyjęcia, którego okazujemy się zakłopotanymi gospodarzami*.

Poza tym… Medytujący powinien uświadomić sobie niebezpieczeństwo odczytywania słowa Bożego przez pryzmat własnych, nieuświadomionych oczekiwań, lęków i potrzeb („Medytacja ignacjańska” – Józef Augustyn SJ), a to – bez dyscypliny duchowej i realizacji wcześniejszych Kroków – wydaje mi się zagrożeniem całkiem realnym i poważnym.



--
* Martin Laird OSA, „W krainę ciszy. Przewodnik po chrześcijańskiej praktyce kontemplacji”, przekład Tomasz Mucha, wyd. WAM, 2014, s. 18.

niedziela, 2 listopada 2014

Najważniejszy dobry początek

Dawno, dawno temu dotarła do mnie wiarygodna, rzetelna informacja, że w krajach anglojęzycznych (USA, Wielka Brytania, ale nie tylko) mityngi AA trwają zwykle godzinę. Podobno nawet amerykańscy alkoholicy, którzy dowiedzieli się, że u nas są to spotkania dwugodzinne, dziwili się i dopytywali, na co nam potrzeba tyle czasu, co my właściwie przez te dwie godziny robimy? Ja z kolei zastanawiałem się, jak oni się mieszczą w tej jednej tylko godzinie, zwłaszcza że ich mityngi wydawały się zwykle bardziej liczne od naszych, opolskich.

Wszystko stało się jasne, gdy:

1. Wpadł mi w ręce jakiś „zagraniczny” scenariusz mityngu – prosty, krótki, zupełnie nie przypominał instrukcji organizacji jakiegoś skomplikowanego obrzędu albo rytuału, bez rozbudowanego regulaminu, to jest całego systemu nakazów i zakazów żywcem przeniesionych z grup psychoterapeutycznych (na przykład cudaczny zakaz używania zaimków osobowych w liczbie mnogiej).

2. Dowiedziałem się, że na ich mityngach wypowiedzi uczestników zwykle zgodne są z Preambułą AA, czyli alkoholicy dzielą się doświadczeniem, siłą i nadzieją, że mogą rozwiązać wspólny problem (a jest nim alkoholizm), i nie rozprawiają długo i namiętnie o tym, co im się niedawno wydarzyło na psychoterapii albo o problemach z przełożonymi, z niegrzecznym dzieckiem, niesprawnym akumulatorem, o pomidorach i mszycach itd.

Dokonałem wtedy kilku obliczeń, z których wyszło mi, że nasze dwugodzinne mityngi są właściwie krótsze (merytorycznie) od ich spotkań jednogodzinnych. Ups!

Drugie wyzwanie to były spikerki, a dokładnie wiadomość, że zdecydowana większość mityngów w USA rozpoczyna się spikerką. Pamiętam sprzed piętnastu lat spikerkę AA-owskiego weterana, który przyjechał do nas z dużego miasta i opowiadał o swoim życiu (głównie harcorowe historie z czasów destrukcyjnego picia) nawet dość ciekawie, przez prawie półtorej godziny, a więc domyśliłem się, że spikerka rozpoczynająca mityng musi być w tej Ameryce krótka. Z czasem okazało się, że taka właśnie jest. Pozostało tylko, na długo, wątpliwość i pytanie: po co? Po co każdy mityng miałby zaczynać się spikerką?

Od tamtych czasów minęło wiele lat. Obecnie grupa AA „Wsparcie” w Opolu posługuje się prostym, krótkim scenariuszem*, spotkania mamy bez przerwy i trwają one zwykle niewiele ponad godzinę, prawie każdy mityng rozpoczyna się kilkunastominutową spikerką. Grupa, ze zdychającej 3-4 osobowej, stała się jedną z większych w mieście… Zdawałem sobie sprawę, że każdy z tych elementów miał i ma znaczenie, ale najdłużej nie mogłem zorientować się, w jaki konkretnie sposób na popularność grupy wpływają te krótkie spikerki, z jakiego powodu są one tak ważne? Bo czułem, że są.
Pewną podpowiedzią, wskazówką były dla mnie częste odwiedziny alkoholików (płci obojga, rzecz jasna) naprawdę z daleka; jechali czasem ponad dwieście kilometrów, żeby uczestniczyć w tym właśnie mityngu. Dlaczego? Co znajdowali na „Wsparciu” takiego, czego nie mieli u siebie, na swoich grupach, często w dużych miastach? Oczywiście delikatnie podpytywałem, ale…

Wiele miesięcy uważnej obserwacji, różnych mityngów, różnych grup, kosztowało mnie odkrycie pewnej prawidłowości, powtarzającego się schematu: na pewno nie zawsze, ale jednak bardzo często, poziom mityngu, jego „jakość” wynika z pierwszej wypowiedzi. Jeżeli jest ona rzeczowa i na temat, to jest duża szansa, że kolejni alkoholicy, zabierający głos, będą się wypowiadali w podobnym duchu. Jeśli jednak pierwsza wypowiedź jest przypadkowa, chaotyczna, nie na temat, to i reszta mityngu często bywa podobna i cały mityng… „rozłazi się w szwach”**.

Teraz dopiero wszystko stało się jasne! Spiker – z założenia – jest dobrze do wypowiedzi przygotowany, choćby dlatego tylko, że znacznie wcześniej jasno określony i uzgodniony został temat jego wystąpienia (przynajmniej na „Wsparciu”). Inspirująca i wartościowa pierwsza wypowiedź (w tym przypadku spikerka) pociąga za sobą kolejne, nie gorsze. Przy okazji okazało się też, że spiker nie musi być egzotyczną postacią z bardzo daleka, sprawdziliśmy praktycznie – prawie tak samo dobrze sprawdzają się spikerzy lokalni, przyjeżdżający z sąsiedniej miejscowości albo nawet innej dzielnicy miasta.

Jestem przekonany, że posłanie Wspólnoty Anonimowych Alkoholików niesiemy także w trakcie naszych spotkań. Od tego, co konkretnie i w jakiej formie usłyszy podczas mityngu nowicjusz, zależy, czy do nas wróci, a to może przecież oznaczać życie. Dlatego, po głębokim przemyśleniu sprawy, zdecydowałem: jeśli grupa, z którą się utożsamiam, będzie rozważała zasadność zapraszania spikerów i związane z tym wydatki, ja będę „za”.

 

 

 

 

--
* Scenariusz grupy AA „Wsparcie” w całej okazałości można zobaczyć klikając na obrazek.
** Czasem ktoś pyta mnie podchwytliwie, czy dzielę mityngi na dobre i złe. Bywa wtedy, że proszę o sprecyzowanie, co mój rozmówca uważa za „mityng zły” i to zwykle kończy dyskusję albo też odpowiadam w sposób mniej więcej taki: Absurdalne jest założenie, że absolutnie każdy alkoholik, w absolutnie każdym momencie życia, potrzebuje absolutnie tego samego, tych samych informacji i treści. Jeżeli zgodnie ze zdrowym rozsądkiem zakładam, że w kolejnych okresach swojej pracy na Programie, trzeźwienia, osobistego rozwoju, potrzebuję różnych podpowiedzi, sugestii, doświadczeń, to w naturalny sposób jedne mityngi będą dla mnie bardziej przydatne, a inne mniej. Ot i wszystko.

wtorek, 7 października 2014

Notatki sponsora (odc. 041)

- Tu Niebo, mówi Pan Bóg, informuję cię uprzejmie, że wszystkie twoje modlitwy i prośby do mnie docierają, ale zrozum wreszcie, że czasem moja odpowiedź brzmi – NIE 
SMS tej treści dostałem kiedyś od koleżanki. Miał być zabawny, i zapewne był, ale trafił do mnie wtedy, kiedy akurat zmagałem się z wątpliwościami dotyczącymi modlitwy, medytacji, może nawet jeszcze bardziej fundamentalnymi.  Nie sądziłem wtedy, że po latach przyda się raz jeszcze…

Kolega opowiedział smutną historię alkoholika, który – mimo sporej wiedzy na temat choroby alkoholowej – sukcesywnie stacza się coraz niżej. Ktoś inny wspomniał wtedy wspólnego znajomego, któremu świadomość własnego uzależnienia, pomoc przyjaciół z AA oraz kolejne etapy degrengolady zupełnie nie pomagają opamiętać się, zatrzymać w szalonym pędzie ku zatraceniu. W naturalny sposób dyskusja dotyczyć zaczęła pytania, co jeszcze musi się stać, co jeszcze alkoholik musi stracić, żeby mógł sięgnąć po pomoc i zechciał realnie z niej skorzystać? Czemu jednym wystarcza umiarkowane dno, a inni – mimo oferowanej pomocy – umierają?

Podczas mityngów nie unikamy już aż tak bardzo (jak to miało miejsce kilkanaście lat temu) dyskusji o Sile większej niż nasza własna, o Bogu, jakkolwiek Go pojmujemy; bez oporu przyznajemy się do bezsilności i ograniczonej zdolności kierowania życiem, ale jednocześnie nadal pozostają w nas drobne ślady aroganckiego przekonania o pełnej mocy sprawczej człowieka, megalomanii, którą zapewne, w mniejszym lub większym stopniu, dotknięci są wszyscy, ale alkoholicy chyba jednak trochę bardziej.

Pamiętam słowa z Wielkiej Księgi: Powtórzmy raz jeszcze: alkoholik niekiedy nie posiada wystarczająco skutecznej obrony psychicznej przed pierwszym kieliszkiem. Oprócz bardzo rzadkich przypadków ani on sam, ani z pomocą innego człowieka, nie jest w stanie obronić się przed chęcią wypicia. Owa obrona musi nadejść od Siły Wyższej.

Być może ci nieszczęśnicy nie muszą niczego więcej wiedzieć, niczego więcej doświadczyć, niczego więcej tracić ani bardziej jeszcze cierpieć, może w przypadku niektórych ludzi Jego odpowiedź po prostu brzmi – nie…

 

 

--
Degrengolada: zupełny rozkład wartości moralnych, pot. upadek.
Megalomania: przesadne przekonanie o swojej wartości, wyższości.