czwartek, 22 września 2016

Kto napisał Wielką Księgę?

Podobno jestem dziwakiem (pseudonim zobowiązuje?), bo nie potrafiłbym nazwać siebie człowiekiem wierzącym, dodając przy tym beztrosko, że kompletnie nie wiem, w co wierzę. Nie oznacza to, że mam nadzieję określić jednoznacznie istotę i naturę Boga, ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby szukać, żeby starać się wiedzieć i rozumieć więcej. Dlatego też kiedyś przeczytałem Pismo Święte, a do wybranych fragmentów wracam stosunkowo często.
Podobne nastawienie mam wobec Programu AA. Kiedyś przyjąłem i założyłem, że to dobry sposób na moje życie, a w takim razie do rozwijania wiedzy, umiejętności, zrozumienia, gromadzenia i przekazywania doświadczeń, czuję się po prostu zobowiązany; uważam to za naturalne i oczywiste. 

Daleko mi do badacza, nawet nie mógłbym powiedzieć, że studiuję Wielką Księgę, bo do tego potrzebna byłaby perfekcyjna znajomość języka oryginału, a takowej nie posiadam. Tym niemniej czytałem „Anonimowych Alkoholików” wiele razy podczas pracy z podopiecznymi i dzięki temu polską wersję, przetłumaczoną podobno dość nieudolnie, poznałem całkiem nieźle. To z kolej spowodowało, że zaczęły pojawiać się pytania i różnego rodzaju wątpliwości. Tu chciałbym zadać jedno tylko, zapewne prowokujące, pytanie: komu naprawdę zawdzięczamy różne stwierdzenia, sformułowania, określone zwroty i inne takie fragmenty tekstu Wielkiej Księgi?

Bardzo ważne wydaje mi się zdanie: „Głównym naszym problemem okazał się kompletny brak siły duchowej. Koniecznością dla nas stało się znalezienie takiej siły, z pomocą której moglibyśmy żyć. Musiała to być SIŁA POTĘŻNIEJSZA NIŻ NASZA WŁASNA”1.  Dzięki niemu, ja i nie tylko ja, zyskałem przekonanie, że Siła ta nie jest we mnie, że musi pochodzić z zewnątrz. To miało, i ma nadal, sens, trzyma się kupy, jest elementem mojego osobistego doświadczenia i przeżycia.
Jednak w tym samym rozdziale jest też inne stwierdzenie: „W obliczu kompletnego duchowego załamania, rozpaczy i zupełnego upadku materialnego, odkryli nagle nowe źródło siły wewnętrznej. Źródło spokoju, radości, poczucia właściwych proporcji…” 2 – zaraz, zaraz, to w końcu ta Siła, niezbędna do życia, bo nie tylko do utrzymywania abstynencji, jest we mnie, czy poza mną? I przyznam, że problem ten uważam za strategicznie ważny.

Na szczęście stosunkowo szybko okazało się (dobrzy ludzie podpowiedzieli), że to po prostu błąd w tłumaczeniu, że w zdaniu tym nie ma „wewnętrznej”. Odetchnąłem z ulgą, ale nie na długo, bo nieco dalej znalazłem: „Z niewieloma wyjątkami nasi członkowie stwierdzają, że zaczerpnęli z wewnętrznych zasobów, których istnienia nie podejrzewali i które obecnie identyfikują ze swoim własnym pojęciem Siły Większej od nich samych”3. Jednak w tym przypadku nikt z kolegów nie meldował o błędzie tłumacza…

Oczywiście takich przypadków jest więcej. Jedne wynikają z ewidentnych błędów w tłumaczeniu (nowa wersja ukaże się zapewne mniej więcej za rok), inne nie i te inne właśnie rodzą trudne pytania.

Usłyszałem kiedyś ciekawą historię, nie jest wykluczone, że zawarta jest ona w książce „The Book That Started It All: The Original Working Manuscript of Alcoholics Anonymous”. Ja zapamiętałem ją mniej więcej tak… 

Wielka Księga pisana była w czasach przed pojawieniem się komputerów i internetu, a więc maszynopis przesyłany był z Akron (dr Bob), do Cleveland (Clarence S.), stamtąd do Nowego Jorku (Bill W.) i z powrotem wiele razy, a za każdym, biorący udział w tym projekcie pierwsi weterani, coś tam zaznaczali, coś korygowali, robili uwagi i dopiski różnymi kolorami, proponowali zmiany… Ostatecznie maszynopis był – delikatnie mówiąc – mało czytelny i wyglądał tak, jak na obrazkach pod tekstem.

Kiedy wersja ostateczna została uzgodniona, przyjaciel Billa i sekretarka (czyżby Hank P. i Ruth H.?) zanieśli dzieło do drukarni. Drukarz stwierdził, i trudno mu się dziwić, że takiego tekstu nie przyjmie i muszą to poprawić, bo on nie wie, które słowa i zdania są obowiązujące. Tak więc poprawiali, ale szybko zorientowali się, że zabraknie im czasu, i wtedy wcisnęli drukarzowi w ręce pogryzmolony maszynopis twierdząc, że jednak musi poradzić sobie sam. Co, podobno, zrobił.
 
W takim razie, czyją wersję tak zapamiętale poznajemy z podopiecznymi, Billa W., czy drukarza? Czy naprawdę tak ważne są niuanse zapisu, pojedyncze zdania i wyrazy, czy może jednak idea?  

Irena H. z Akron powiedziała kiedyś na spikerce w Opolu, że my, tutaj w Polsce, mamy problem z tłumaczeniem, ale oni tam, alkoholicy w USA, od początku nieomalże zmagają się z interpretacją Wielkiej Księgi. Zapewne więc poznawanie jej ma sens, wartość i znaczenie, trzeba jednak uważać, żeby zbytnie skupienie na pojedynczych drzewach, nie odebrało nam zdolności doświadczenia lasu jako całości...
 

 

 

 



 
 
 
 
 
---
1. „Anonimowi Alkoholicy”, wyd. Fundacja BSK, wydanie II, s. 38.
2. Tamże, s. 42.
3. Tamże, s. 200.

wtorek, 13 września 2016

Notatki sponsora (odc. 071)

Uczestniczyłem niedawno w mityngu, mityngu AA dodam, bo to ważne, którego przebieg skłonił mnie do paru rozmyślań, a wreszcie do wyciągnięcia wniosków i sprecyzowania własnego zdania w przynajmniej dwóch tematach.

Podczas czytania Kroków i Tradycji alkoholiczka zaznaczyła wyraźnie, że jest to jej drugi mityng w życiu. I bardzo dobrze zrobiła, ale… na prowadzącym nie wywarło to kompletnie żadnego wrażenia i tematami mityngu miał nadal być Krok Dziewiąty, Dziewiąta Tradycja i trudne dość rozważania z Codziennych Refleksji. W tej sytuacji zaproponowałem temat dodatkowy, o rozwiązaniu problemu alkoholizmu, jakim dysponuje Wspólnota AA od wielu lat, jednak – jeśli dobrze pamiętam – tylko ja się na niego wypowiedziałem, czyli starałem się wyjaśnić kilka podstawowych zagadnień.

I tak się zastanawiam, czy specyficzne problemy nowicjuszy powinniśmy, jako grupa AA, uwzględniać tylko na ich pierwszym mityngu? Bo na drugim, trzecim itd. można ich już ignorować, zajmując się niewątpliwie znacznie ciekawszymi, własnymi sprawami?
Wniosek, oczywiście mój prywatny: wręczenie nowicjuszom trzech ulotek na pierwszym mityngu, to chyba jednak nie wszystko, do czego jesteśmy w AA zobowiązani.

Dalej też było ciekawie. Kolega poprosił o pomoc w zrozumieniu pojęcia uczciwości wobec siebie i tu wiele do powiedzenia miała… niealkoholiczka. I znów zaintrygował mnie kompletny brak reakcji prowadzącego, rzecznika…  Dodam też, że nie był to pierwszy raz w moim mieście, gdy podczas mityngu Anonimowych Alkoholików głos zabierał albo jakieś pytania zadawał ktoś z gości, osoba nieuzależniona. Tylko… po co? Dlaczego? Czyżby niewątpliwa atrakcyjność pani miała w tych przypadkach jakieś znaczenie?

Jestem członkiem Wspólnoty AA. Tak, Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Nie czuję przynależności ani żadnej więzi z jakąś wspólnotą integracyjną, czy czymś takim. Mamy mityngi otwarte (mam na myśli te grupy, na które chodzę najczęściej) i bardzo dobrze, ale to nadal nie znaczy, że mile widziani goście, osoby nieuzależnione od alkoholu, mają się na tych mityngach wypowiadać. Na jakikolwiek temat.

Grupa AA ma sporą niezależność. Może nawet odrzucać niektóre Tradycje, ale – tak mi się wydaje – kiedy już neguje Preambułę AA, przestaje być grupą AA. W tekście tejże Preambuły czytam, że: Anonimowi Alkoholicy są wspólnotą mężczyzn i kobiet, którzy dzielą się nawzajem doświadczeniem, siłą i nadzieją, aby rozwiązać swój wspólny problem i pomagać innym w wyzdrowieniu z alkoholizmu. Ano, właśnie… pomagać innym w wyzdrowieniu z alkoholizmu… ALKOHOLIZMU, a nie z zaburzenia DDA, DDD, bulimii, anoreksji, pracoholizmu, uzależnienia od gier, seksoholizmu itd. itd.
W grupach AA staramy się rozwiązać nasz wspólny problem, a problemem tym, i jedynym dla nas wspólnym, jest ALKOHOLIZM. I tylko alkoholizm.

Przesadzam? W mojej pipidównie mogłoby się tak wydawać, ale… może po prostu dmucham na zimne? Bo w wielkich miastach sprawy zaszły znacznie dalej. W jednym, na grupie AA, służby pełnią niealkoholicy, a pracoholik próbuje sponsorować alkoholika. W innym grupy AA musiały zmieniać scenariusze albo wręcz na powrót zamykać mityngi, żeby jakoś obronić się przed zalewem Al-anonek, DDA, narkomanów. Czy ludzie ci nie potrzebują pomocy? Ależ oczywiście, że potrzebują! Tyle, że nie pomocy Wspólnoty AA! Anonimowi Alkoholicy nie mają im nic do zaoferowania. No, może poza własnym nieadekwatnym poczuciem mocy…

Pamiętam z naszej literatury stwierdzenie:
Dajmy odpór dumnemu założeniu, że skoro Bóg umożliwił nam sukces w jednej dziedzinie, naszym przeznaczeniem jest stać się pośrednikami dla każdego*.

Narkomanom, hazardzistom, seksoholikom, anorektykom itd. może nie chcieć się założyć własną grupę, a może ich grupa (działająca w mieście od lat) im się nie podoba i lepiej się czują na mityngach Wspólnoty AA. Tylko… niby co w związku z tym? Czy to jest, i powinien, być problem Anonimowych Alkoholików?



Dla dopytujących informacja dodatkowa: nowicjuszką zająłem się sam, pogadałem z nią po spotkaniu, wyjaśniłem kilka spraw, wymieniliśmy się numerami telefonów… bo nie podeszła do niej po mityngu żadna kobieta…





---
* „Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość” strona 302.

czwartek, 21 lipca 2016

Notatki sponsora (odc. 070)

Najprostsza w logice jest zapewne implikacja. Znają ją i z czasem coraz pełniej rozumieją nawet małe dzieci. Implikacją zdań p oraz q nazywamy zdanie postaci: jeżeli p, to q. Jakiś przykład? Oczywiście, nie ma sprawy! Jeśli wsadzę rękę do wrzącej wody, to się oparzę. Jeżeli nie będę mył zębów, to mi będzie śmierdzieć z gęby. Jeżeli nie będę spał w nocy, to następnego dnia będę zmęczony. Proste? No niby tak, ale chyba niezupełnie, nie do końca, bo wydaje się, że zdolność rozumowania jeżeli… to… my, alkoholicy, mamy upośledzoną, nawet bez alkoholu w krwiobiegu. Dlatego między innymi twierdzę, że alkoholizm to poważna choroba psychiczna.

Jedni uważają mnie za jasnowidza, inni za bezczelnego zarozumialca, bo na narzekania alkoholika na samopoczucie, nie wynikające z wyraźnych powodów obiektywnych, na przykład śmierci w rodzinie, odpowiadam często pytaniem: Czego ostatnio nie robiłeś, jakich działań zaniechałeś, których zasad albo reguł już nie przestrzegasz?

…zmieniona psychika alkoholika umożliwia nagle łatwą kontrolę nad pragnieniem napicia się. Jedyny niezbędny wysiłek, to przestrzeganie kilku prostych reguł*.

…jedynym warunkiem było przestrzeganie paru prostych zasad**.

Kilka prostych reguł albo zasad! Niby takie to łatwe, ale… Świetnie rozumiem, że jeśli wypiję litr wódki, to będę pijany, ale ze zrozumieniem, że jeżeli przestanę robić, co do mnie należy (np. realizować sugestie), to będę się źle czuł, wrócą lęki, urazy, użalanie się nad sobą, wstyd, miałem dość długo spory kłopot.
Dawno, dawno temu odkryłem, że jeżeli nie będę kradł, to przestanę się też bać złapania, sądu, wyroku. Na szczęście na zrozumieniu tej jednej, banalnej implikacji, moje odkrycia się nie skończyły.

Nie robię codziennego obrachunku moralnego od dwóch tygodni – przyznaje niechętnie mój rozmówca – na mityngu nie byłem od dość dawna, wdzięczny nie mam za co być, ale… ale to na pewno nie z tego powodu źle się czuję, to chyba przez żonę, a może przez szefa…

Zaiste, alkoholizm to straszna choroba!

W istocie to my sami stworzyliśmy nasze problemy. Flaszka była i jest tylko ich symbolem***.

A najgorsze wydaje mi się to, że alkoholik może przestać pić, ale nadal generować będzie rozmaite problemy.



--
* „Anonimowi Alkoholicy”, wyd. II, s. XXI.
** „Anonimowi Alkoholicy”, wyd. II, s. 39.
*** „Anonimowi Alkoholicy”, wyd. II, s. 90.

wtorek, 5 lipca 2016

AA: spojrzenie z dystansu

Pierwsze dni lipca, minęła połowa roku 2016, więc dobry to czas na różne inwentury, podsumowania, remanenty, ale… zabierałem się do tego opornie, bez wielkiego zapału. Dopiero wspomnieniowy i retrospektywny artykuł Andrzeja ze „Steru”, zamieszczony w lipcowej „Warcie”, zmobilizował mnie do działania. Czego jak czego, ale opisywanych przez Andrzeja bałwochwalczych mityngów poświęconych psychoterapeutom, to u nas nie bywało, były inne błędy, wypaczenia i wynaturzenia. Ale… Były? Czy czas przeszły jest uzasadniony? Jeśli nawet nie dostrzegamy czegoś my sami, dzisiaj, to ponad wszelką wątpliwość zorientują się i skorygują błędy nasi dzisiejsi nowicjusze i to już za kilka-kilkanaście lat. Dzięki temu my wszyscy w AA możemy spać spokojnie, nie bojąc się o przyszłość Wspólnoty.

Co się zmieniło na grupach AA w moim mieście, na których bywam w miarę regularnie (bo nie wszystkich!), od czasu pierwszego mityngu, na który trafiłem latem 1998 roku? Wydaje mi się, że zdecydowana większość zmian była sensowna, pożyteczna i korzystna, ale czy rzeczywiście wszystkie?

Przestaliśmy marnotrawić środki Wspólnoty AA na świeczki czy inne poprawiacze samopoczucia – za te pieniądze można przecież kupić pakiety startowe dla nowicjuszy, literaturę przeznaczoną dla pacjentów ośrodków odwykowych albo więźniów, i to właśnie robimy.

Zgodnie z Preambułą (Anonimowi Alkoholicy są wspólnotą mężczyzn i kobiet, którzy dzielą się nawzajem doświadczeniem, siłą i nadzieją, aby rozwiązać swój wspólny problem i pomagać innym w wyzdrowieniu z alkoholizmu) – nasze mityngi są poświęcone  rozwiązaniu problemu alkoholizmu, jakim Wspólnota AA dysponuje od około 80 lat. Nie zajmujemy się już problematyką mechaniki pojazdowej, psychologii rodzinnej, prawem pracy, niekompetencją urzędników,  złośliwością sąsiadów, niewiernością partnerów itd. Dawno temu skończyliśmy też z koszmarnym wynaturzeniem, jakim była procedura przyjmowania do AA. Ale…
Ale w tamtych dawnych czasach wszyscy byliśmy równi i nikomu nie przyszłoby do głowy nazywać drugiego człowieka czyimś cieniem albo klonem. Czyżby i do AA przeniknęła koncepcja obywateli (w tym przypadku alkoholików) gorszego sortu? A może... może chodzi o coś innego – cień z natury swojej kopiuje zachowania swojego pana i właściciela, cień nie może być samodzielny…

Z tamtych lat pamiętam mityngi, które się nie odbyły, bo nikt nie chciał ich poprowadzić; z tego też powodu (brak chętnych do służb) upadały grupy. Obecnie ze służbami jest trochę lepiej, ale…
Ale kto, kiedy i na jakiej podstawie wymyślił, że nadrzędnym celem służby jest znalezienie i wychowanie sobie następcy, dziedzica, że zaufany sługa, w stosownym momencie, powinien wskazać swojego następcę, bo jak tego nie zrobi, to widocznie źle pełnił służbę, tego to ja już nie wiem i nie rozumiem. W literaturze Wspólnoty AA takiej wskazówki jakoś nie widziałem – może coś przeoczyłem?  

Kilkanaście lat temu sumienie grupy podejmowało różne decyzje zwykłą większością głosów, a wszystkie wybory do służb odbywały się jawnie; to nie było właściwe, ale…
Ale też nie mieliśmy wątpliwości, że służbę powierza alkoholikowi grupa. Obejmowanie służby samowolnie, bo tak się alkoholikowi zachciało, bo takie miał widzimisię, było nie do przyjęcia. Każdy z nas przeszedł przez własne, nieomal śmiertelne starcie z molochem samowoli i każdy wycierpiał pod jego razami wystarczająco wiele, by zapragnąć czegoś lepszego* – czytamy w 12x12, a i w WK Bill W. wielokrotnie przestrzega przed samowolą. A przecież znam grupę, w której obejmowanie służby tak właśnie się odbywa – samowolnie. Wydaje się, że sumienie grupy nie ma tu nic do gadania. Jeśli alkoholikowi zachce się pełnić służbę, to po prostu wpisuje się w stosownym miejscu i w określonym terminie zaczyna to robić. Nie wiem, co o tym sądzą liderzy grupy i w ogóle, po co im to, ale mam poważne wątpliwości, czy utrwalanie samowoli i sobiepaństwa (będę robił to, co mi się podoba i gówno wam do tego) rzeczywiście służy nowicjuszom i ich rodzinom.
Czy grupie wolno ustalić sobie takie zasady – ależ oczywiście, w myśl Tradycji Czwartej jak najbardziej wolno. Zabawne jest tylko to, że całkiem niedawno sumienie tej samej grupy postanowiło nie przestrzegać Czwartej Tradycji i podejmować decyzje, dotyczące w istotny, żywotny sposób innych grup i struktur.

Dawno, dawno temu nie mieliśmy zbyt wielkiego pojęcia o Krokach, a o Tradycjach to już w ogóle. Odczytywaliśmy je rytualnie na początku spotkania, zwykle z kompletnym brakiem zrozumienia. Tu zaszła bardzo pozytywna zmiana i coraz więcej alkoholików zdobywa wiedzę i doświadczenie na temat Tradycji, a nawet Koncepcji, jednak nie podoba mi się to, że jednostki wykorzystują taką wiedzę do manipulowania grupą.

Pamiętam, jak w początkach mojego uczestnictwa w AA, wypowiadaliśmy się na temat Siły Wyższej bardzo delikatnie i oględnie. Zdawaliśmy sobie sprawę, że jest to temat wyjątkowo trudny, a wielu alkoholików, zwłaszcza w początkowym okresie trzeźwienia, ma z Bogiem relacje mocno pokomplikowane. Oczywiście nikt nikomu nie zabraniał wypowiadania się o Bogu i nazywania Go po imieniu – nie, chodziło raczej o empatię, zrozumienie specyficznych problemów nowicjuszy, a nie gromkie wyliczanie, do czego to niby mam prawo.
Słyszałem niedawno relację o grupach, które stały się tak religijne, że AA-owski Program działania zamieniły wręcz na program powierzania i modłów; słyszałem o sponsorach zmuszających podopiecznych do leżenia krzyżem na posadzce w kościele.  Ups!

Piętnaście, i więcej lat temu, nie nieśliśmy posłania AA, a raczej posłanie psychoterapii odwykowej. Stwierdzam to z pełną odpowiedzialnością, bo… sam też to robiłem. Nowicjuszy wypytywałem, czy trafili już do poradni odwykowej i namawiałem na leczenie tamże. Wydawało mi się, że coś takiego jest już prehistorią, gdy zaczęły docierać do mnie niesamowite informacje o nowej modzie w AA, modzie polegającej na tym, że alkoholik po Programie zrealizowanym ze sponsorem, z wielomiesięczną albo wręcz wieloletnią abstynencją, podejmuje psychoterapię odwykową (sic!). Wspominała też o tym na swoim blogu Mika Dunin**.


Teraz pytanie zasadnicze, czy tymi nowymi eksperymentami i próbami znalezienia łatwiejszej, łagodniejszej drogi przejmuję się w jakikolwiek sposób, czy martwi mnie to albo niepokoi? Odpowiedź brzmi – nie, w najmniejszym nawet stopniu. Jasne, ktoś tam wróci do picia, rozleci się jakaś grupa (jeśli będzie potrzeba, to w jej miejsce powstanie nowa), ale wiem już przecież, że tego typu zdarzenia nie są w stanie poważnie zaszkodzić Wspólnocie AA. Co więcej, z każdego takiego wirażu wychodzić będziemy silniejsi, z obolałym tyłkiem, ale bogatsi o nowe doświadczenia, a więc… dobrze idzie! :-)




--
* „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji”, wyd. Fundacja BSK, 2006, s. 39-40.

niedziela, 12 czerwca 2016

Jestem więc antyhumanistą!

Na stronie Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA) znalazłem dokumenty dotyczące programu ograniczania picia, zwanego czasem w środowiskach niepijących alkoholików terapią redukcji szkód albo po prostu nauką kontrolowanego picia*. Stosunkowo nowe „Zalecenia do tworzenia i realizowania programów ograniczania picia alkoholu w placówkach leczenia uzależnień”, datowane na  8 czerwca 2016, wywołują moje i zapewne nie tylko moje… hm… mieszane uczucia.

Z jednej strony mógłbym powiedzieć, że guzik mnie to wszystko obchodzi, do picia wracać nie planuję, więc na terapię odwykową nie wybieram się. Tyle, że na tym najpiękniejszym ze światów nie jestem jedynym alkoholikiem, więc nie tylko o mnie, nie tylko o moje życie i zdrowie tu chodzi.

Do momentu odkrycia tego dokumentu wydawało mi się, że nauka kontrolowanego picia w placówkach leczenia odwykowego dotyczyć będzie osób nadmiernie pijących albo pijących ryzykownie i szkodliwie, ale… nie alkoholików. Okazuje się, że nie miałem racji – zgodnie z wymienionym wyżej dokumentem, terapii, polegającej na nauce kontrolowanego picia, poddawani mają być także alkoholicy.
Dlaczego tak mi się wydawało? Ze swojej terapii pamiętam zbiór osiowych objawów alkoholizmu (tak się to chyba nazywało), których było bodajże osiem, a najważniejszy dotyczył bezsilności osoby uzależnionej wobec alkoholu, czyli definitywnej utraty kontroli nad piciem. Polegało to, i moim zdaniem polega nadal,  na niemożności decydowania o ilości wypijanego alkoholu oraz momentu rozpoczęcia picia. W tym momencie pojawia się fundamentalne pytanie: To jak to, alkoholicy nie są już bezsilni wobec alkoholu, mogą nauczyć się kontrolować czas picia i ilość wypijanego alkoholu?
W trakcie trwającej około trzydzieści miesięcy psychoterapii odwykowej specjaliści powtarzali mi (i innym pacjentom) setki razy, że w przypadku alkoholizmu nie ma absolutnie żadnej możliwości powrotu do kontrolowanego picia (z kiszonego ogórka nie zrobi się na powrót świeżego itp.) – czyżby mnie i dziesiątki tysięcy chorych permanentnie oszukiwano?

Inny jeszcze aspekt podsunął kolega, pytając przekornie, czy i dla nas, alkoholików z kilku-kilkunastoletnią abstynencją placówki odwykowe te miałby jakąś ofertę. A tak! Jestem alkoholikiem, a więc to też moja placówka/poradnia. Może jednak chciałbym wrócić do normalnego, niedestrukcyjnego picia i w związku z tym zgłosić się do nich z żądaniem, by mnie tego nauczyli… Skoro potrafią innych alkoholików, to czemu nie mnie?

Mój dziadek, pokazując na swoją dłoń mówił, że tu mu kaktus urośnie, jak ludzie polecą w kosmos. Polecieli. W kosmos i na Księżyc, i na Marsa… polecą też do innych galaktyk. Mamy komputery i internet, sztuczna inteligencja ma się coraz lepiej, inteligentne domy i samochody rozwijają się dynamicznie; lada moment żyć będziemy mogli w wirtualnej rzeczywistości nie z pomocą specjalnych okularów, ale chipa w mózgu. Czego jeszcze nam trzeba? Nie wiem, odpowiedzą na to pewnie specjaliści od marketingu, bo ja zauważam tylko, czego wielu ludzi już najwyraźniej zupełnie nie potrzebuje. Tak, chodzi mi o Boga.

Zgodnie ze Słownikiem Języka Polskiego PWN** humanizm to postawa moralna i intelektualna zakładająca, że człowiek jest najwyższą wartością i źródłem wszelkich innych wartości. W takim razie uprzejmie informuję, że jestem… antyhumanistą. Tak, bo ja jednak jakoś nie wierzę w całkowitą niezależność człowieka od Boga, w tą upragnioną ludzką samowystarczalność i nadrzędność.
Choć i ja mam w kieszeni wypasionego smartfona…









--