czwartek, 3 sierpnia 2017

Notatki sponsora (odc. 085)

Jakoś tak się złożyło, że trafiłem przypadkiem na stronę internetową, opisującą cechy charakterystyczne sekty. Było tam o wierze członków w jeden cel sekty, o wyraźnie i jednoznacznie uregulowanym spisie pryncypiów i zasad, których wszyscy członkowie powinni przestrzegać, o psychicznych naciskach na wolę członka sekty, by postępował zgodnie z obyczajami i nakazami grupy i wiele innych. Zainteresował mnie jednak punkt dotyczący komunikacji: [w sekcie] posługują się dwuznacznym językiem (ang. „Double - Talk”), co oznacza specyficzne słownictwo, w którym poszczególne słowa co innego oznaczają publicznie, a co innego w wewnętrznym użytku członków sekty.

Kilka lat temu napisałem tekst dla jednego z AA-owskich biuletynów. Redaktor tegoż periodyku odpisał mi grzecznie, że tekstu nie wykorzystają, bo nie opiera się on na moich doświadczeniach. Zamurowało mnie, przyznaję, bo – moim skromnym zdaniem – artykuł oparty był w stu procentach na moich doświadczeniach. Jako, że byłem już wówczas trzeźwy, nie marnowałem czasu na dociekanie, czy człowiek, z którym koresponduję był pod wpływem alkoholu albo czy może mnie nie lubi. Starałem się zrozumieć, skąd się wzięła taka różnica poglądów i czy rzeczywiście „doświadczenie” rozumiemy tak samo. Jak łatwo się domyślić, okazało się, że nie.

Według nowego Słownika Języka Polskiego* doświadczenie to przede wszystkim (bo są i inne znaczenia, na przykład fizyczne albo chemiczne): «ogół wiadomości i umiejętności zdobytych na podstawie obserwacji i własnych przeżyć». Nietrudno zauważyć, że w naszym języku terapeutyczno-aowskim „doświadczanie” oznacza tylko i wyłącznie osobiste przeżycie.

Rodzi to dziwne dość sytuacje. Na przykład: nigdy nie napiłem się z powodu trzymania alkoholu w domu. Na mityngach sporo usłyszałem o przypadkach picia wynikającego z lekceważenia reguły nieprzechowywania w domu napojów wyskokowych. Skoro usłyszałem czyjeś doświadczenia, to mogę z nich skorzystać, ale… nie wolno mi ich przekazywać dalej, bo to (picie z powodu alkoholu w domu) nie jest już moim osobistym przeżyciem (w AA-owskiej mowie „doświadczeniem”). Ja tylko wiem ze słyszenia, że to się może źle skończyć, ale sam tego nie przeżyłem, więc… gęba na kłódkę. Czy tak? Czy naprawdę powinniśmy unikać i ograniczać możliwość uczenia się na cudzych błędach? Czy to naprawdę nam służy?

Jeżeli, w interesie słuchaczy, powtórzę zasłyszane podczas mityngu sugestie, wskazówki, rady, jednak niewynikające z moich osobistych przeżyć, to zostanę oskarżony o teoretyzowanie, czyli o jedno ze strasznych wykroczeń, jakie mogą się pojawić podczas zajęć grupowych psychoterapii odwykowej, przeniesione, nie wiedzieć, po co, do Wspólnoty AA w Polsce.

Oczywiście dziwacznie używany i rozumiany termin „doświadczenie” to nie jest jedyny przykład „podwójnej mowy”, bo jest ich wiele, niestety, i stale przybywa.

Służebny. Dziewka służebna i chłopak łaziebny to w XIV-XVI wieku, w zajazdach, karczmach, zamkach, osoby pomocne przy sprzątaniu, ale przede wszystkim… hm… realizujące potrzeby seksualne gości, służące vaginą albo odbytem.

Akredytacja. Po polsku oznacza przedstawienie dokumentów uwierzytelniających przez dyplomatę (konsula, ambasadora) rządowi albo innej oficjalnej władzy obcego kraju. W AA-owskiej mowie oznacza to bilet wstępu na jakieś wydarzenie, koszt uczestnictwa w jakimś AA-owskim (tylko!) przedsięwzięciu. 

Zadziało się. Po polsku po prostu: zgubiło się, zapodziało. W AA-owskiej udziwnionej mowie: wydarzyło się.

Czy tego typu dziwolągi tworzy ktoś z premedytacją, niecnie knując, jak by tu Wspólnotę AA przekształcić w sektę? Ależ skądże! Większość wynika z częstych dość niedostatków elementarnego, podstawowego wykształcenia, a później… coś takiego słyszą nowicjusze i ochoczo i z zapałem uczą się tego i powtarzają, pragnąc jak najszybciej stać się prawdziwymi , doświadczonymi AA-owcami.

Wydaje mi się, że od samego początku, Wspólnota Anonimowych Alkoholików musiała i musi balansować, utrzymywać równowagę między próbami stworzenia organizacji, regulowanej jakimiś przepisami, normami, zasadami, a ciągotami o charakterze sekciarskim. Jedno i drugie – niestety! – ma pewne plusy, wydaje się czasem pociągające, jednak na dłuższą metę jest szalenie niebezpieczne.

Jaki cel i sens ma „odgórne” ustalanie (w Poradniku dla służb AA w Polsce), że alkoholik w AA może nazywać się weteranem po określonej liczbie lat abstynencji? Czy naprawdę służy nam samym oraz nowicjuszom powtarzanie, że „kto odchodzi od AA – ginie”? Pierwsze to próba wprowadzenia norm i przepisów, drugie to typowe sekciarstwo – zastraszanie, że odejście od nas źle się skończy.

Trzeźwienie, to powrót do normalności albo nauka normalności, jeśli ktoś nie ma do czego wracać, a trzeźwość to normalność. Tajemny, udziwniony język nie jest, niestety, elementem normalności. Może warto poświęcić temu trochę uwagi i nie powtarzać bezmyślnie jakichś udziwnień. Dla naszego wspólnego dobra oraz dobra tych, którzy do AA mogliby kiedyś trafić.




-- 

wtorek, 25 lipca 2017

Notatki sponsora (odc. 084)

Jakoś tak się złożyło, że w ostatnim czasie kilka razy wpadło mi w ucho pojęcie „grupa samopomocowa” na określenie grupy Anonimowych Alkoholików. Żadna nowość, ale tym razem – pewnie miałem za dużo czasu – zacząłem się zastanawiać, czy grupy AA są grupami samopomocowymi.

Fakt, że grupy AA w Polsce dzielą się na „programowe” i… hm… „staropolskie”, nie ulega już chyba wątpliwości, więc na początek te w starym stylu.

Czy staropolskie grupy AA są grupami samopomocowymi? Moim zdaniem – raczej nie. Nie da się pomóc drugiej osobie, jeśli z założenia  nie wolno udzielić jej żadnej rady, zaproponować żadnego rozwiązania, bo rzekomo w AA nie udziela się rad – oczywiście jest to  absurdalny polski wymysł. Niby wolno opowiedzieć o swoim przeżyciu, ale… jakie to ma znaczenie dla kogoś innego? Jeśli nawet sytuacja jest podobna, bo przecież nigdy nie identyczna, na przykład: w domu często dochodzi do awantur z żoną na temat pieniędzy i problem polega na tym, że nie umiemy przestać się chandryczyć, to rozwiązanie, jakie zastosował inny człowiek (z powodzeniem albo i bez) nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Jego rodzina żyje w innych warunkach niż moja, w innym mieszkaniu, inaczej wyposażonym, mamy inną liczbę dzieci, w różnym wieku, mamy bardzo różne doświadczenia życiowe, temperament i przekonania, różnie zarabiamy, mamy różnych krewnych o bardzo różnych możliwościach, wreszcie ja to nie on, a moja żona nie jest identyczna z jego żoną.
Z ciekawości i życzliwości mogę posłuchać, co on zrobił, ale nadal nie wiem, co mam zrobić ja. Jeśli nawet zrobię dokładnie to samo, co jemu rozwiązało problem, to nie ma żadnej gwarancji, że podobne efekty przyniesie to w moim domu – z powodów różnic, jakie wymieniłem oraz tysięcy innych.

Grupa AA mogłaby być grupą samopomocową, gdyby rozumieć to jako pomaganie samemu sobie. Coś w tym jest. Wprawdzie guzik mnie obchodzą inni ludzie, ale przychodzę na mityng po to, żeby pomóc samemu sobie, coś z siebie wyrzucić, od czegoś siebie samego uwolnić, naładować akumulatory, oczywiście też sobie, bo przecież nie innym, lepiej się poczuć, poprawić sobie nastrój itd.

Czy programowe grupy AA są samopomocowe? Oczywiście – nie. Problemu alkoholika nie rozwiązuje mityng, sponsor, służba, wspólnota, literatura, program. Problem alkoholika rozwiązuje Bóg. A więc z samopomocy znowu nici, bo, jak chce definicja z Wikipedii, samopomoc to pomoc wzajemna, udzielana we własnym zakresie.

Niewątpliwie samopomocowe są lub mogą być kluby abstynenta i grupy wsparcia, ale Wspólnota AA to chyba jednak inna bajka.


Ot, takie tam rozważania bez większego znaczenia…

wtorek, 9 maja 2017

Alkoholicy i byli alkoholicy

Oczywiście temat wyzdrowienia z alkoholizmu poruszany był już wiele razy (a który nie był?), ale to charakterystyczne dla Wspólnoty AA, że po jakimś czasie wracają w naszym środowisku zagadnienia i problemy – wydawałoby się – raz już załatwione, omówione i zamknięte. Może to kogoś zaskoczyć, ale nie uważam, żeby było w tym coś wyjątkowo szkodliwego.

Muszę też przyznać, że wielokrotnie byłem przykładem członka AA, zadowolonego z siebie, a jednak skostniałego. Wiedziałem, że Wspólnota AA powinna być ciągle giętka, gotowa do niewielkich zmian w swoich strukturach, zdolna zaspokoić indywidualne potrzeby nowo przybyłych alkoholików. Wiedziałem, że nasze oklepane frazesy, jak stać się trzeźwym, muszą być każdego dnia odświeżane, a nie napuszone, gdyż każdy dzień jest nowy i inny. Ale zamiast robić to, działałem jak przestraszony osioł, który nie chce iść przez nowy stalowy most, gdyż nie jest on podobny do starego, koślawego*.

Wszystkie wielkie (i całkiem małe) odkrycia i wynalazki, nowe koncepcje i rozwiązania, powstają w głowach ludzi, którzy właśnie nie zgadzają się z czymś powszechnie znanym i uznanym za jedynie słuszne. Co nie znaczy, że każda negacja status quo ma sens. A ja wracam do tematu, bo tych byłych alkoholików spotkałem wreszcie osobiście, miałem więc okazję spędzić z nimi trochę czasu, porozmawiać, poobserwować (ich i innych). Dotąd takie przekonania i postawy znane mi były tylko ze słyszenia i działy się bardzo daleko od mojego miasta.

Do rzeczy – byli alkoholicy twierdzą, że dzięki Programowi AA całkowicie wyzdrowieli z alkoholizmu, a więc nie są alkoholikami, lecz byli alkoholikami. Tak też przedstawiają się na mityngach AA: mam na imię… byłem alkoholikiem. Twierdzą też, że są absolutnie pewni, że nie napiją się już nigdy w życiu. Dowiedziałem się również, że w mityngach AA uczestniczą już nie dla siebie, bo im to przecież niepotrzebne, ale po to, by nieść posłanie uzależnionym: można całkowicie wyzdrowieć z alkoholizmu. Wygląda na to, że wcześniej spotykali się często z napastliwą i wrogą krytyką, bo choć tym razem nie słyszałem, żeby ktokolwiek ich atakował, to jakby na zapas, udowadniali swoje prawo do uczestnictwa w spotkaniach AA Trzecią Tradycją Wspólnoty.

Mnie w całej tej sprawie zainteresowały dwa aspekty:
1. Możliwość całkowitego (ważne!) wyzdrowienia z alkoholizmu.
2. Reakcja alkoholików na byłych alkoholików we Wspólnocie AA.


Ad. 1
Od swojego pierwszego mityngu do dziś słyszę, że alkoholizm jest chorobą ciała, duszy i umysłu, dodałbym też, że chorobą społeczną. Doktor Robert Smith, współzałożyciel AA, uważał alkoholizm za połączenie obsesji umysłowej z alergią na alkohol. Uważam, że dzięki Programowi AA uzdrowiona może zostać sfera duchowa alkoholika, psychiczna (umysłowa), a nawet – dzięki właściwej realizacji Kroków 8-9, do pewnego stopnia także społeczna. Jednak jeśli chodzi o ciało, organizm, metabolizm, to… klapa.
Alkoholicy Joe McQ. i Charlie P., ci od „Joe & Charlie Big Book Study”, ujęli to w sposób następujący (przekład nieoficjalny):
Po jego wypiciu, wprowadzeniu go do organizmu, zostaje rozpoznany przez umysł i ciało, rozpoczyna się produkcja enzymów, które zaczynają atakować alkohol i metabolizować, rozkładać go. W pierwszym etapie rozkładają go do substancji zwanej aldehydem octowym; po pewnym czasie powstaje z niego aceton, w ostatniej fazie zostaje rozłożony na prosty węglowodan, który ostatecznie rozpadnie się na wodę, cukier i dwutlenek węgla. Teraz organizm może przyswoić cukier. Cukier posiada kalorie, dostarcza energii, którą twoje ciało może wykorzystać. Organizm ją wykorzysta, a resztę przechowa w postaci tłuszczu. Woda będzie wydalona przez układ moczowy oraz jelita, dwutlenek węgla – przez płuca.
[…]
 Kiedy my, alkoholicy, wypijamy kieliszek, rozpoczyna się ten sam proces. Umysł i ciało rozpoznają, co spożyłeś. Rozpoczyna się produkcja enzymów, które atakują alkohol i rozkładają go w pierwszej kolejności do aldehydu octowego; następnie do kwasu dioctowego; po pewnym czasie do acetonu. W tym momencie wygląda na to, że w ciele alkoholika enzymy potrzebne do dalszego rozkładu acetonu do węglowodanów prostych nie są obecne w niezbędnej ilości i jakości, jak to ma miejsce w ciele niealkoholika. Rozkład zachodzi wolniej. 
To w tym momencie i dlatego właśnie rodzi się głód alkoholowy, nieodparta potrzeba picia coraz więcej.

Na zmienioną biochemię komórki, na tą odmienną, niż u ludzi zdrowych, metabolizację etanolu, medycyna na jak dotąd rozwiązań nie ma. Nie dokonują też tego Anonimowi Alkoholicy, taką mocą nie dysponują. Organizm alkoholika niewątpliwie może zmienić Bóg. Czy jednak zrobił to w przypadku byłych alkoholików? Ja tam nie wiem…

Wyobraźmy sobie taką rozmowę:
- Twierdzisz, że całkowicie wyzdrowiałeś z alkoholizmu, ale widzisz, u nas na mityngach często słyszy się słowa „pokaż mi to, do czego mnie przekonujesz”. Bo sam wiesz, że gadać na mityngach można różne rzeczy, ale wykazać, że dzieją się one naprawdę, w codziennym życiu, bywa czasem trudniej.

- Mam się napić, żeby ci to udowodnić? Nie napiję się już nigdy w życiu, nie jest mi to potrzebne.

- Rozumiem i wierzę, że nie jest potrzebne tobie, ale może czas przestać zajmować się tylko sobą, więc zrób to dla mnie, przekonaj mnie, pomóż mi uwierzyć. Jeśli kilka razy wypijesz po 1-2 setki i głód alkoholowy nie wystąpi, to ja natychmiast poproszę cię o sponsorowanie i nauczenie mnie, czy pokazanie, jak mam taki sam efekt osiągnąć.

- Nie napiję się! Wyzdrowiałem z alkoholizmu, a ludzie zdrowi na umyśle nie robią czegoś, co im szkodzi.

- Zaraz, zaraz… Twierdziłeś wcześniej, że całkowicie wyzdrowiałeś z alkoholizmu. Ludziom zdrowym alkohol w niewielkich dawkach nie szkodzi, więc czego się boisz?


Mógłbym tę hipotetyczną rozmowę ciągnąć dalej, na przykład dopytując, skąd mój rozmówca wie z taką pewnością, że wyzdrowiał całkowicie, czyli, że jego organizm inaczej niż poprzednio metabolizuje alkohol. Czy robił w tym celu jakieś specjalistyczne badania? Ale nie w tym rzecz przecież, żeby walczyć ze sobą, udowadniając sobie jakieś racje.


Ad. 2
Zauważyłem, że w przeterapeutyzowanym środowisku Anonimowych Alkoholików w Polsce, reakcja na przekonania i postawy byłych alkoholików jest… niezbyt przyjazna, a czasem nawet zwyczajnie wroga. Czerwone, wykrzywione złością twarze, drwiny, kpiny, złośliwości. Co się dzieje? O co chodzi? Dlaczego tak wielu alkoholikom tak bardzo przeszkadza, że ktoś tam uważa i wierzy, że całkowicie wyzdrowiał z alkoholizmu?
Zapytałem i usłyszałem w odpowiedzi, że chodzi o dobro nowicjuszy. Tak, z dobrem nowicjuszy w AA w Polsce nie dyskutuje się, to zawsze jest świetny argument, ale… mnie jakoś zupełnie nie przekonał.

W „Jak to widzi Bill” (s. 105) czytamy: Nasze główne zadanie wobec nowicjusza polega na umiejętnym zapoznaniu go z Programem. W pełni się z tym zgadzam, ale najpierw trzeba tego nowicjusza sprowadzić na mityng i we Wspólnocie zatrzymać. A w takim razie, które podejście będzie bardziej skuteczne, lepiej sprawdzi się w praktyce, czy terapeutyczne: alkoholizm jest nieuleczalny, będziesz trzeźwiał do końca życia zmagając się z głodami i nawrotami, ale nigdy nie wytrzeźwiejesz? Czy jednak obietnica byłego alkoholika, zgodnie z którą, dzięki pracy na Programie ze sponsorem, można całkowicie wyzdrowieć z alkoholizmu?
Ostatecznie tymi nowicjuszami aż tak bym się nie przejmował. Jeśli trafią do AA i realnie wytrzeźwieją pracując ze sponsorem na Programie, to też z czasem znajdą swoją prawdę na temat możliwości całkowitego wyzdrowienia.

Dawno, dawno temu i ja nie potrafiłbym słuchać spokojnie teorii o możliwości całkowitego wyzdrowienia z alkoholizmu. Moja złość wynikałaby oczywiście ze strachu, że ktoś, swoimi poglądami i przekonaniami, coś mi odbiera, czegoś próbuje mnie pozbawić. Ale… czego? Ze sporym wysiłkiem i długo budowałem system przekonań, który – jak sądzę – dobrze mi służy (nie piję i nieźle mi się żyje), a tu przychodzi ktoś i kwestionuje moje podstawowe założenia, odbiera mi spokój.

Ludzie są bardzo przywiązani do swoich przekonań. Nie dążą do poznania prawdy, chcą tylko pewnej formy równowagi i potrafią zbudować sobie w miarę spójny świat na swoich przekonaniach. To daje im poczucie bezpieczeństwa, więc podświadomie trzymają się tego, w co uwierzyli**.

Czasami wydaje się nam, że strach powinien być traktowany jak kradzież. Powoduje on chyba więcej nieszczęść***.

Jednak najważniejsze wydaje mi się to, by przy mityngowych stołach zawsze było miejsce dla tych, którzy pragną rozwiązać nasz wspólny problem i pomagać innym w wyzdrowieniu z alkoholizmu, dla tych, których celem jest trwać w trzeźwości i pomagać innym alkoholikom w jej osiągnięciu.






--
* „Grapevine”, marzec 1964, artykuł (przedrukowany w „Mityngu”) „Czy coś złego dzieje się ze Wspólnotą AA?”.
** Laurent Gounelle, „O człowieku, który chciał być szczęśliwy”, s. 49.
*** WK, wyd. II, str. 58.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Notatki sponsora (odc. 083)

Dzięki zaproszeniu przez dwie warszawskie grupy (Nowy świat” i „12 Kwadrat”) kilka dni temu, miałem okazję wybrać się do stolicy i, po latach przerwy, spotkać się osobiście z moim sponsorem. W głównej mierze to spotkanie, ale również  warsztaty, w których uczestniczyłem, skłoniły mnie (nie pierwszy raz zresztą) do rozważań na temat form, metod i sposobów komunikacji sponsorów z podopiecznymi.

Czym różnią się, jeśli w ogóle czymkolwiek się różnią, takie oto dwa komunikaty?
1. Przeczytaj rozdział pierwszy WK i w środę o tym porozmawiamy.
2. Uważam, że warto przeczytać pierwszy rozdział Wielkiej Księgi.

Pierwszy z nich to polecenie. Jasne, możemy je nazwać sugestią albo radą sponsora, ale to jednak jest po prostu polecenie i to z wyraźnie określonym terminem realizacji. Czy w tak sformułowanym zdaniu jest cokolwiek niewłaściwego? Czy jest ono niegrzeczne? Oczywiście, że nie. To zwyczajny, prosty przekaz.

Drugi komunikat to… nawet nie propozycja, to tak bardzo delikatnie sformułowana podpowiedź, że – przy odrobinie złej woli – można by ją nawet zupełnie przeoczyć oraz zignorować. On (ktoś) uważa, że coś tam warto – no i dobrze, ale co mnie to obchodzi?

Ta druga forma była typowa dla mojego sponsora. Jeśli nawet coś takiego miało miejsce, to ja nie pamiętam, żeby kiedykolwiek coś mi bezpośrednio kazał. Na przykład praca „na Tradycjach”. Nie powiedział mi, że mam miesiąc czasu na opracowanie każdej z nich, nie, stwierdził patrząc na mnie pytająco – że miesiąc chyba powinien wystarczyć. Zostawiał w ten sposób kwestię, do pewnego stopnia, otwartą. Nie wiem, co by było, gdybym miał inny pomysł, inną propozycję. Wtedy nie miałem.

Z pierwszymi swoimi podopiecznymi próbowałem komunikować się tak samo. Efekt był wątpliwy. Albo współpraca rozciągała nam się na kilkadziesiąt miesięcy, albo (i tak było częściej) w ogóle nic z niej nie wychodziło. Różne miałem pomysły na taką okoliczność. A to, że ja jestem wyjątkowym alkoholikiem i tylko ze mną mój sponsor może się w taki nieautorytarny* sposób porozumiewać, a to, że trafiam na jakichś mało rozgarniętych alkoholików, a może oni złośliwie nie chcą słuchać, co do nich mówię?

Pomysł, który jako ostatni przyszedł mi do głowy, i który znalazł potwierdzenie podczas naszego osobistego spotkania kilka dni temu, okazał się najmniej dla mnie przyjemny: mój sponsor w taki właśnie sposób nadal porozumiewa się z innymi swoimi podopiecznymi, po prostu – on to potrafi, a ja nie. Chciałbym mieć nadzieję, że jeszcze nie, że może już niedługo także i ja…

Podczas spotkania obserwowałem również z przyjemnością w tej Warszawie moje dwie koleżanki, które świetnie się bawiły, prawiąc sobie przeróżne złośliwości oraz wytykając pół żartem, pół serio to i owo. Nawet nie próbowałem w tej konwencji do zabawy się przyłączać – taki eksperyment mam już za sobą. Starałem się czynnie do podobnej gry towarzyskiej włączyć podczas warsztatów w Woźniakowie z rok albo dwa temu. Wyszło mi beznadziejnie. To, co w wykonaniu innych było lekką żartobliwą paplaniną, w moim wydaniu było ciężkawe, nieśmieszne i ocierało się o niegrzeczność.

Tak więc może nigdy nie będę się komunikował z podopiecznymi w taki sposób, jak to robi mój sponsor, i może w ogóle nie powinienem się starać, żeby się tego za wszelką cenę nauczyć. Może określone zachowania, postawy, formy i sposoby porozumiewania się, po prostu są tak dalece nie moje, że czas przestać się przy nich upierać, nawet jeśli tak bardzo podobają się u kogoś innego, i tak bardzo chciałbym je naśladować…







--
* Autorytarny: narzucający swoją wolę albo opinię, wymuszający posłuszeństwo.

niedziela, 19 marca 2017

Notatki sponsora (odc. 082)

Scenariusz jest to tekst stanowiący podstawę filmu lub teatralnego spektaklu albo szczegółowo przygotowany program jakiejś imprezy, wydarzenia, spotkania, ceremonii.

Kiedy trafiłem na mityngi AA, przez rok, a może dwa albo nawet trzy, wydawało mi się, że scenariusz mityngu jest najważniejszym dokumentem we Wspólnocie. Domyślałem się, że zawiera go tajemnicza Wielka Księga, której nie widziałem na oczy bardzo długo, bo przed prowadzącym leżały tylko „24 godziny” (trzytomowe wydanie Duszpasterstwa Trzeźwości w Opolu), kartka z Krokami i Tradycjami i właśnie scenariusz. Przekonany też byłem, że identyczny scenariusz obowiązuje (właśnie tak - obowiązuje!) wszędzie na świecie, na każdym mityngu AA.

Z czasem jakoś dotarło do nas (mam na myśli grupy, z którymi czuję się związany), że scenariusz nie jest świętym tekstem Anonimowych Alkoholików, że każda grupa może sobie wymyślić w zasadzie dowolny, byle nie naruszał Tradycji AA, zaczynaliśmy też poznawać te Tradycje, więc najpierw zrezygnowaliśmy z przyjmowania nowicjuszy do AA, a z czasem z umieszczania w nim jakichś nakazów i zakazów, które wprawdzie ze Wspólnotą nie mają kompletnie nic wspólnego, ale za to obowiązują podczas zajęć grupowych psychoterapii odwykowej. Obawy, że na mityngach zapanuje chaos, okazały się zupełnie nieuzasadnione. Ostatecznie ludzie dorośli i trzeźwi potrafią i mogą brać na siebie odpowiedzialność za swoje zachowanie. Dyscyplinować trzeba dzieci i pijanych.

Znów minęły lata, więc może już czas zastanowić się, czy nam w ogóle potrzebny jest jakikolwiek scenariusz spotkania, podczas którego mamy dzielić się doświadczeniem, siłą i nadzieją, że możemy rozwiązać nasz wspólny problem (czy nie tak właśnie powinno być w naszej Preambule?). Czy, żeby spotkać się i pogadać o tym, jak trwać w trzeźwości i pomagać innym ją osiągnąć, naprawdę potrzebujemy szczegółowo przygotowanego scenariusza, jak gdyby zwyczajny mityng AA był jakimś obrzędem lub ceremonią? Czy nie mieliśmy – zgodnie z sugestią doktora Boba – zachować to w prostocie? Czyżby ktokolwiek wierzył, że pierwszą sprawą, jaką zajęli się Bill i Bob, było opracowanie szczegółowo przygotowanego programu spotkań? Przecież żadnych scenariuszy nie było w AA przez lata!

Podrzuciłem ten pomysł do rozważenia dwóm grupom. Ktoś zapytał: po co rezygnować ze scenariusza? A choćby po to, żeby nie marnować czasu na odczytywanie zawartych w nim tekstów oraz po to, by coraz lepiej uczyć się odpowiedzialności.
Ktoś inny zastanawiał się: jak sobie poradzą z prowadzeniem mityngu nowi członkowie Wspólnoty? A czy nie powinniśmy powierzać służby najlepszym, najodpowiedniejszym do konkretnego zadania osobom? Alkoholicy z krótkim stażem i doświadczeniem we Wspólnocie chyba nie są w stanie zapewnić kilkudziesięcioosobowej grupie poczucia bezpieczeństwa, a tym samym nie są najlepszymi kandydatami na prowadzących. Poza tym mityngi AA nie służą przeprowadzaniu szkoleń, ale o tym już pisałem. O Jedenastej Koncepcji też już było.
I wreszcie: co ty znowu wymyślasz? Nie, to nie ja – rozwiązanie to pochodzi z zagranicy. 

Ostatecznie – nie wiem, czy to dobry pomysł, nie wiem, czy do niego dorośliśmy, nie wiem, czy cokolwiek z niego wyniknie. Wolałbym tylko, żeby przy podejmowaniu decyzji (takich lub innych) nie blokował nas strach.