Meszuge (hebr. měszuggā) - oznacza w języku jidysz wariata, człowieka niespełna rozumu, szaleńca. Najczęściej określenie to ma charakter pejoratywny, ale nie zawsze, bo meszuge to czasem po prostu ekscentryczny dziwak, oryginał... Blog zawiera artykuły, eseje i inne teksty, prezentujące moje prywatne przekonania, przeżycia i doświadczenia. Niektóre z nich znaleźć można w książkach „ALKOHOLIK”, „12 KROKÓW OD DNA”, „ALKOHOLIZM ZOBOWIĄZUJE”, „KROK za KROKIEM” i innych.
poniedziałek, 27 stycznia 2014
Notatki sponsora (odc. 018)
Praktyka grup psychoterapeutycznych
oraz mityngów (spotkań) Anonimowych Alkoholików powoduje, że nie potrafimy już ze sobą
rozmawiać (o ile kiedykolwiek tę trudną sztukę posiedliśmy, co wcale nie jest takie
pewne) – nauczono nas i przyzwyczajono jedynie wymieniać monologi.
wtorek, 21 stycznia 2014
Notatki sponsora (odc. 017)
Pod koniec ubiegłego roku, podczas Konferencji Służb
Regionu w Opolu, dowiedziałem się, że Rada Powierników powołała
siedmioosobowy zespół, którego zadaniem miało być przejrzenie oraz ocena
obecnego, najeżonego błędami, tłumaczenia Wielkiej Księgi. Wobec ogromnej
liczby pomyłek, zespół ten zdecydował przetłumaczyć na próbę piąty rozdział
„Anonimowych Alkoholików” i przedstawić go do konsultacji… Powiernikom? A może
Wspólnocie AA w Polsce – tego dokładnie jeszcze nie wiem. Całkiem niedawno
dotarły do mnie plotki (naprawdę chciałbym, żeby to było tylko przekłamanie
typowe dla przekazu „jedna pani drugiej pani”), że w nowej wersji tego
rozdziału, a w przyszłości całej WK, Krok Pierwszy miałby wyglądać tak: Przyznaliśmy,
że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu - że przestaliśmy kierować naszym życiem.
Przypomnę, że w chwili obecnej mamy: Przyznaliśmy,
że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować naszym życiem.
Oczywiście zmiana przecinka na myślnik jest zapewne
bardzo istotna (sic!), ale mam wrażenie, że najważniejsze, czyli wysoce
problematyczne „przestaliśmy kierować naszym życiem”, miałoby pozostać bez
zmiany. Dlaczego??? Po co???
Moja znajomość angielskiego jest śladowa, tym niemniej
zdaję sobie sprawę, że w wersji oryginalnej (We admitted we were powerless over alcohol - that our lives had become
unmanageable) nie występuje żadne „przestaliśmy kierować”, a unmanageable jest w zasadzie
nieprzetłumaczalne w pełni na polski. Od lat proponuję dwa rozwiązania, dwa
wyjścia: nasze życie było,okazało się, niekierowalne, lub: nie radziliśmy
sobie w życiu (ew. …z życiem).
Czemu tak właśnie? Jako sponsor zmęczony już jestem problemami, jakie
podopieczni (także początkujący i nowicjusze) ustawicznie mają ze zrozumieniem
zwrotu „przestaliśmy kierować życiem”.
Jeśli siedmioosobowy zespół rzeczywiście zdecydował (w
co trudno mi uwierzyć), że powinno zostać „przestaliśmy kierować”, to wyobrażam
sobie – takie moje fantazje – że przynajmniej cztery osoby głosowały za taką
właśnie, starą wersją. Osoby te, ze zwykłej ludzkiej ciekawości, chciałbym
spytać, kiedy kierowały tym swoim życiem? Bo w języku polskim przestać coś
robić można tylko wtedy, kiedy się to wcześniej robiło. Nie można przestać
kraść, jeśli nigdy niczego się nie ukradło i nie można przestać kierować, jeśli
się nigdy nie kierowało. Określenie „przestaliśmy kierować” przekonuje
alkoholika i ponad wszelką wątpliwość oznacza, że kiedyś swoim życiem kierował,
a więc… kiedy to było?
Drugie pytanie jakie miałbym ochotę (w razie czego!)
zadać to: co to znaczy, jak należy rozumieć pojęcie „kierowanie życiem”?
A jeśli już robione są porządki… wydaje mi się, że
„przyznaliśmy” nie jest najlepszym rozwiązaniem, że chodzi raczej o „uznanie”
bezsilności. Przyznać, że jestem alkoholikiem mogę na odczepnego, komuś – tak, tak, niech ci będzie, jestem
alkoholikiem, przyznaję. Według WK to siebie przede wszystkim musimy
przekonać, a więc raczej uznać ten fakt niż tylko przyznać.
Kolega alkoholik, z którym na te tematy rozmawiałem,
podsunął mi myśl, że może zespół sugeruje tylko niektóre zmiany i poprawki
celowo, by nowa wersja Wielkiej Księgi nie stała się w środowisku polskich AA
wstrząsem i szokiem. No… może i tak, tym niemniej pamiętam też jak pacierz
słowa: stosowanie półśrodków nic nam nie
dało…
sobota, 11 stycznia 2014
Jestem bezsilny. To dobrze
Powołani
zostaliśmy do radości. Wierzę w to, może naiwnie, ale wierzę. W związku z tym
zadaję sobie czasem pytanie, czemu tak niewielu z nas, albo tak rzadko,
potrafimy się radować, prawdziwie cieszyć się życiem, a nie chwilę pośmiać z
opowiedzianego przez kolegę dowcipu? Odpowiedzi jest pewnie całe mnóstwo, ale
ja chciałbym skupić się na jednej, na pokorze. A raczej jej braku.
Pisząc
o pokorze nie mam jednak na myśli uniżonej postawy względem kogoś, ani, tym
bardziej, upokorzenia - pokora, w moim rozumieniu, to zgoda na rzeczywistość
taką, jaka ona jest i zaprzestanie walki z faktami.
Nie
od dziś wiadomo, że nierealistyczne oczekiwania rodzą zawody, rozczarowania,
urazy i żal - uczucia, które tłumią radość życia. Niektórzy, pragnąc radość
życia uzyskać i odzyskać, walczą z rozczarowaniami i urazami, ale jest to
działanie wyjątkowo mało efektywne, może nawet przynosi doraźną ulgę, ale
niewiele więcej. Podobnie jest z tabletką od bólu zęba, lub kieliszkiem
koniaku. A w takim razie może warto nauczyć się rezygnować z krótkotrwałych
zysków na rzecz długofalowych efektów? No, tak… tylko jak to zrobić?
W
moim środowisku często można usłyszeć powiedzenie: "Jest Bóg - ja Nim nie
jestem". Naiwne? Czyżby? Jakże często, cóż z tego, że nie zawsze
świadomie, próbujemy wchodzić w Jego rolę i uzurpować sobie Jego kompetencje?
Oczywiście, to się nie udaje, bo i udać się nie może, a wtedy właśnie pojawiają
się, wymienione wyżej, mało przyjemne efekty nierealistycznych oczekiwań.
Za
niezwykle ważny w tym temacie uważam fragment modlitwy Reinholda Niebuhra,
amerykańskiego teologa i duchownego ewangelickiego:
Boże, użycz mi pogody ducha,
Abym godził się z tym, czego nie mogę
zmienić,
Odwagi, abym zmieniał to, co mogę
zmienić,
I mądrości, abym odróżniał jedno od
drugiego.
Czytaj cały artykuł.
środa, 1 stycznia 2014
Notatki sponsora (odc. 016)
Od pewnego czasu, zapewne z
powodu większej niż kiedyś wrażliwości na ludzkie cierpienie, obserwuję, jak
niektórzy podopieczni, znajomi czy przyjaciele z AA przeżywają rozterki,
zawody, rozczarowania naszym środowiskiem, pewnymi postawami, które wydają się tutaj
dominować, sprawiają wrażenie akceptowanych, pozornie nawet pożądanych. Znam to
wszystko z własnego doświadczenia, pamiętam złość, urazy, pretensje i żal, że
oni…, że on…, że nie rozumieją…, że nie chcą… Wyciągnął mnie z tego stanu
sponsor, powtarzając do znudzenia, że we Wspólnocie AA jest tylko jeden
człowiek zobowiązany do przestrzegania zasad: ten, który sam przestrzegać ich
postanowił. Resztę przyniósł czas, rozwój osobisty, praca z podopiecznymi,
literatura… Resztę, czyli zrozumienie, że jeżeli wysokie standardy moralne (nierozłącznie związane z wartościami duchowymi)
utrzymuję tylko dlatego, żeby na kimś coś podobnego wymusić, to… to czas, bym
wrócił do Kroku Jedenastego i błagał o pomoc i wsparcie w korygowaniu intencji.
„Stosowanie półśrodków nic nam
nie dało, znajdowaliśmy się ciągle w punkcie wyjściowym” – często usłyszeć
można w środowisku, w którym się obracam. Nie jestem pewien, czy w punkcie
wyjściowym, nie jestem przekonany, czy faktycznie zupełnie nic nam nie dało.
Natomiast wiem już, doświadczyłem, że stosowanie półśrodków przynosi połowiczne,
nie wykluczone, że jeszcze bardziej ograniczone efekty. Efekty pozorne,
niesatysfakcjonujące, ani mnie, ani tego, kto zlecił, prosił, miał nadzieję,
oczekiwał, powierzył.
Lenistwo jest ucieczką od
wysiłku, zobowiązań, odpowiedzialności, ale uciekać potrafię już też w dużo, w za
dużo, w coraz więcej. Widząc, ile to ja mam rzeczy do zrobienia, spraw do
załatwienia, wszyscy oni powinni zrozumieć i wybaczyć… mierne efekty,
bylejakość. A jednak nosem kręcą, krzywią się, dziękują zdawkowo, bez autentycznej
wdzięczności. Właściwie… przecież mnie też już nie służy chaotyczność, połowiczność,
działania pozorne, różne „zamiast”… A jeżeli jednak służy (albo tak mi się
wydaje), to czy przekonają mnie czyjeś dąsy, urazy i wyrzuty?
Z wiekiem okazuje się, że te same
działania wymagają nieco więcej czasu niż w młodości; więcej i coraz więcej –
to zupełnie normalne i naturalne, choć niekoniecznie miłe. A jeśli tak, to może
przestałbym w końcu walczyć z faktami, sprzeczać się z rzeczywistością,
ignorować ją i naginać? Może przestawiłbym się wreszcie na mniej, ale
spokojniej, dokładniej, z szansą na satysfakcje, zadowalający efekt końcowy?
Jeśli tak, jeśli już rozumiem, czuję, a nawet się zgadzam, pozostają dwa
„drobiazgi”: umiejętność dokonywania wyborów oraz trudna sztuka rezygnacji.
piątek, 20 grudnia 2013
Koncepcja Czwarta i Tradycje
Koncepcja
Czwarta: Wszystkie
poziomy służby AA powinny mieć przyznane tradycyjne „Prawo do
Uczestnictwa", pozwalające na głosowanie proporcjonalne do ponoszonej
odpowiedzialności.
Tradycja
Ósma: Działalność
we Wspólnocie AA powinna na zawsze pozostać honorowa, dopuszcza się jednak
zatrudnianie niezbędnych pracowników w służbach AA.
Tradycja
Dziewiąta: Anonimowi
Alkoholicy nie powinni nigdy stać się organizacją; dopuszcza się jednak
tworzenie służb i komisji bezpośrednio odpowiedzialnych wobec tych, którym
służą.
Koncepcja
Czwarta i Tradycje Wspólnoty AA
Usłyszałem
niedawno, że jest w Polsce grupa AA, której prowadzący odczytuje podczas
mityngu zawarte w scenariuszu zdanie: w związku z Czwartą Koncepcją, czyli
prawem do uczestnictwa, proszę ograniczyć swoje wypowiedzi do trzech minut.
Ups! Kiedy osłupienie mi przeszło, pomyślałem, że może jednak napiszę coś
o swoim rozumieniu tej kwestii. Oczywiście racji mieć nie muszę, to tylko takie
moje… rozważania.
Dawno, dawno
temu z wielkim zaskoczeniem odkryłem, że Program Dwunastu Kroków jest całością.
Oczywiście Kroki należy realizować kolejno – przynajmniej za pierwszym razem,
pracując ze sponsorem – ale później żyję przecież, stosując wszystkie wskazówki
w nich zawarte, we wszystkich swoich codziennych poczynaniach. Czasem porównuję
to do szkoły, na przykład technikum – najpierw klasa pierwsza, później druga,
trzecia itd., bo nikt przecież nie uczy się we wszystkich klasach jednocześnie,
ale nie zmienia to faktu, że technikum jest całością, po jego ukończeniu, w
pracy, wykorzystywał będę wszystkie zdobyte wiadomości i umiejętności razem,
nie dzieląc ich przecież na te pierwszo- czy drugoklasowe. W każdym razie
zapewne dlatego właśnie zrozumienie, że Tradycje też są całością i że łączą się
one w kolejną, większą całość z Koncepcjami, nie zaskoczyło mnie już aż tak
bardzo, a i zrozumienie nie stanowiło wielkiego wyzwania.
Pierwszy poważny kłopot pojawia się już podczas lektury samej Koncepcji Czwartej, bo głosowanie
proporcjonalne do ponoszonej odpowiedzialności pozornie sugeruje, że osoby o
większej odpowiedzialności mają proporcjonalnie więcej głosów do dyspozycji,
albo że ich głosy mają większą wagę i znaczenie. Tak jednak nie jest, ale…
najpierw odrobina historii.
Kiedy
Wspólnota liczyła kilkuset członków albo kilka tysięcy, kiedy książki
(„Anonimowi Alkoholicy”) jeszcze nie było, albo była, ale sprzedawała się
słabo, zawsze znajdowali się chętni do wykonania na rzecz Wspólnoty takich czy
innych prostych zadań. Z czasem, wraz ze wzrostem liczebności, pojawiły się
problemy, bo prace, które należało wykonać, przekraczały swoim rozmiarem dobrą
wolę, możliwości albo kwalifikacje wolontariuszy. Pojawiło się też pytanie, czy
ktokolwiek (oczywiście chodziło głównie o Bill W.) jest zobowiązany bez
wynagrodzenia pisać książki dla Wspólnoty. W taki sposób narodziła się Ósma Tradycja,
opublikowana bodajże w czerwcu 1946, ale przyjęta wraz z innymi przez Pierwszą
Międzynarodową Konwencję AA w Cleveland dopiero w 1950 roku.
Pierwszym
krokiem Billa W. i doktora Boba w tworzeniu struktury służb światowych
była Fundacja Alkoholików (od 1954 roku Zarząd Służb Ogólnych, GSO), której
członkami byli także nie alkoholicy. Tak jest zresztą do dziś, choć
obecnie proporcje są nieco inne niż wtedy. Tradycja Dziewiąta dopuszczała
wprawdzie tworzenie służb i komisji odpowiedzialnych wobec tych, którym służą,
ale jednocześnie nie pozwalała na przekształcenie Wspólnoty AA w organizację. O
co tu chodzi?
Cech
charakteryzujących organizację jest na pewno całe mnóstwo, ale w tym momencie chcę
zwrócić uwagę na jedną: w typowej organizacji odpowiedzialność dość często nie
jest bezpośrednio powiązana z władzą, rozumianą tu jako zdolność
do podejmowania decyzji. W jednostce wojskowej albo korporacji rozkazy
wydaje dowódca (dyrektor), ale ostateczna realizacja zadania należy, a
odpowiedzialność za nie spoczywa w rękach szeregowych żołnierzy (robotników),
którzy z kolei nie mają żadnego udziału w zarządzaniu, podejmowaniu decyzji.
Oczywiście są firmy i instytucje, w których taka organizacja i struktura dobrze
się sprawdzają, ale Wspólnota AA jest wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju.
Początkowo
Wspólnota zarządzana była w sposób autorytarny – nieomalże o wszystkim decydowali
Bill i Bob. Przekazali oni swoje uprawnienia (władzę) Powiernikom i… doszło do
sytuacji szczególnej, o której Bill W. pisał: W ten właśnie sposób pierwsi
Powiernicy otrzymali całą możliwą władzę. Większość faktycznej
odpowiedzialności za postępowanie Centrali AA tak czy inaczej spoczywała jednak
na mnie, na mojej asystentce i jej zespole. Z jednej strony stali więc
Powiernicy, którzy mieli pełną władzę, a z drugiej założyciele i kierownicy
biura, którzy mieli wielki zakres odpowiedzialności, ale praktycznie żadnych
uprawnień. Był to rodzaj schizofrenii i powód poważnych kłopotów*.
W grupie AA
(w Intergrupie, Regionie) wszyscy mamy równe prawa. Początkujący i weterani są
takimi samymi anonimowymi alkoholikami, więc w równym stopniu mają prawo
uczestniczyć w życiu Wspólnoty i kiedy przychodzi do głosowania, nie ma szefów,
podwładnych, czcigodnych mężów zaufania, nowicjuszy, sponsorów i podopiecznych.
Przede wszystkim jednak, żaden szczebel struktury Wspólnoty AA nie ma
ostatecznej władzy nad innymi. Bill W. pisał: Za każdym razem, gdy powstaje
władza absolutna, stanowi to zaproszenie dla tej samej skłonności do nadmiernej
dominacji we wszystkich sprawach, małych i wielkich. Dopiero po latach
zauważyliśmy, że nigdy nie można powierzać całej władzy jednej grupie, a
praktycznie całej odpowiedzialności innej, a następnie oczekiwać wydajnego
działania, nie mówiąc już o prawdziwej harmonii*, i to – jak się wydaje –
stanowi istotę Czwartej Koncepcji: we Wspólnocie AA nie ma władzy bez
odpowiedzialności, ani odpowiedzialności bez możliwości realnego uczestniczenia
w podejmowaniu decyzji.
Jeśli
chcesz uczestniczyć w podejmowaniu decyzji, musisz też zgodzić się na przyjęcie
część odpowiedzialności za wprowadzenie jej w życie. Jeśli twoja grupa czyni
cię za coś odpowiedzialnym (za twoją zgodą oczywiście), powierza ci jakieś
zadanie, powinna też umożliwić ci realne uczestnictwo w procesie podejmowania
decyzji w tej sprawie. Przy okazji - związek z Koncepcją Trzecią, zwaną w
skrócie „Prawem do decyzji”, wydaje się tu wyraźny.
Oczywiście
zakres znaczeniowy tej Koncepcji jest znacznie szerszy, bo tzw. „prawo do
uczestnictwa” wyraźnie koliduje z przyjmowaniem do AA (pozwala mi uczestniczyć w
każdym mityngu, jeśli tylko chcę przestać pić); dzięki niemu mogę też
czynnie uczestniczyć w głosowaniach itd. itp.
Ciekawy
problem podrzucił mi podopieczny, pytając o Delegatów Służby Krajowej AA,
którzy, formalnie rzecz biorąc, mogą brać udział w głosowaniach właściwie
każdego szczebla struktury Wspólnoty AA (struktury konferencji i struktury
służb, ale to już inna sprawa). Oznacza to, że ktoś taki może przyjechać na
inwenturę dowolnej grupy, wziąć udział w głosowaniu nad jakimś projektem, czyli
uczestniczyć w podejmowaniu decyzji, a po mityngu może spokojnie wrócić do
siebie, zostawiając realizację i odpowiedzialność grupie, na której gościł
pierwszy i ostatni raz w życiu. Nie wiem, czy są jakieś regulacje
formalno-prawne obowiązujące w tej sprawie, ale bardzo w to wątpię. Wspólnota
AA, której jestem członkiem – i tak odpowiedziałem podopiecznemu – w 98% opiera
się na dwóch tylko elementach: osobistej odpowiedzialności i zaufaniu. Jak
dotąd – działa i to całkiem nieźle. Ale co tam Delegaci, po co sięgać aż tak
daleko! Dwie grupy w mieście uważam za swoje grupy „domowe” („macierzyste”); mam,
lub miewam w nich służbę. Podczas spotkań organizacyjnych albo inwentury tych
grup biorę udział w głosowaniach z pełnym zaangażowaniem. Ale zdarza się też,
że trafiam na inwenturę jakiejś innej grupy – nie pełnię w niej żadnej służby,
bywam sporadycznie. Słucham wtedy uważnie, czasem podzielę się jakimś
doświadczeniem, ale nie uczestniczę w głosowaniu, nie biorę udziału w
podejmowaniu decyzji, bo wiem przecież, że nie zostanę tu „na zawsze” i w żaden
sposób nie będę uczestniczył w realizacji podjętych decyzji i – co
najważniejsze – w ponoszeniu odpowiedzialności za nie.
Grupa, w
której decyzje podejmuje jej założyciel, weteran, lokalny guru, reszta
natomiast odpowiada za realizację jego poleceń, nie jest grupą AA. Kilka osób,
z których jedna tylko rządzi, na przykład alkoholik, który przestał pić i z
tego tytułu przydzielił sobie jakieś szczególne prawa, a pozostałe osoby mają
odpowiadać za wykonanie jego rozkazów oraz ich konsekwencje – nie jest rodziną.
Tak to widzę.
--
* Bill W.
„Dwanaście Koncepcji Służb Światowych” („Twelve Concepts for World Service”).
Po
opublikowaniu tego tekstu kilka osób pytało mnie, czy w scenariuszu mityngu nie
wolno umieścić zapisu o ograniczeniu czasowym poszczególnych wypowiedzi, dzięki
temu zorientowałem się, że nastąpiło pewne nieporozumienie, zapewne z mojej
winy. Ależ oczywiście, że wolno! Bo i kto niby miałby tego zabronić? Tradycja
Czwarta mówi przecież wyraźnie o autonomii grup AA i jeśli tylko sumienie grupy
taki zapis przyjęło (sumienie, a nie lokalny weteran!), to wszystko jest w
porządku. Zastanawiam się tylko, czy nie spłycamy Czwartej Koncepcji, redukując
jej znaczenie do drobnych spraw porządkowych. Ograniczać wypowiedzi, jeśli na
grupie taki problem rzeczywiście występuje, można i bez wytaczania ciężkich
dział w postaci odwoływania się do Koncepcji. Zwłaszcza, że nadal są to jednak
Koncepcje dla służb (światowych albo
AA w Polsce).
sobota, 14 grudnia 2013
Notatki sponsora (odc. 015)
Tak sobie myślę, że spotkania
AA potrafią przynosić wiele nowych, zaskakujących doświadczeń i to z dziedzin
bardzo – wydawałoby się – od siebie odległych. Przykłady: cenę towaru/usługi negocjować
należy przed zorientowaniem się, ile sztuk chcemy kupić, alkoholicy nie mają
prawa (sic!) interesować się, czy ich działanie podejmowane w ramach realizacji
V Tradycji przynosi w ogóle jakiekolwiek efekty, jednak wydawać bez skrupułów pieniądze
Wspólnoty na to działanie mogą i powinni jak najbardziej, to sumienie grupy drogą
głosowania decyduje, co jej członkowie mogą robić po mityngu, w imieniu grupy
występować może każdy, komu się zachce…
Tak, świat stale się zmienia i wygląda
na to, że powoli zaczyna mnie już przeganiać – za „moich czasów” (pracowałem w
handlu 15 lat) inną cenę negocjowałem, gdy chciałem kupić 5 sztuk czegoś tam, a
zupełnie inną, gdy zamawiałem 10 tysięcy, moja grupa AA nie próbowała
decydować, co mi po mityngu wolno i co powinienem robić, grupę reprezentował na zewnątrz (poza strukturami AA)
jej rzecznik, a trzeźwi ludzie zastanawiali się czasem, czy ich działania
przynoszą w ogóle jakieś efekty, bo może tylko niefrasobliwie trwonią cudze
pieniądze. Ale mniejsza z tym, starzeję się najwyraźniej i w obecnej rzeczywistości
wymądrzać się już chyba nie powinienem.
Najciekawsza w grudniu (Boże
Narodzenie nadchodzi?) była rozmowa z alkoholikiem, potencjalnym podopiecznym,
o „Bogu, jakkolwiek Go pojmujemy” i o wyznaniu/religii współzałożyciela
Wspólnoty, Billa. W wielkim skrócie postawa mojego rozmówcy: Bill W. był maklerem na
Wall Street, a Wall Street to wiadomo, Żydzi; on musiał się im podlizywać, bo był
tam poważnie zadłużony, ale my nie musimy, więc będziemy „robić” Program, jednak
pod warunkiem, że określenie „Bóg, jakkolwiek Go pojmujemy” zastąpimy Jezusem
Chrystusem. Padł także argument odwołujący się do pewnego starego artykułu
księdza Dziewickiego. Znam ten tekst, zresztą całkiem niedawno publikowany był
w biuletynie okolicznościowym „Inna bajka bis”. Ksiądz Dziewiecki napisał w
nim: „Zawsze jednak chodzi o odkrywanie prawdziwego Boga, którym dla Billa W.
był Bóg objawiony w Jezusie Chrystusie”.
Na zamianę się nie zgodziłem („Boga,
jakkolwiek Go pojmujemy” na Jezusa Chrystusa), źle też znoszę próby stawiania
mi warunków, więc ze sponsorowania nic nie wyszło, ale samo stwierdzenie
księdza szczególnie mnie zainteresowało – od wielu lat interesuję się historią
Wspólnoty, jej założycieli, pierwszych weteranów, i przyszło mi na myśl, że
tak naprawdę nie wiem, jakiego wyznania był Bill W., o ile w ogóle
jakiegokolwiek. Ale od czego członkowie Wspólnoty AA mają literaturę AA?
Przekazy historyczne
potwierdzają bliską znajomość, może nawet przyjaźń, Billa W. z prałatem
Sheenem, ojcem Dowlingiem, pastorem Samem Shoemakerem z Kościoła Episkopalnego
i zapewne innymi jeszcze duchownymi, jednak w oficjalnej literaturze Wspólnoty
AA znaleźć można takie oto stwierdzenia:
Nie interesuje
nas to, jakie są wierzenia naszych członków. Są to sprawy całkowicie prywatne. WK s. 23.
Właśnie
w tym miejscu rozstałem się z pastorami i systemami religijnymi znanymi
ludziom. Gdy mówili mi o uosobionym Bogu, który jest miłością, nadludzką siłą i
wskazaniem, irytowałem się i odrzucałem tę teorię. Przyznawałem natomiast, że
Chrystus z pewnością był wielkim
człowiekiem, niezbyt dokładnie naśladowanym przez tych, którzy Go wyznają. WK s. 9.
Patrząc
z perspektywy, Lois [żona Billa] była przekonana, że Bill nie miał zamiaru, w
żadnym wypadku, naprawdę się nawrócić. Mówiła: „Nigdy naprawdę nie nurtowała go
myśl o nawróceniu się”.
„Przekaż dalej” s. 303.
Jedyną
rzeczą, która trochę mnie niepokoi jest niezdolność Kościoła do wyznania swoich
grzechów.
„Przekaż dalej” s. 304.
W
pochodzącym z 1948 roku liście do Clerna L. czytamy między innymi: „Rzeczą,
która wciąż drażni mnie we wszystkich instytucjonalnych religiach, jest to, że
wszystkie one roszczą sobie cholerne pretensje do absolutnej racji. Każda z
nich wydaje się sądzić, że ma bezpośrednie połączenie z Panem Bogiem, a jej
duchowe wody są niczym kryształ. Wielkie religie, aby zapewnić sobie nowych
wyznawców bądź ukarać niewiernych, gwałciły wszystkie znane prawa, ludzkie czy
boskie”.
„Przekaż dalej” s. 306.
Jeśli ktoś z czytelników zna
jeszcze jakieś inne źródła informacji (w języku polskim) na temat stosunku
Billa W. do takiej czy innej konkretnej religii, to proszę o informację.
Subskrybuj:
Posty (Atom)