środa, 8 lutego 2017

Notatki sponsora (odc. 078)

Kiedy na mityngu pojawił się temat i wątpliwości dotyczące słów z Biblii, a konkretnie z Listu św. Jakuba Apostoła: „Wiara bez uczynków jest bezowocna” (w innym tłumaczeniu – martwa), nieco się zdziwiłem. To przecież takie proste – pomyślałem – nad czym się tu zastanawiać? Wypowiedzi też nie wniosły do tematu niczego nowego. Jeśli w coś wierzę, to to robię, jeśli nie wierzę, to nie robię, ot i cała filozofia.

Że takie to proste, przekonany byłem podczas mityngu i może z godzinę po nim. Później pojawiły się wątpliwości.

- Rozumiem, że jesteś głodny, ale nie mogę cię wspomóc, bo jutro muszę dać na tacę w kościele.

- Wierzę, że źle się czujesz, ale nie mogę cię podwieźć, bo śpieszę się na mszę.

- Chętnie poświęciłbym ci trochę czasu, ale innym razem, bo teraz modlę się i medytuję.


Czy tego typu postawy i zachowania mają coś wspólnego z przekonaniem św. Jakuba, że bez działania, wiara nie przynosi owoców?


Przypomniało mi się...
…z jakiegoś powodu ludzie religijni często mylą środki z właściwie określonym celem. Początkowo człowiek jest przekonany, że Bóg przywiązuje wagę do stosownej postawy ciała, do tego, w którym dniu tygodnia powinno się odbywać konkretne nabożeństwo, do autorstwa i sposobu formułowania modlitw czy innych tego typu spraw. Tymczasem gdy życie człowieka przeobrazi się w nieustanną łączność duchową z Bogiem, okaże się, że wszystkie techniki, formuły, sakramenty i zwyczaje były tylko próbą generalną przed czymś autentycznym, przed samym życiem, które rzeczywiście może się stać nieustanną intencjonalną modlitwą. („Spadać w górę” – Richard Rohr, wyd. WAM, 2013, s. 29). 

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Notatki sponsora (odc. 077)

- Mam wady, jak zresztą wszyscy ludzie.

Dopiero gdy padły te słowa, zorientowałem się, że podczas mityngów dwóch-trzech grup, na których zwykle bywam, nie słyszałem ich już bardzo dawno. Stwierdzenie to jest banalne – niewątpliwie, zawiera element usprawiedliwienia  – oczywiście, jednak nie zmienia to faktu, że jest ono jak najbardziej prawdziwe. Wszyscy ludzie mają jakieś wady i wszyscy mają jakieś zalety. Alkoholicy nie mają monopolu na wady charakteru i tym tylko różnią się od ludzi zdrowych, że mają je bardziej. Bardziej wynaturzone, bardziej rozbuchane, bardziej widoczne.

Czemu zdanie to zwróciło moją uwagę? Bo niestety, kompletnie nic z niego nie wynika. To coś w stylu: takim mnie Panie Boże stworzyłeś, to takim mnie masz. I… co w związku z tym?

Trzeźwi alkoholicy, z którymi się kontaktuję, częściej zastanawiają się i stawiają pytanie: jak korzystam z moich wad charakteru, jak ich używam? Z „mam wady” nic się zrobić nie da, nie jestem przecież w stanie ich w sobie zniknąć, ale, jeśli wad używam i ciągnę z tego określone korzyści, to może mógłbym przestać, może jakoś dałbym radę z tego niecnego procederu zrezygnować?
Ale… to są sprawy oczywiste, nie ma potrzeby kolejny raz się nimi zajmować.

O cóż więc chodzi? Ano, o tych… wszystkich ludzi. Wszystkich ludzi, bo nie tylko pijaków, Stwórca, Siła Wyższa, Bóg, jakkolwiek Go pojmujemy, obdarował wadami charakteru i zaletami, zdolnościami, talentami. To teraz zadam pytanie wprost: po co? W jakim celu Bóg sprezentował nam talenty (zalety), mniej więcej wiadomo, a przynajmniej łatwiej odkryć, ale po co dał nam wady???
Przy okazji łatwo zauważyć, że podobna wątpliwość dotyczyć też może przyjemnych i nieprzyjemnych uczuć i emocji. Świetnie, że otrzymałem w darze zdolność kochania (miłość), ale po co mi strach, złość albo nienawiść?

W Biblii Tysiąclecia u Izajasza (45:7) napisane jest: - Ja tworzę światło i stwarzam ciemności, sprawiam pomyślność i stwarzam niedolę. Ja, Pan, czynię to wszystko.

Tak, to Bóg dał mi wady charakteru, ale dał mi też wolny wybór. Nie sądzę, żeby Boga jakoś szczególnie interesował mój nastrój albo humor, ale niewykluczone, że rozliczał mnie będzie z moich działań i zaniechań, z zachowań i życiowych postaw.

Łatwo jest nie kraść komuś, komu nigdy w życiu nie wpadło nawet do głowy, żeby cokolwiek sobie przywłaszczyć, nie potrafiłby tego i nie chce, ale rezygnacja z kradzieży dla złodzieja jest poważnym wyzwaniem, może tak wielkim, jak abstynencja dla pijaka, czyż nie? 

W ten oto sposób już wiem, już zrozumiałem, po co Bóg dał ludziom wady charakteru – nie, nie jako usprawiedliwienie, dał nam je, żeby formować i doskonalić wiernych…

wtorek, 27 grudnia 2016

Notatki sponsora (odc. 076)

Miło jest porozmawiać w gronie przyjaciół o złożonych kwestiach problematycznego tłumaczenia Drugiego Kroku albo Drugiej Tradycji, ale czasem okazuje się niezbędny powrót do tematów elementarnych, podstawowych, wręcz fundamentalnych. Potrzebę taką ujawniło ogromne zainteresowanie tematem „jak nie napić się w święta?” poruszonym na grupie dla nowicjuszy i początkujących, i nie tylko tej. Tak, czasem warto zastanowić się nad abstynencją… Obawiam się jednak, że w tej notatce więcej będzie pytań niż odpowiedzi.

Napiło się dwóch alkoholików… podobno. Podobno, bo kwestia złamana przez nich abstynencji nie jest ani jasna, ani pewna, w każdym razie mnie przy tym nie było. Cóż w tym dziwnego czy ciekawego? Przecież alkoholicy czasem wracają do picia, więc czemu aż tak mnie to zajęło? Odpowiem krótko – złe doświadczenia. Moje własne paskudne przeżycia.

Jakieś osiemnaście lat temu pilnie pisałem zadania zlecane przez psychoterapeutów, regularnie uczestniczyłem w mityngach, rozmawiałem ze sponsorem i… nie potrafiłem utrzymać abstynencji. Do swoich zapić nie przyznawałem się nikomu i nigdzie. Doszło nawet do tego, że razem ze sponsorem chodziłem do radia i brałem udział w audycjach poświęconych abstynencji, życiu w trzeźwości itp. Czy kłamałem? Nikt mnie o długość abstynencji nie pytał, więc niby nie. Czy byłem uczciwy? Zdecydowanie – nie. W końcu wyrzuty sumienia, wstyd, poczucie winy tak mnie przywaliły, że wróciłem do picia ciągami, i w konsekwencji wylądowałem na drugiej terapii.

Kilkanaście lat temu na mityngach AA dowiedziałem się i zapamiętałem, że abstynencja alkoholika to jego prywatna sprawa, koledzy z mityngów nie powinni się tym interesować. Było to w czasach, gdy na początku spotkania pytano: Czy ktoś chciałby poprowadzić mityng, ma taką potrzebę? A do służby rzecznika werbowano, zapewniając: zostań rzecznikiem, bo w tej służbie nic nie trzeba robić. Ilustruje to, w pewnym sensie, nasze podejście do służb i rozumienie pojęcia „odpowiedzialność”.

W poradniku, w kartach konferencji oraz innych takich zaleceniach, mowa była o tym, że służba w AA kończy się automatycznie wraz z zapiciem alkoholika. Było to proste, oczywiste i przez wiele lat zupełnie mi wystarczało. A dokładnie do momentu, w którym pełniący służbę alkoholik, jak ja kiedyś, postanowił nie przyznać się do zapicia, a więc i zdać służbę.

Od bardzo dawna byłem (i jestem) przekonany, że Wspólnota AA opiera się na dwóch elementach: zaufaniu i odpowiedzialności. Ładnie brzmi, ale czy pijącego alkoholika można uznać za osobę odpowiedzialną? Czy oczekiwanie i ufanie, że czynny alkoholik będzie uczciwy, jest trzeźwe i zdroworozsądkowe? Ano, właśnie… Na takie pytanie chyba łatwo sobie odpowiedzieć.

Nadal uważam, że abstynencja alkoholika, to jego prywatna sprawa, ale… sytuacja wyraźnie się komplikuje, gdy chodzi o alkoholika pełniącego służbę i to bardziej odpowiedzialną, niż sprzątający albo witający, a na dokładkę nie przyznającego się do zapicia, albo twierdzącego, że mimo zapicia, nie złamał abstynencji – tak, alkoholicy nie takie cuda potrafią wymyślać.

Pytania i wątpliwości. Wszystkie one dotyczą alkoholików pełniących służby we Wspólnocie AA. Niektóre padły na mityngowych salach, inne narodziły się w mojej głowie.

Czy picie bezalkoholowego piwa jest naruszeniem abstynencji? Czy w Polsce w ogóle jest coś takiego, jak bezalkoholowe piwo? A czy intergrupa lub region powinny się tym zajmować i interesować?

Czy grupie, intergrupie, regionowi, powinno wystarczyć osobiste przekonanie alkoholika, że nie złamał abstynencji, bo np. napił się niechcący, przypadkowo?

Czy zajmujemy się w AA abstynencją inną niż alkoholowa, czy nasi zaufani słudzy, nie tracąc statusu zaufanych, a tym samym służby, mogą palić tytoń? A marihuanę? A faszerować się lekami zmieniającymi świadomość? Przyjmować heroinę, amfetaminę albo kokainę? Objadać się czekoladkami z alkoholem?

Czy wystarczy, że ktoś twierdzi, że widział Ziutka pijanego, by pozbawić go służby?

Czy służbę w AA może pełnić utrzymujący abstynencję alkoholik, ale czynny hazardzista?

Po raz pierwszy usłyszałem o alkoholikach zgłaszających gotowość do sponsorowania i „jarających zioło” już jakiś czas temu. Ale to była ciekawostka z dalekiego kraju, więc… Ale z czasem doszło i do nas. Znany mi alkoholik, pijąc, próbował przekazywać Program nowicjuszowi. Inny zgłaszał się do sponsorowania, bo… wypił tylko pół piwa. Na większą skalę pojawiły się krzyżowe uzależnienia, a co za tym idzie wątpliwości dotyczące abstynencji innej niż alkoholowa. 

Pytanie ostatnie: czy tego typu problemy, to rzeczywiście specyfika ostatniej dekady, czy może tak było zawsze i tylko ja, zbyt sobą zajęty, tego nie widziałem?

piątek, 25 listopada 2016

Notatki sponsora (odc. 075)

Nie spędziłem we Wspólnocie całego życia, ale chyba wystarczająco długo, żeby zauważyć zmieniające się przekonania uczestników naszych spotkań. Większość tych zmian wynika z procesu trzeźwienia podczas pracy ze sponsorem na Programie, ale są też i takie zmiany, które wydają mi się podporządkowane modzie. A tak, w AA obserwuję także modę na takie lub inne postawy, przekonania, a przynajmniej mityngowe wypowiedzi. A moda, jak to moda – czasem się zmienia, czasem powraca.

Na warsztacie, w którym uczestniczę, prowadzący zaproponował pytanie/temat: Czy modlę się o konkretne rzeczy? Nic w tym pytaniu trudnego, ale tak jakoś się stało, że otworzyło mi ono sejf z wieloma  wspomnieniami, przemyśleniami, przeżyciami, doświadczeniami...

1. Kilkanaście lat temu zaobserwowałem w moim mieście i w środowisku AA modę na deklaracje typu: ja już o nic Boga nie proszę, tylko dziękuję. A jeśli ktoś przyznawał się do jakichś próśb, to tylko ogólnych i globalnych, np. pokój na świecie albo rozwiązanie światowego problemu niedożywienia. Moda minęła po kilkunastu miesiącach. Pojawiły się inne. Z czasem zastępowane przez jeszcze nowsze. Właściwie w modzie nie ma nic złego, ale może czasem warto odważyć się (tak – właściwe słowo!) na swój własny styl, na odrobinę intuicji i natchnienia, na powierzenie wreszcie? Znajdziemy intuicyjnie sposób postępowania w sytuacjach, których dotąd nie umieliśmy rozwiązać (WK, s. 72). Znajdziemy? Tak… jeśli szukamy…

2. Ignacjański Fundament (rekolekcje prowadzone przez jezuitów) i… to nieprawda, że zawsze, gdy czegoś pragniemy albo nawet pożądamy, oznacza to coś złego, i nie tylko nie powinniśmy tego osiągnąć, ale nawet niewłaściwe jest chcieć. To bzdura! Nazwanie naszych pragnień, wyrażenie ich, pozwala nam lepiej poznać samych siebie, ale przede wszystkim zbliża nas do Boga. Nasze najgłębsze pragnienia, pragnienie zmiany, rozwoju, stania się pożytecznym dla innych, mogą się okazać sposobem przemawiania Boga do nas; czasem tak właśnie powołuje On ludzi do określonych zadań.

3. Znajomy zwierzył się, że właśnie skończył Program, ale zupełnie nie czuje potrzeby pomagania innym. – Wiem, że powinienem mieć potrzebę, pragnienie przekazywania Programu kolejnym alkoholikom – wyznanie to wyraźnie wiele go kosztowało – ale… no, nie mam. Nie będę przecież udawał i oszukiwał. Smutno mi się robiło, gdy dotykałem jego smutku. Przyznał też, że niektóre zadośćuczynienia robił bez większego zaangażowania, po prostu tylko dlatego, że sponsor go zmusił, a kilku nie zrobił w ogóle, bo nie czuł potrzeby wynagradzania szkód paru konkretnym osobom.

Nie pragnie pomagać, nie pragnie zadośćuczynić kilku osobom… przez dłuższą chwilę nie wiedziałem, jak mu pomóc, co mu powiedzieć, ale nagle przyszło mi do głowy określenie, którego od lat używam wobec alkoholików przyjeżdżający na warsztat Krok za Krokiem do Woźniakowa (ludzie, którym się chce chcieć), i powiedziałem: Rozumiem, że teraz nie czujesz pragnienia przekazywania Programu, nie pragniesz też paru osobom zadośćuczynić, ale czy przynajmniej chcesz chcieć? – patrzył na mnie bez zrozumienia, więc dodałem: Czy pragniesz być albo stać się takim człowiekiem, który by tego chciał? Cisza trwała długo, pewnie zaglądał w swoją duszę i wreszcie nieśmiało skinął głową, a jeszcze później spytał cichutko, czy o coś takiego wolno się modlić. Coś takiego, czyli o siebie i własne pragnienia, a gdy brak chęci i pragnień, to o to, żeby się pojawiły. Powiedziałem mu, że tak, że jak najbardziej wolno, może nawet należy. I tak też uważam do dziś – modlić się wolno (prawie) o wszystko i wszystkie prośby zostaną wysłuchane, choć nie wszystkie będą zrealizowane, bo czasem Jego odpowiedź po prostu brzmi: NIE, ale tym nie mam powodu zajmować się ja.
Ale zrozumiem też, jeśli ktoś miałby na ten temat inne zdanie.








Za wszystko, co pstrokate, chwała niech będzie Panu –
Za niebo wielobarwne jak łaciate cielę;
Za grzbiety pstrągów, różem nakrapiane w cętki;
Za skrzydła zięb; żar szkarłatny rozłupanych kasztanów;
Za ziemię w działkach, kawałkach – za ugór i za zieleń;
I za rzemiosło wszelkie, jego narzędzia i sprzęty.
Wszystkiemu, co nadmierne, osobliwe i sprzeczne,
Rzeczom pstrym i pierzchliwym (któż wie, jak to się dzieje?),
Wartkim i wolnym, słodkim i słonym, mocnym i miękkim,
On początek daje, Ten, czyje piękno jest wieczne:
Jemu niech będą dzięki*.






…z jakiegoś powodu ludzie religijni często mylą środki z właściwie określonym celem. Początkowo człowiek jest przekonany, że Bóg przywiązuje wagę do stosownej postawy ciała, do tego, w którym dniu tygodnia powinno się odbywać konkretne nabożeństwo, do autorstwa i sposobu formułowania modlitw czy innych tego typu spraw. Tymczasem gdy życie człowieka przeobrazi się w nieustanną łączność duchową z Bogiem, okaże się, że wszystkie techniki, formuły, sakramenty i zwyczaje były tylko próbą generalną przed czymś autentycznym, przed samym życiem, które rzeczywiście może się stać nieustanną intencjonalną modlitwą**. 





---
*Gerard Manley Hopkins, „Wybór poezji”, przeł. Stanisław Barańczak, Wyd. Znak, Kraków 1981, s. 59.
** Richard Rohr, „Spadać w górę”, przekł. Beata Majczyna, wyd. WAM 2013, s. 29.

środa, 2 listopada 2016

Notatki sponsora (odc. 074)

Z moich obserwacji wynika, że znacząca większość (ponad 90%) uczestników mityngów Anonimowych Alkoholików w Polsce miała też kontakt – krótszy albo dłuższy i z różnym skutkiem – z jakąś formą psychoterapii, najczęściej odwykowej albo DDA. W związku z tym na mityngi AA przeniesionych zostało wiele elementów ze świata profesjonalnej psychologii, psychiatrii oraz terapii. Efekt tego jest różny, czasem nawet korzystny, innym razem nieco mniej, a bywa też i zabawnie. Podczas mityngów można by się tym prawie zupełnie nie przejmować – prawie, bo nowicjusze słuchają i mogliby coś źle zrozumieć – jednak poważniejsze kłopoty mogą pojawić się wtedy, kiedy AA-owscy sponsorzy włączają elementy psychoterapii do pracy z podopiecznymi. W dobrej wierze zapewne i dla dobra podopiecznych, ale…

Oto kilka przykładów plus moje wątpliwości i uwagi:

1. Nieśmiałość.
Sponsor zaleca nieśmiałemu podopiecznemu, żeby wypowiadał się na mityngach, a nawet zgłosił się do służby prowadzącego. No, nie wiem… Wspólnota Anonimowych Alkoholików dysponuje rozwiązaniem problemu alkoholizmu, nie zajmuje się przecież leczeniem nieśmiałości. W taki sam sposób moglibyśmy też leczyć lęk wysokości  zmuszając podopiecznych do spacerów na krawędzi dachu.

2. Dziecko.
Alkoholiczce zaproponowano służbę w grupie AA. Odparła z pełną powagą, że właśnie odnalazła swoje wewnętrzne dziecko i musi się nim intensywnie opiekować, tak więc czasu na pełnienie służby we Wspólnocie nie ma. Bez komentarza.

3. Granice.
Od lat obserwuję, jak rozpadają się związki alkoholików płci obojga, rozpadają się po kilku latach abstynencji. Dlaczego? Związek przetrwał lata destrukcyjnego picia, ale nie wytrzymał jego/jej trzeźwienia? Zastanawiam się, czy może to mieć coś wspólnego z nauką stawiania granic prowadzoną na różnych terapiach. Może zamiast tych granic (nie zbliżaj się – to moje!) warto byłoby nauczyć się budowania bliskości, więzi, zaufania?

4. Asertywność.
Tak modna w ostatnich latach, tak lansowana przez psychologów i media, że zaczęła być uważana (na szczęście nie powszechnie jeszcze) za zaletę, dodatnią lub pozytywną cechę charakteru, jak na przykład uczciwość. Asertywność definiowana jest w słowniku prosto (http://sjp.pwn.pl/sjp/asertywny;2441510.html ), jednak warto pamiętać, że jest to umiejętność, a nie cecha charakterologiczna, i to umiejętność nabyta, wyuczona.
W określonej sytuacji człowiek może zachować się agresywnie, asertywnie albo ulegle (wycofująco).  Uważam, że prawdziwą zaletą jest umiejętność dostosowania własnej postawy do prawidłowo rozpoznanej sytuacji (zdarzenia), a nie bezmyślne stosowanie asertywności bez względu na okoliczności, bo… modna. Kiedy w moją stronę zmierza trzech osiłków z kijami bejsbolowymi, wznosząc wrogie okrzyki, grożąc mi pobiciem albo śmiercią, to po prostu uciekam i wzywam pomocy, nie próbując nawet… otwarcie i jednoznacznie wyrażać swoje potrzeby, uczucia i opinie (z definicji asertywności). 
Asertywność to niewątpliwie umiejętność wielce przydatna, ale chyba nieco przereklamowana. Warto też zastanowić się, czy innym ludziom rzeczywiście w całej rozciągłości pozwalamy na asertywność, bo może okazać się, że korzystna i wygodna jest ona dla nas samych, ale u innych takie… asertywne zachowania uznalibyśmy po prostu za raniące. Tu przypomina mi się zasłyszany kiedyś komunikat: Każdy ma prawo odmówić, ale dlaczego mnie?!