sobota, 18 czerwca 2011

Modlitwa alkoholików

Modlitwa alkoholików – Z notatnika alkoholika (odc.5)
 
Nasze wspólne dobro jest najważniejsze… Nasze? Czyżby? Wiosną 2011 roku podczas mityngu i wspólnego odmawiania „Modlitwy o pogodę ducha”, odruchowo wypowiedziałem słowa użycz nam…, zamiast użycz mi… No, bo jak to w tej Wspólnocie jest? Witamy  się wspólną modlitwą, odmawiamy ją razem, we wspólnocie, trzymając się za ręce, ale każdy chce tylko dla siebie? Boże, użycz mi… Właśnie tak – mi. To mi użycz Boże.  Nie nam – mi! 
Znam też inną modlitwę, podobno często odmawianą na mityngach AA w USA, ale w niej pojawiają się słowa nas zbaw, odpuść nam, nie wódź nas… 





Więcej w moich książkach

czwartek, 9 czerwca 2011

Alkoholizm w konsekwencji

W moim mieście, które pewnie nie odbiega w tym względzie od całej reszty, więcej jest rozmaitych instytucji finansowych, niż żłobków i przedszkoli razem wziętych. Instytucje te (banki, ale nie tylko) oferują rozmaite kredyty, pożyczki, chwilówki, przedstawiając się jako partner w interesach, albo wręcz przyjaciel, który pomoże w trudnej chwili. Reklama jest nachalna, agresywna i profesjonalna. Trudno się na nią nie skusić. 
Wewnątrz poczęstują nas kawą, nawet jakiś prezent oferują w zamian za wzięcie kredytu. Po kilkudziesięciu minutach, otumanieni zalewającym nas non-stop fachowym żargonem, dostajemy do podpisania wielostronicowy dokument. Niepozornej uwagi, umieszczonej na dole strony jedenastej, albo w ogóle nie zauważamy, albo zauważamy ale nie rozumiemy i wstydzimy się o nią dopytać – przecież tłumaczono nam wszystko prawie godzinę. Tak więc ostatecznie podpisujemy.
Po kilku miesiącach okazuje się, że wpadliśmy w tak zwaną pułapkę kredytową, a nasz świetny partner, czy życzliwy przyjaciel, zmienia się w chciwego wierzyciela, bezwzględnie egzekwującego swoje należności. Miało być lepiej, jest gorzej, miało być pięknie, a zaczyna się koszmar. 
 
 
Chciwy wierzyciel – Z notatnika alkoholika (odc.4)
 
Alkohol, niczym chciwy wierzyciel, dosłownie wysysa z nas wszelką niezależność i całą wolę oporu wobec jego żądań – w tym zdaniu z 12x12* zainteresował mnie szczególnie ten chciwy wierzyciel. Wierzyciele, zwłaszcza chciwi, nie pojawiają się znikąd. Najpierw do czegoś ich potrzebowaliśmy, a oni rzeczywiście musieli dysponować tym czymś, czego nam brakowało, czymś, czego pragnęliśmy. To warunek podstawowy. Drugi, już nie aż tak niezbędny, ale jednak powszechny, dotyczy wizerunku: gdyby od początku wlepiała w nas kaprawe gały paskudna gęba chciwego wierzyciela, to pewnie w interesy z kimś takim w ogóle byśmy nie wchodzili.  Potrzebna była maska, rola: Patrzycie! Jaki z tego Franka równy i fajny gość! Z nim zawsze jest wesoło!
 
Dzisiaj wiem już, że nadużywając alkoholu, radośnie i beztrosko, choć nieco bezmyślnie, zaciągałem kredyt. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy (ale czy faktycznie chciałem o to dopytywać?), że rachunek opiewa na coś więcej, niż tylko pieniądze, czy też niewielki ból głowy dnia następnego. Część może i płaciłem na bieżąco, ale reszta narastała. Dopiero kiedy wywalili mnie z drugiej pracy, zdałem sobie sprawę, że sytuacja mnie przerosła, że potrzebuję pomocy. Konsekwencją alkoholizmu jest detoks, leczenie odwykowe, mityngi AA, konieczność zmagania się z Programem AA i wiele innych atrakcji, których wcześniej zupełnie nie brałem pod uwagę – chciwy wierzyciel pokazał prawdziwą kalkulację.
 
Wszystko, co napisałem, jest znane i oczywiste dla większości trzeźwiejących alkoholików. Konsekwencje alkoholizmu wyliczyłem wyżej, ale w takim razie, czego konsekwencją jest sam alkoholizm? Nadużywania? W pewnej mierze tak, ale na pewno nie tylko. Przecież problemem alkoholika nie jest alkohol. A w takim razie pytanie: jakie długi i u kogo zaciągnąłem przed uzależnieniem? – pozostaje na razie bez odpowiedzi.
 
 
 
--
* „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji”, BSK 2006, strona 23.

niedziela, 29 maja 2011

Przyznaliśmy: ja, oni, czy…?

Przyznaliśmy, uwierzyliśmy, postanowiliśmy, zrobiliśmy… Stwierdzeń takich i podobnych wiele jest w Programie Dwunastu Kroków oraz w naszej, to jest AA-owskiej, literaturze. Kiedy czytelnik już się z tą formą oswoi, co zresztą zwykle nie trwa długo i nie stanowi też jakiegoś wielkiego problemu, przestaje je zauważać, zastanawiać się, pytać, dociekać, kogo one dotyczą? Tylko ich, czy może już i mnie także?
 
 
Przyznaliśmy: ja, oni, czy…? - Z notatnika alkoholika (odc. 3)
 
To, że oni, weterani sprzed kilkudziesięciu lat, przyznali, uwierzyli i zrobili, jest oczywiste i ja im wierzę. W zdecydowanej większości przypadków i ja, na swój własny użytek, zrozumiałem, postanowiłem, przyznałem itd. Teraz pytanie dotyczy następnego etapu: czy jeszcze tylko oni i ja, czy może już… my? A jeżeli my, to na ile? Bo, chociaż idziemy w tę samą stronę, to nasze przeżycia i doświadczenia są i pozostaną różne…
 
W starych scenariuszach mityngów były słowa: tak powstaje skarbiec mądrości AA, wspólnota ducha… Czy z tego skarbca tylko biorę? Czy może także coś wartościowego dokładam? Czy jest to już nasz wspólny skarbiec?
Zerkam na początek tego tekstu i widzę, że odruchowo napisałem o naszej literaturze. Naszej, a więc chyba nie jest ze mną źle…





Więcej w moich książkach

niedziela, 22 maja 2011

Skazani? Może i skazani...

W środowisku Anonimowych Alkoholików często można usłyszeć określenie „skazani na rozwój”. Czasami drażni mnie ono swoją bombastyczną naiwnością, innym razem rozumiem i doceniam jego głęboki sens i znaczenie, jednak tym razem zastanawiam się na innym nieco skazaniem, innym dożywociem. 
 
Skazani? Może i skazani, ale... – Z notatnika alkoholika (odc.2)
 
Uczyli mnie, jak być grzecznym dzieckiem, spokojnym dzieckiem, cichym dzieckiem, nie sprawiać kłopotów i nikomu nie przeszkadzać. Uczyli mnie, jak być dobrym uczniem, jak szanować dorosłych, starszych, panią nauczycielkę, panią dentystkę, pana gospodarza domu i ciocię z Widawy. Nauczyli mnie, jak zdobywać przyjaźń ludzi na stanowiskach, takich, którzy dużo mogą, a przynajmniej, jak żyć z nimi w zgodzie.
Dlaczego nikt mnie nie nauczył, jak żyć w przyjaźni i zgodzie z samym sobą?! Przecież tylko na siebie jestem skazany naprawdę dożywotnio… 





Więcej w moich książkach


niedziela, 8 maja 2011

Trudny problem z zaletami

W Ewangelii według św. Mateusza (Mt 25, 14-30) warto odnaleźć przypowieść o talentach. Jak wiele biblijnych przypowieści, ma ona zapewne kilka różnych znaczeń, i chociaż wydaje mi się, że w tej historii chodziło faktycznie o jednostkę wagi (wynoszącą około 35 kilogramów srebra), to niewątpliwie współcześnie mamy na myśli raczej talenty rozumiane jako pozytywne cechy charakteru, zalety, cnoty, uzdolnienia, predyspozycje, którymi Bóg tak szczodrze obdarował każdego człowieka.


Trudny problem z tymi zaletami – Z notatnika alkoholika (odc.1)

Kwiecień i maj. Na mityngach AA mowa jest o Czwartym i Piątym Kroku i kolejny raz, jak bumerang, powraca ważne pytanie: dlaczego dużo łatwiej jest nam mówić o swoich wadach niż o zaletach i dlaczego, podczas pracy nad tymi Krokami, koncentrujemy się raczej na tych pierwszych?
 
W moim Kroku Czwartym i Piątym zalety były obecne, także podopiecznym przypominam, że rzetelnie i uczciwie przeprowadzony obrachunek moralny obejmuje zarówno wady, jak i zalety; w końcu nikt nie składa się z samych tylko wad, a upieranie się przy tym byłoby fałszowaniem rzeczywistości. Ale faktycznie, prawdą jest, że w tych tematach koncentrujemy się głównie na wadach. 
Pierwszy z powodów wydaje się prosty: moje zalety mnie nie zabiją, ale wady – mogą. Drugi, też prosty, przerzuca odpowiedzialność na rodziców, którzy z uporem godnym lepszej sprawy, wmawiali wielu z nas, że mówienie o sobie dobrze, jest czymś złym, nagannym, że nie wolno się chwalić, nawet, jeśli jest czym. Trzeci powód, już banalny, to obawa przed zazdrością, a nawet zawiścią bliźnich. Jednak jest jeszcze powód czwarty, prawdopodobnie najważniejszy. Zdecydowanie łatwiej jest go pojąć, jeśli się zna (pozna, przeczyta) biblijną przypowieść o talentach. Zachęcam. Do tego nie trzeba być katolikiem, ani nawet człowiekiem wierzącym.
 
Ten podstawowy problem polega na tym, że talenty (zalety, cnoty) – zobowiązują. I tu jest pies pogrzebany! Jeśli do siebie dopuszczę, a tym bardziej wyjawię głośno innemu człowiekowi (ludziom), że mam jakieś tam zalety, cnoty, talenty, cechy pozytywne, to przecież natychmiast będę zobowiązany, wręcz zmuszony do ich używania, korzystania z nich. 
 
Nie powinienem zazdrościć innym ich zalet, natomiast udawać, że nie mam żadnych, wypierać się tego przed innymi i sobą samym, po prostu mi nie wolno. Rozwój emocjonalny i duchowy, a tym przecież jest trzeźwienie, wymaga ode mnie, bym korzystał z własnych zalet, w interesie swoim i innych, ale również nieustannie je pomnażał, wzmacniał i rozwijał, doskonalił się i duchowo wzbogacał. Bo naganne może być zarówno działanie, jak i zaniechanie.
 
No, cóż… Udawanie (całymi latami!), że jestem człowiekiem pozbawionym zalet, było po prostu bardzo wygodne. Nie da się też ukryć, że używanie wad charakteru jest jednak dużo łatwiejsze. 


środa, 4 maja 2011

Nie piję – ale tylko dzisiaj

Genialny w swojej prostocie wynalazek Anonimowych Alkoholików. Jeśli alkoholik nie potrafi jeszcze wyobrazić sobie całej reszty życia bez alkoholu, jeśli męczy go głód alkoholowy i nie jest w stanie rozważać abstynencji miesięcznej, rocznej, czy dożywotniej, to koncentracja na dniu dzisiejszym, staranie, by nie napić się tylko dzisiaj, jest znakomitym, bo prostym i niewątpliwie skutecznym rozwiązaniem.
 
Mijają lata, a ja odnoszę wrażenie, że w środowisku niepijących alkoholików w Polsce, zagubiło się z powyższego słowo „jeśli”. Natomiast reszta która pozostała, zmieniła się w powszechnie obowiązującą doktrynę, w kolejne zaklęcie. Magiczne zaklęcia, jak powszechnie wiadomo, służą do zaklinania alkoholizmu. Hokus-pokus, czary-mary i… powrót do picia już mi nie grozi, albo przynajmniej mniej grozi. I to bez żadnej pracy, bez wysiłku, po prostu – dzięki zaklęciom.
 
Jeśli nie potrafię sobie wyobrazić… Jeśli głód alkoholowy… Jeśli! A jeżeli wyobrażenie sobie całej reszty życia bez wódki nie sprawia mi problemu, jeżeli głodu alkoholowego nie czułem od lat kilkunastu, to do czego niby ma mi służyć powtarzanie przy każdej okazji, albo i bez okazji, słów: „nie piję tylko dzisiaj”?
 
„Dzisiaj nie piję, a jutro… jutro, to ja nie wiem, co będzie”. Ależ oczywiście! W pewnym sensie żaden człowiek nie wie, co wydarzy się jutro, za tydzień, miesiąc, czy rok. Ale czy to oznacza, żeby dziś nie planować, nie przewidywać, nie pracować na rzecz dobrego, może nawet lepszego jutra? Owszem, jeżeli sytuacja faktycznie jest krytyczna, nadzwyczajna, na przykład pierwsze dni abstynencji, paniczny lęk przed życiem bez wódki, głód alkoholowy itp., to taka postawa jest zrozumiała, jak najbardziej wskazana i – jak uczy doświadczenie – skuteczna. Ale później? Czyżby miał to być sposób na całą resztę mojego życia?
 
W „Jak to widzi Bill”, na temat przyszłości Bill W. wypowiadał się jasno: „Jako jednostki i jako wspólnota, z pewnością ucierpimy, jeśli całe zadanie planowania naszej przyszłości ograniczymy do niemądrze pojmowanej idei opatrzności. Prawdziwa Opatrzność wyposażyła nas, ludzi, w niebagatelną zdolność przewidywania, i Bóg na pewno życzyłby sobie, abyśmy z niej korzystali. Naturalnie nieraz pomylimy się w swoich kalkulacjach – zupełnie lub po części – ale lepsze to niż w ogóle nie myśleć o przyszłości”. 
 
Do czego ma mi służyć wmawianie sobie, że nie piję tylko dzisiaj, bo jutro, to nie wiadomo, co się wydarzy? Co to ma być, uchylanie sobie furtki? Czyżbym przewidywał i zakładał możliwość, że jutro alkohol wyskoczy nagle z jakiejś ciemnej bramy, rzuci się na mnie i przemocą wleje mi się do gardła?
Nie wiem, czy jutro też będę trzeźwy, czy się nie napiję… A kto niby ma to wiedzieć? Od kogo to zależy? Od Pana Boga? Od sprzedawczyni w sklepie? Od dawnych kolegów z pijalni piwa?
 
Jestem pragmatykiem, zawsze zadaję pytania o konkrety. W tym przypadku te pytania brzmią: czy mi to służy, czy faktycznie mi pomaga, jeśli pomaga, to jak i w czym? A może jest właśnie odwrotnie, może „nie piję tylko dzisiaj” jest – znanym z terapii – elementem koncentracji życia wokół picia? Uchyloną furtką? Pielęgnowaną w najciemniejszym zakamarku podświadomości nadzieją, że dzisiaj to ja nie piję, ale może jutro… za rok… już będę mógł?
Na takie pytanie, rzecz jasna, każdy musi odpowiedzieć sobie sam.
 
Słyszałem mnóstwo opowieści o złamanej abstynencji, opowieści, które kończyły się słowami: „… i nawet nie wiem, jak to się stało, że się napiłem”, ale żadna z nich nie zaczynała się od: „piszę Program ze sponsorem i sukcesywnie wrażam go w życie, pełnię służbę w AA, czytam systematycznie literaturę AA-owską, regularnie uczestniczę w mityngach, dzień rozpoczynam modlitwą do Boga, jakkolwiek Go pojmuję i…”.
 
Nazywają mnie Meszuge, jestem alkoholikiem. Nadal i wciąż komunikuję się ze sponsorem, piszę sugerowane przez niego prace, przedstawiam do oceny te, które napisałem samodzielnie. Program AA jest stale, na co dzień, obecny w moim życiu. Pełniłem i pełnię służby w AA. Czytam literaturę Wspólnoty. Modlę się na sposób przyjęty w mojej wierze (jestem kwakrem). Pewnie złamię w ten sposób kolejne AA-owskie tabu, ale… uprzejmie zawiadamiam, że jutro też się nie napiję.





Więcej w moich książkach