sobota, 17 marca 2007

Branżowy dialekt alkoholików

Nie dalej jak kilka dni temu miałem okazję rozmawiać z ludźmi z rozmaitych stron Polski. Może właśnie dlatego słuchałem ich uważniej niż swoich znajomych z mityngów. W każdym razie przy okazji tego słuchania przypomniał mi się temat „Trzeźwość, a normalność” i wpadło mi do głowy, że my (alkoholicy) często wcale nie pragniemy tej normalności – nawet język tworzymy jakiś swój własny, dziwaczny, niezbyt normalny i na pewno z trudem rozumiany przez zwykłych ludzi.


Patetyczny i udziwniony język trzeźwiejących alkoholików

1. Zadziało się – w normalnej polszczyźnie oznacza, że coś się zgubiło, zapodziało. W polszczyźnie alkoholowej określamy tym mianem coś, co się stało, wydarzyło kiedyś, działo w bliższej lub dalszej przeszłości. Od niedawna rejestruję jeszcze inną odmianę: zadzieje się, czyli coś określającego zdarzenia z przeszłości teraz także opisuje przewidywaną przyszłość.
 
2. Służebny, służebni – wyrażenie staropolskie i dopuszczalne tylko w takim kontekście (np. dziewka służebna). We współczesnej poprawnej polszczyźnie traktowane jako błąd, gdyż obecnie słowo „służebny” nie występuje już w formie osobowej. Człowiek może ewentualnie pełnić rolę służebną, a więc to rola jest służebna, a nie osoba. No cóż... mnie też duma i pycha dość długo nie pozwalała mówić o sobie „sługa” czy „służący”, ale tak chyba właśnie jest poprawnie zważywszy na cytat: „...są tylko zaufanymi sługami, oni nie rządzą”.
 
3. Chcę się podzielić – w normalnym znaczeniu chodzi o ofiarowanie komuś, za jego zgodą oczywiście, części tego, co sami posiadamy, na przykład jabłka, wygranej, ale także doświadczenia, czy przeżycia. Zwracam jednak uwagę na niezbędność zgody osoby, lub osób, z którymi chcę się dzielić. Na mityngach zgoda ta nie jest ani wymagana, ani potrzebna. Uczestnikowi wolno obrzucić innych szambem swoich żalów, pretensji i uraz do całego świata w związku z zatkanym zlewem, niegrzeczną urzędniczką, zdradzającą żoną, paskudnym szefem itd.
 
4. Kroczenie – szczególnie dostojna i majestatyczna odmiana chodu. „Król kroczył dostojnie na czele orszaku”. Obecnie alkoholicy rzadko chodzą, a już prawie w ogóle ulicami. Alkoholicy właśnie kroczą. I to koniecznie ścieżkami („ścieżka, którą kroczę...”).
 
5. Mam prawo, masz prawo – oczywiście nie ma to nic wspólnego z jakąkolwiek normą prawną. Oznacza w praktyce, że mogę zrobić, czuć lub powiedzieć coś, co się mojemu rozmówcy nie podoba, jednak nie na tyle, żeby mógł z tym cokolwiek zrobić. Rzecz jasna żaden alkoholik nie może mi tak naprawdę przydzielać, albo odbierać jakichkolwiek praw.
 
6. Wkradły się uczucia – normalny Polak: jestem wściekły! Polak alkoholik: wkradło mi się uczucie złości. Oczywiście jeśli coś mi się wkradło, to ja nie całkiem ponoszę za to odpowiedzialność – po co się wkradało?
 
7. Towarzyszyło mi uczucie – podobne do poprzedniego. To nie ja jestem wkurzony, to uczucie złości idzie gdzieś obok mnie i robi różne rzeczy, za które ja przecież nie mogę odpowiadać. Znowu uczucie ma jakiś dziwny związek z alkoholikiem.
 
8. Stawać w prawdzie – po polsku stanąć, to sobie można w drzwiach. Dziwoląg językowy pierwszego gatunku, który oznacza po prostu wyznanie, czy powiedzenie prawdy.
 
9. Na teraz (albo na tu i teraz) – kolejna bombastyczna odmiana prostego stwierdzenia. Normalnie: teraz jestem wściekły. Alkoholowo: na tu i teraz towarzyszy mi uczucie złości. Czyżby było jakieś „na tam”?
 
10. Cieszę się, że tu (na mityng AA) dotarłem – wielu alkoholików nie chodzi i nie jeździ na mityngi, ale na nie „dociera”. No, tak… To przecież taki ogromny wysiłek i wyrzeczenie…
 
 
 
Oczywiście to tylko przykłady. Takich „kwiatków” jest o wiele więcej. Przesadzam? Nie sądzę…
Ireneusz Kaczmarczyk, socjolog, doktor nauk humanistycznych, po badaniach Wspólnoty AA i po setkach rozmów z Anonimowymi Alkoholikami w swojej książce “Wspólnota Anonimowych Alkoholików w Polsce” (strona 97) pisał: „We wszystkich rozmowach starałem się pozostawać w obszarze pojęć zapożyczonych przez badanych z ich środowiska. Jest to język specyficzny, właściwy wyłącznie dla Anonimowych Alkoholików, osób pozostających w programie terapeutycznym. Ten sposób prowadzenia narracji wydawał mi się jedynym umożliwiającym uchwycenie procesu zmian, a w szczególności zdarzeń i zachowań, które mogły na takie zmiany wskazywać”.





Dużo, dużo więcej w moich książkach. 



sobota, 17 lutego 2007

Czym jest „moja” grupa AA?

W przerwie mityngu podszedł do mnie nowicjusz i poprosił, żeby mu wyjaśnić, co oznacza określenie „moja grupa AA”. Zerknąłem na zegarek, chciałem jeszcze zrobić sobie coś do picia. Kiedy okazało się, że do końca przerwy pozostało jeszcze 7 minut, uspokoiłem się - byłem pewien, że w tym czasie i herbatę i odpowiedź zmieszczę śpiewająco. Nie udało się. Herbaty nie zrobiłem, a po mityngu rozmawialiśmy jeszcze półtorej godziny.


Co oznacza określenie "moja grupa AA"?

Część AA-owców, zwłaszcza „starszych” uważa, że „moja” powinna być ta grupa, na którą trafiłem po raz pierwszy i na której przyjęto mnie do AA zadając sakramentalne dwa pytania. Tu natychmiast rodziły się moje wątpliwości. Ja sam na swoim pierwszym mityngu nie podniosłem ręki i nie przyznałem się, że jestem pierwszy raz. Wstydziłem się, nie chciałem uchodzić za nowicjusza, co w moim rozumieniu oznaczało wtedy kogoś gorszego. Dzięki opowieściom znajomego wiedziałem dokładnie, jak wygląda mityng, co i kiedy się tam robi i dzięki temu potrafiłem się odpowiednio zachować i nie wydało się, że jestem nowy.  
Tak minęło kilkanaście miesięcy. Coraz bardziej przeszkadzała mi własna nieuczciwość i to, że chodzę do tego AA jak do siebie, a właściwie nikt mnie tam formalnie nie przyjął. Podczas pewnego mityngu (na innej już grupie) wyjaśniłem, w czym rzecz i poprosiłem prowadzącego o przyjęcie mnie do Wspólnoty zgodnie z zasadami. Tak się też stało.
 
W takim razie, którą grupę powinienem traktować jako swoją? Tą, na której byłem pierwszy raz w życiu, czy może tą, na której mnie przyjęto, kiedy miałem ponad rok trzeźwości?
 
Nieco z boku obserwowałem przez miesiące i lata upadek dwóch grup. Jedna przestała istnieć właściwie z powodu braku chętnych do spotykania się w tym właśnie miejscu, natomiast druga, w innej miejscowości, powoli przekształcała się w coś w rodzaju klubu abstynenta połączonego z grupą wsparcia. W każdym razie ze Wspólnotą AA niewiele to już miało wspólnego i na spotkania przestała przychodzić większość osób, które wcześniej czuły się z tą grupa związane.
 
Zastanawiałem się wtedy, jak w tej sytuacji odnajdują się ludzie, przyjmowani na grupie, która już nie istnieje, jaką grupę teraz i na jakiej zasadzie uznają za swoją? Ale to jeszcze głupstwo. Jak się czują ludzie, którzy opuścili grupę z powodu jej niezdrowej transformacji? Ta grupa przecież nadal istniała, przynajmniej formalnie. Czy powinni być lojalni do końca, bo przecież to „ich” grupa? Czy może powinni kierować się aowską zasadą „trzymaj z wygranymi” i bez skrupułów przenieść się do grupy, która rzetelnie pracuje na Programie AA?
 
Tego typu doświadczenia i przemyślenia powodowały, że pojęcie „moja grupa” nie było dla mnie takie jednoznaczne i absolutnie nie upierałbym się, że to ma i musi byś ta pierwsza, na której nas do AA przyjęto.
 
W pierwszych tygodniach czy nawet miesiącach abstynencji myślałem, że scenariusz mityngu AA jest zapisany w Wielkiej Księdze i dlatego jest identyczny na wszystkich grupach w moim mieście. Kiedy nie piłem 2-3 lata i utrzymywanie abstynencji nie stanowiło już dla mnie problemu, kolejny raz, ale może pierwszy raz uważnie, przeczytałem „Anonimowych Alkoholików”. Żadnego scenariusza mityngu tam nie było. Co więcej, nie było tam mowy o tym, żeby ktokolwiek miał we Wspólnocie prawo przyjmować lub odmawiać przyjęcia innej osobie. Zacząłem więc uważnie czytać sam scenariusz, Tradycje AA i wszystko, co tylko na te tematy wpadło mi w ręce.  
W konsekwencji zacząłem głosić dość obrazoburcze na tamte czasy idee, bo twierdziłem, że stary scenariusz jest nadużyciem (najpierw cię przyjmiemy, a potem dopiero przeczytamy do czego cię przyjęliśmy), jest sprzeczny z Tradycjami (jeśli „Jedynym warunkiem jest...” to skąd dwa pytania?) i wreszcie z samą ideą AA - do Wspólnoty nikt mnie nie może przyjąć ani odmówić przyjęcia, bo po prostu nikt tam nie ma takiego prawa, a jeśli ktoś to robi, to to prawo sobie zawłaszczył.
 
Dziś coraz więcej grup przyjmuje nowe scenariusze i odchodzi od takich „wypaczeń”. Tym niemniej wtedy bywało ciężko*. Zmierzam jednak do tego, że pewnie sukcesywnie maleć będzie liczba grup pozwalających sobie „przyjmować” nowicjuszy do AA, a tym samym zniknie argument, zgodnie z którym „moja grupa” to ta, na której mnie przyjęto.
 
Mój rozmówca podsunął myśl, że może „moja grupa” to po prostu ta, na której najlepiej się czuję. Na to też nie mogłem się zgodzić. Mityng AA nie jest do poprawiania nastroju. Kiedyś do takich celów dobra była butelka i może właśnie dlatego nie mogę sobie pozwolić na używanie Wspólnoty AA jako polepszacza samopoczucia. I tak oto metodą eliminacji doszliśmy wspólnie do wniosku, że „moja” jest ta grupa, w której spoczywa część mojej odpowiedzialności za Wspólnotę AA. „Moja grupa” to nie sentymenty pierwszego mityngu i nie paczka najfajniejszych kolesiów z terapii.  
Moja grupa (już nie w cudzysłowie) to ta, gdzie pełnię jakąś służbę. Ta, w której zostaję po mityngu, żeby umyć szklanki i podłogę. To grupa, dla której autentycznie gotów jestem coś robić i to stale, miesiącami i latami, a nie tylko od przypadku do przypadku, jak mnie coś tam najdzie. Powtórzę raz jeszcze: robić, a nie tylko zrobić.  
Ja mogę bywać na mityngach w całym mieście, ale jak na mojej grupie będzie inwentura, to ja tam będę gotów pomóc i służyć. Będę tam, bo to jest MOJA grupa, za którą odpowiadam wobec Wspólnoty AA.
 
 
 
* Jako ciekawostkę dodam, że kiedy na mojej grupie pojawia się nowicjusz, czytany jest tekst: „Czy jest wśród nas ktoś, kto na mityngu AA znalazł się po raz pierwszy? (Jeśli tak...) Trafiłeś na zamknięty mityng Anonimowych Alkoholików. Jeśli tu właśnie chciałeś się znaleźć i jeśli chcesz przestać pić, to witamy cię serdecznie we Wspólnocie AA i cieszymy, że jesteś dziś z nami”.





Dużo więcej w moich książkach. 


czwartek, 18 stycznia 2007

Złe i nieprzyjemne uczucia

Podczas jakiejś dyskusji na temat poczucia winy i wyrzutów sumienia ktoś powiedział, że te złe, nieprzyjemne (negatywne) uczucia są potrzebne, bym wiedział, że coś robię źle. "Zgrzytało" mi tu coś i zacząłem się zastanawiać…


Do czego służą złe i nieprzyjemne uczucia

Wstyd, wyrzuty sumienia, poczucie winy, wszystkie te przykre uczucia są karą czy może konsekwencją, jeśli zrobię coś źle. Tak dla przykładu, roboczo, przyjmijmy, że to "coś źle" to kradzież (kiedy piłem, to kilka razy ukradłem kasę na wódkę swojej byłej żonie, więc przykład nie taki znowu abstrakcyjny).
 
Mamy więc kradzież i... dwie możliwości:
 
1. Nie zdaję sobie sprawy, że kradzież to coś złego. Nikt mi nigdy nie mówił, ani nigdzie nie słyszałem, że to jest naganne. Czy w takiej sytuacji kradnąc będę miał wyrzuty sumienia i poczucie winy? Oczywiście - nie. 
2. Nie mając świadomości popełnienia czegoś złego nie mam poczucia winy.
 
Zdaję sobie sprawę i wiem, że kradzież to coś złego. No, ale w takim razie, z samego założenia wynika, że skoro już wiem, to nie są mi potrzebne wyrzuty sumienia, żebym się dopiero dowiedział, prawda?  
W pierwszym przypadku przykre uczucia w ogóle nie wystąpią, w drugim ja wcześniej wiem, że robię źle, więc przykre uczucia nie są mi potrzebne, przynajmniej nie do tego, żeby dowiedzieć się, że robię coś źle.
 
Do czego więc potrzebne są wyrzuty sumienia, poczucie winy i wstyd?
 
Moim zdaniem dowcip polega na tym, że czasami bycie odpowiedzialnym wcale nie jest mniej przykre od poczucia winy. Czasami konsekwencje uczynku są bardziej dolegliwe niż wyrzuty sumienia. Chodzi mi o to, że używamy swoich wad (postępujemy źle), bo to przynosi określone korzyści. Zwyczajnie i po prostu czasem bardziej się to opłaci.  
Jeśli coś ukradnę, to moim zyskiem jest to, że mam coś, na co mnie nie stać i mam to za darmo. Po stronie kosztów występują poczucie winy i wyrzuty sumienia. 
Jeśli w pracy nie przyznam się, że to ja spie... sprawę (czyli będę kłamał), to nie wywalą mnie z roboty. Koszty? Jak wyżej. Ode mnie zależy, co uznam za ważniejsze, bardziej pożądane, opłacalne... 
Gdyby używanie wad (postępowanie źle) przynosiło same straty, to bym ich nie używał - to jest przecież zupełnie jasne i oczywiste.
 
Tak, to racja - te przykre uczucia są mi potrzebne... Oczywiście nie do tego, żebym wiedział, że coś robię źle. Jeśli nie jestem psycho lub socjopatą to ja doskonale wiem, co jest dobre a co złe: "Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie" - pisał kiedyś wielki samotnik z Królewca.
 
Tak, te parszywe uczucia są mi potrzebne do robienia interesów z samym sobą. Są mi potrzebne do targów z własnym sumieniem. Coś za coś. Kłamstwo (i zyski z niego) za powiedzmy 3-punktowe poczucie winy. Złodziejstwo (i korzyści z niego) za 7-punktowe wyrzuty sumienia. Myślę, że takich transakcji dokonujemy, może nie każdego dnia, ale każdego tygodnia, lub miesiąca, lub roku... Myślę też, że dopóki te interesy załatwiam uczciwie, to znaczy godzę się na pełną odpowiedzialność za swoje decyzje i wybory oraz konsekwencje tychże, to wszystko jest w całkowitym porządku.
 
Gorzej, gdy w tej grze ze swoim sumieniem i z sobą samym próbuję szachrować wprowadzając tam elementy obniżające koszty w sposób oszukańczy - na przykład twierdzę, że wszyscy tak robią, że nie jestem świętym, że on/ona mi też zrobiła to czy tamto, itp. czyli wszystkie te rzeczy zwane na terapii racjonalizacją.
 
Wydaje mi się, że trzeźwienie to branie w pełni - bez racjonalizacji, kantów, uników i szachrajstw, odpowiedzialności za siebie - na siebie.




Dużo więcej w moich książkach. 


Wspólnota AA i Internet

„... nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi.”
Bardzo popularne i często powtarzane w naszym środowisku jest twierdzenie, że posłanie to ja niosę przez swoje wypowiedzi na mityngach. Czasem dodaje się jeszcze, że swoją postawą życiową, niepiciem i przykładem.


Dokąd zmierza Wspólnota, czyli AA i Internet

Też tak mawiałem. Nawet dość długo. Tylko ostatnio zacząłem mieć jakby pewne wątpliwości. Czy faktycznie narzekanie podczas mityngowych „problemów i radości” na niegrzeczne dziecko, niesprawiedliwego szefa, arogancję urzędników, złośliwego sąsiada, problemy z akumulatorem, jest faktycznie niesieniem posłania?
Jeśli nawet powiem coś na temat Kroków I-V (w temacie VI-XII zwykle zapada martwa cisza), to czy moje słowa trafią do tego, który wciąż jeszcze cierpi? Przecież trafią jedynie do kogoś, kto już dotarł na mityng, już jest w jakimś sensie zaopiekowany.
 
Rzeczywiście, zmieniłem sposób myślenia, w niektórych przypadkach także zachowania, przede wszystkim zaś - nie piję. Czy jednak nie przeceniam roli swojego przykładu w niesieniu posłania? Czy jestem pewien, że cały świat wokół mnie z zapartym tchem obserwuje i w napięciu śledzi zmiany, które w sobie wprowadzam? Oj, chyba nie jestem aż tak ważny...
 
No i wyszło mi, że posłanie AA najskuteczniej niosą... telenowele (modna jest w nich postać alkoholika, który w pewnym momencie zaczyna się leczyć) oraz placówki odwykowe.
 
Faktem jest, że przez ostatni rok zetknąłem się z jednym tylko nowicjuszem, który trafił do AA w inny sposób, niż w efekcie zalecenia, informacji, a nawet nakazu poradni odwykowej i terapeuty. Czy tak to ma być?
 
Przepraszam, wyraziłem się nieściśle. Osobiście spotkałem jednego takiego nowicjusza, ale zetknąłem się w sumie z czterema: ten jeden, którego słuchałem na mityngu plus trzy osoby, które napisały do mnie listy elektroniczne (e-mail), po przeczytaniu moich stron internetowych.
 
Tak, mam o tym (strony www) niejakie pojęcie, potrafię to zrobić. Wpadłem więc na pomysł wykorzystania „powierzonego mi talentu” w niesieniu posłania, a także dla dobra Wspólnoty AA, i zmajstrowałem dwie strony www. Jedna jest moją, całkowicie prywatną opowieścią o życiu i trzeźwieniu alkoholika (świadectwo). Druga nosi tytuł Alkoholizm i Alkoholicy (informacja) i adresowana jest do wszystkich pijących, nie pijących, anonimowych i nie anonimowych alkoholików w moim mieście. Są tam informacje o tym, czym jest choroba alkoholowa, jest o Wspólnocie AA (Preambuła, Kroki, Tradycje), jest aktualny wykaz mityngów w mieście (wszystkie grupy wyraziły zgodę) itd.
 
Kiedy w tzw. Księdze Gości jednej z tych stron przeczytałem niedawno (cytat): „Hm, kilka dni temu, po przeczytaniu m.in. tej strony od deski do deski, postanowiłem przełamać wstyd i dołączyć do grupy AA. Pierwszy mityng już za mną... pozdrawiam i dziękuję” - miałem świadomość, że zaniosłem posłanie w sposób o wiele bardziej sensowny, niż opowiadając na mityngu AA o problemie z trawą żółknącą na działce.
 
Ale moja działalność to w rzeczy samej partyzantka i większego wpływu na całokształt raczej mieć nie będzie.
 
W biuletynie „Mityng” z listopada 2006 wyczytałem: „Chyba żaden z naszych zespołów nie wprowadził tylu zmian w życiu Wspólnoty co zespół ds. Internetu. Powstał kilka lat temu a już dzisiaj trudno wyobrazić sobie jego brak”. Pięknie, prawda? Ale faktem jest też, że kilka miesięcy wcześniej jedna z Intergrup w informacji ze spotkania zamieściła oświadczenie: „Intergrupa Śląska Opolskiego odcina się od treści zamieszczonych w Internecie”.
 
No, cóż... 11,5 miliarda stron internetowych (tak, to nie pomyłka, chodzi o miliardy), właściwie cała wiedza ludzkości, a w tym także oficjalne strony AA... Jasne, można się odciąć... od Internetu, od telefonii komórkowej, a nawet od elektryczności też można. Tylko... po co?
 
Opisana przeze mnie sytuacja to już przeszłość. Dziś Intergrupa ta zdaje sobie sprawę z potrzeby powołania służby łącznika internetowego, a możliwe jest też, że będzie mieć własną stronę informacyjną.
 
Czy nam się to podoba czy nie, Internet staje się coraz bardziej obecny w naszym życiu. I proces ten będzie się nasilał i rozwijał. Część AA-owców (statystycznie są to zwykle ludzie w wieku 40-60) w swoim życiu prywatnym jeszcze jakoś tam bez komputera i Internetu być może sobie poradzi. Ale czy fakt, że czegoś nie rozumiem, czegoś nie umiem obsługiwać, jest wystarczającym argumentem, żeby to potępiać i odrzucać?
 
Internet jest narzędziem. Takim samym jak młotek. Młotkiem można zbić łóżko, szafę i stół, ale można też rozwalić głowę sąsiadowi. Narzędzia trzeba po prostu odpowiednio wykorzystywać, ot i cała filozofia.
 
Moim zdaniem Wspólnoty AA nie stać, już nie mówię na odcinanie, ale na niewykorzystanie tego powszechnego medium, jakim jest Internet. Ba! Nie stać nawet na wykorzystywanie Internetu w sposób tak ograniczony i tak wolno rozwijany, jak to się dzieje obecnie. Jeśli nie będziemy w ten nowy świat wchodzić i korzystać z niego dynamiczniej, pełniej, to może lepiej faktycznie zostawmy niesienie posłania AA reżyserom telenowel i terapeutom.
 
W „Grapevine” (przedrukowanym w „Mityngu”) z marca 1964, w artykule „Czy coś złego dzieje się ze Wspólnotą AA?” czytamy: „Muszę też przyznać, że wielokrotnie byłem przykładem członka AA, zadowolonego z siebie, a jednak skostniałego. Wiedziałem, że Wspólnota AA powinna być ciągle giętka, gotowa do niewielkich zmian w swoich strukturach, zdolna zaspokoić indywidualne potrzeby nowo przybyłych alkoholików. Wiedziałem też, że nasze oklepane frazesy, jak stać się trzeźwym, muszą być każdego dnia odświeżane, a nie napuszone, gdyż każdy dzień jest nowy i inny. Ale zamiast robić to, działałem jak przestraszony osioł, który nie chce iść przez nowy stalowy most, gdyż nie jest on podobny do starego, koślawego”.
 
Nie zmuszajmy nowych, innych niż my członków AA, w nowych, innych czasach, do chodzenia naszymi starymi i koślawymi mostami.




Dużo więcej w moich książkach. 



wtorek, 16 stycznia 2007

Ósma rocznica abstynencji

Wczoraj była ósma rocznica mojej abstynencji. Była i minęła. Czy faktycznie bez śladu? Niedawno przecież mówiłem, że ja dzień przed nią i dzień później będę takim samym człowiekiem, więc czym się tu ekscytować?
  
Moja ósma rocznica abstynencji

Dostałem kilka książek i innych prezentów, wysłuchałem gratulacji i życzeń... A dziś od 6:30 oglądałem film "Nazywam się Bill W."- to jeden z prezentów. Tak jakoś poczułem, że mi to potrzebne. Niezbędne. Stary film, może odrobinę naiwny, ale mi to nie przeszkadzało. Ja nigdy wcześniej nie widziałem tego filmu i może dlatego zrobił na mnie dość duże wrażenie. Jest w nim taka scena, w której Bill krąży w hollu hotelowym pomiędzy recepcją i telefonem, a barem. Kilka kroków w kierunku baru, kilka w odwrotną stronę, znów w stronę flaszki i znów wycofanie... Bardzo dobrze to znam i pamiętam z własnego doświadczenia - tak właśnie zaczęło się moje ostatnie picie. Bill w filmie wybrał telefon z prośbą o pomoc, a ja wtedy, osiem lat temu, poszedłem jednak do sklepu monopolowego.
 
Na ten mityng nie przyszła moja była żona i mój syn - co mi się marzyło, ale zjawiła się bardzo bliska koleżanka, o której myślałem, że już o mnie zapomniała. I to też potrafię potraktować jak swoisty i bardzo cenny prezent. A ponadto jest to dla mnie sygnał, że zaczynam wreszcie umieć cieszyć się z tego, co mam, zamiast użalać się nad sobą i pielęgnować zawód i rozczarowanie z powodu tego, czego mieć nie mogę.
 
Gratulacji i życzeń się spodziewałem, w końcu to oczywiste na mityngu rocznicowym. Zaskoczyło mnie jednak coś innego - wiele osób mówiło o wdzięczności za to, co kiedyś powiedziałem lub zrobiłem i co dla tych osób było ważne, pomocne. A przecież podczas mityngów ja, często skrępowany i zawstydzony, mówię tylko o faktach z mojego pijanego życia i o wnioskach oraz przemyśleniach, które z nich wyciągnąłem.
Od kiedy przestałem być jedynie bywalcem albo gościem mityngów i nieco poważniej podszedłem do realizacji Programu AA, zdarza mi się też mówić o Krokach i Tradycjach - i to podobno też się komuś przydało.
 
Na swój rocznicowy mityng przyszedłem zaledwie kilka minut przed rozpoczęciem. Do ostatniej chwili czekałem w domu na byłą żonę, mając nadzieję, że może jednak zdąży wrócić z pracy i namówię ją na udział w tym spotkaniu. Poza tym odpowiadałem na SMS-y z życzeniami. Kiedy wszedłem na salę wszystko było już właściwie przygotowane - zadbali o to przyjaciele. W tym momencie dotarło do mnie coś niesamowicie ważnego - zmieniłem się bardziej niż przypuszczałem!
 
Większą część życia byłem wyznawcą zasady "nie licz nigdy i na nikogo, radź sobie sam, albo zdychaj". A tu nagle okazuje się, że ja potrafiłem poprosić przyjaciela, żeby zrobił za mnie zakupy na tą okoliczność (ciastka, napoje) i zajął się przygotowaniami. Poprosiłem, on się zgodził i... z pełnym zaufaniem, bez wątpliwości i prób kontrolowania oddałem mu to wierząc, że zrobi to najlepiej jak potrafi. Pomysł okazał się zresztą bardzo dobry - Tomek faktycznie zrobił to lepiej niż gdybym sam się tym zajmował.
 
Mityng trwał jak zwykle 2 godziny. Moja rocznica zajęła czas jedynie do przerwy. Jednak przez tą godzinę wydarzyło się więcej niż mogłem sobie wcześniej wyobrazić. Chyba nie miałem racji mówiąc, że dzień przedtem i dzień potem będę dokładnie takim samym człowiekiem...
 
Wracałem do domu pieszo i czułem, jak przybywa mi prezentów. Pojawiały się coraz to nowe. Ale nie, nie w reklamówce, którą niosłem... w sercu.




Dużo więcej w moich książkach. 

poniedziałek, 18 grudnia 2006

Proces uwalniania się od wad

W obietnicach Wielka Księga podaje: "zyskamy nową wolność i nowe szczęście".
Dlaczego mówimy o "uzyskaniu wolności od wad"? Czyżby nas zniewalały?
Dlaczego? Jaką wolność dostaję/dostałem w wyniku działania Programu?


Jak uwolnić się od wad charakteru?

Moje własne rozumienie tych tematów wygląda następująco:
 
1. Kiedy piłem, nie byłem wolny. To chyba oczywiste zważywszy na to, że byłem uzależniony od alkoholu. UZALEŻNIONY człowiek nie jest wolny. Jako czynny alkoholik piłem, bo nie byłem w stanie przestać, piłem choć nie chciałem pić.
 
2. Wspominałem już w którymś tekście, że moje wady to jak skrzynka z narzędziami, którą zawsze mam przy sobie. 
 
3. Jeśli jakiejś wady nie mam, na przykład nigdy ona w moim życiu nie wystąpiła, to trudno mówić o wolności. Tak jak trudno byłoby mi jako mężczyźnie mówić o wolności od ciąży. Ja w ciąży być nie mogę, to mnie nie dotyczy, a wiec i wolności w tym żadnej. Podobnie jak w przypadku braku pieniędzy - nie jest wolnością to, że nie musze, bo nie mam ani grosza, wybierać miedzy chlebem a piwem.
 
4. Wolność to możliwość dokonywania wyborów. Analogicznie - brak możliwości dokonywania wyborów nie jest wolnością. Bóg (chrześcijański) dał ludziom wolną wolę, a wiec właśnie możliwość dokonywania wyborów.
 
5. Kiedy jestem wolny? Okazuje się, że tylko w pewnej niewielkiej chwili, pomiędzy bodźcem a reakcją. (Nazywa się to proaktywnością, ale to inna sprawa). Chodzi o to, żebym nie reagował jak zwierzę, pod wpływem impulsów, albo jak człowiek zniewolony uzależnieniem - pod wpływem choroby, tylko dał sobie czas na rozważenie sprawy i trzeźwe podjecie decyzji. I właśnie tylko w tej jednej chwili jestem wolny - mogę świadomie dokonywać wyborów.
 
Dlaczego mówimy o "uzyskaniu wolności od wad"?
 
To bardzo ciekawe pytanie. Ciekawe, gdyż z powodu specyfiki języka polskiego może być rozumiane dwojako. Znaczenie pierwsze, z którego wypływa najwięcej chyba nieporozumień dotyczących Kroków VI-VII mówi, że wolność od wad, to brak wad; nie ma ich, nie istnieją, zero. Przy takim rozumieniu oczekiwać na to, ze Bóg "zniknie" wszystkie moje wady, to ja sobie mogę w nieskończoność. Mając przy okazji błogą świadomość, że On nigdy tego nie zrobi - bo przecież dał mi wcześniej wolną wolę.
 
Czym w takim razie jest ta wolność od wad? Ano, jest możliwością dokonywania trzeźwych wyborów. Jestem alkoholikiem, Bóg odebrał mi obsesję picia, ale to nie znaczy, że "zniknął" moją chorobę alkoholowa. On uwolnił mnie od tej wady, czyli stworzy warunki, w których ja, alkoholik, mogę wybierać, czy się napić, czy nie.
Ja nikotynista mogę wybierać, czy zapalę, czy nie.
Ja złodziej mogę wybierać, czy ukradnę, czy nie.
Itd.
Itd.
Itd.
 
Ja nadal i po kres życia będę nosił ze sobą swoją skrzynkę z narzędziami/wadami. Ale z pomocą Boga mogę być od tych wad wolny - one nie muszą determinować mojego życia.




Dużo więcej w moich książkach.