środa, 2 listopada 2016

Notatki sponsora (odc. 074)

Z moich obserwacji wynika, że znacząca większość (ponad 90%) uczestników mityngów Anonimowych Alkoholików w Polsce miała też kontakt – krótszy albo dłuższy i z różnym skutkiem – z jakąś formą psychoterapii, najczęściej odwykowej albo DDA. W związku z tym na mityngi AA przeniesionych zostało wiele elementów ze świata profesjonalnej psychologii, psychiatrii oraz terapii. Efekt tego jest różny, czasem nawet korzystny, innym razem nieco mniej, a bywa też i zabawnie. Podczas mityngów można by się tym prawie zupełnie nie przejmować – prawie, bo nowicjusze słuchają i mogliby coś źle zrozumieć – jednak poważniejsze kłopoty mogą pojawić się wtedy, kiedy AA-owscy sponsorzy włączają elementy psychoterapii do pracy z podopiecznymi. W dobrej wierze zapewne i dla dobra podopiecznych, ale…

Oto kilka przykładów plus moje wątpliwości i uwagi:

1. Nieśmiałość.
Sponsor zaleca nieśmiałemu podopiecznemu, żeby wypowiadał się na mityngach, a nawet zgłosił się do służby prowadzącego. No, nie wiem… Wspólnota Anonimowych Alkoholików dysponuje rozwiązaniem problemu alkoholizmu, nie zajmuje się przecież leczeniem nieśmiałości. W taki sam sposób moglibyśmy też leczyć lęk wysokości  zmuszając podopiecznych do spacerów na krawędzi dachu.

2. Dziecko.
Alkoholiczce zaproponowano służbę w grupie AA. Odparła z pełną powagą, że właśnie odnalazła swoje wewnętrzne dziecko i musi się nim intensywnie opiekować, tak więc czasu na pełnienie służby we Wspólnocie nie ma. Bez komentarza.

3. Granice.
Od lat obserwuję, jak rozpadają się związki alkoholików płci obojga, rozpadają się po kilku latach abstynencji. Dlaczego? Związek przetrwał lata destrukcyjnego picia, ale nie wytrzymał jego/jej trzeźwienia? Zastanawiam się, czy może to mieć coś wspólnego z nauką stawiania granic prowadzoną na różnych terapiach. Może zamiast tych granic (nie zbliżaj się – to moje!) warto byłoby nauczyć się budowania bliskości, więzi, zaufania?

4. Asertywność.
Tak modna w ostatnich latach, tak lansowana przez psychologów i media, że zaczęła być uważana (na szczęście nie powszechnie jeszcze) za zaletę, dodatnią lub pozytywną cechę charakteru, jak na przykład uczciwość. Asertywność definiowana jest w słowniku prosto (http://sjp.pwn.pl/sjp/asertywny;2441510.html ), jednak warto pamiętać, że jest to umiejętność, a nie cecha charakterologiczna, i to umiejętność nabyta, wyuczona.
W określonej sytuacji człowiek może zachować się agresywnie, asertywnie albo ulegle (wycofująco).  Uważam, że prawdziwą zaletą jest umiejętność dostosowania własnej postawy do prawidłowo rozpoznanej sytuacji (zdarzenia), a nie bezmyślne stosowanie asertywności bez względu na okoliczności, bo… modna. Kiedy w moją stronę zmierza trzech osiłków z kijami bejsbolowymi, wznosząc wrogie okrzyki, grożąc mi pobiciem albo śmiercią, to po prostu uciekam i wzywam pomocy, nie próbując nawet… otwarcie i jednoznacznie wyrażać swoje potrzeby, uczucia i opinie (z definicji asertywności). 
Asertywność to niewątpliwie umiejętność wielce przydatna, ale chyba nieco przereklamowana. Warto też zastanowić się, czy innym ludziom rzeczywiście w całej rozciągłości pozwalamy na asertywność, bo może okazać się, że korzystna i wygodna jest ona dla nas samych, ale u innych takie… asertywne zachowania uznalibyśmy po prostu za raniące. Tu przypomina mi się zasłyszany kiedyś komunikat: Każdy ma prawo odmówić, ale dlaczego mnie?!

wtorek, 1 listopada 2016

Notatki sponsora (odc. 073)

W przedziale dalekobieżnego pociągu relacji Warszawa-Lwów podróżuje dwóch mężczyzn, wyglądających na starozakonnych. Młodszy, dwudziestoparoletni, raczej skromnie choć czysto ubrany oraz starszy, w średnim wieku, sądząc po ubiorze – dość zamożny.

- Przepraszam, która jest godzina? – pyta w pewnej chwili młodszy.
- Nie! Nigdy! Po moim trupie! – odpowiada nagle poirytowany starszy.
- ??? – młody człowiek jest skonsternowany.
- I co się tak gapisz, jak żaba na piorun?! – pyta z irytacją starszy podróżny – czy ty myślisz, że ja nie wiem, o co chodzi? Zaraz ci udowodnię, że na takie sztuczki nabrać się nie dam!
Pytasz mnie o godzinę – kontynuuje pewny siebie – a ja, jako człowiek uprzejmy, wyjmuję zegarek, sprawdzam i podaję ci godzinę. Ty dziękujesz i jednocześnie komplementujesz mój zegarek. Ja odpowiadam, że rzeczywiście jest drogi i wyjątkowy, że mam go po ojcu. Ty pytasz o ojca, więc potwierdzam, że był bardzo zamożnym człowiekiem, miał fabrykę cukierków. Ty zagadujesz z tym swoim uroczym uśmiechem, że masz nadzieję, że mnie nie powodzi się gorzej, to ja – zgodnie z prawdą – mówię, że rozbudowałem znacznie jego interesy, mam trzy fabryki słodyczy.  
- I… i co dalej? – pyta osłupiały młodzian.
Wyglądasz na grzecznego młodzieńca, więc pytasz o moje zdrowie – opowiada starszy, wyraźnie z siebie dumny – a następnie o zdrowie mojej rodziny. Wtedy wychodzi na jaw, że mam trzy córki. A gdy pociąg zacznie zwalniać, poinformujesz mnie, że tak się składa, że wysiadamy na tej samej stacji, a ty nie masz noclegu. Ja mam w mieście duży dom i… itd. itd. Więc od razu informuję, że nie, nigdy, mowy nie ma! Żadna z moich córek nie poślubi gołodupca, które nawet zegarka nie ma. Po moim trupie!


Jest kilka kawałów, które przydają mi się w pracy z podopiecznymi, na przykład kawał o powodzi, bo ilustrują znakomicie jakiś aspekt choroby alkoholowej. Czy kawał o zegarku i podróżnych do czegoś się przyda – jeszcze nie wiem. W każdym razie przyszedł mi na myśl w chwili, gdy przypomniały mi się, specyficzne chyba dla psychicznej choroby zwanej alkoholizmem, zachowania, postawy, reakcje… nie, nawet nie z czasów picia, bo nie musiałem być pod wpływem alkoholu, żeby to robić, żeby tak się zachowywać, więc niech będzie, że z czasów przed wytrzeźwieniem.

Powiedzmy, że załatwiam jakąś sprawę (urząd, instytucja, sklep, nieważne), rozmawiam z kolegą, członkiem rodziny albo po prostu znajomym na jakikolwiek temat, ten zwykle nie jest taki ważny. Rozmowa się kończy, wracam do domu. Już po drodze albo dopiero wieczorem uruchamiam komplikator. Zaczynam analizować rozmowę słowo po słowie. Prędzej czy później, ale raczej prędzej, dochodzę do wniosku, że pewne wyrazy, szyk zdania, ton głosu, mimika, wyraźnie przecież świadczą o tym, że mój rozmówca totalnie mnie ignoruje, drwi sobie ze mnie, naśmiewa się, szydzi, lekceważy, obraża, próbuje oszukać, ośmieszyć albo coś w tym stylu.
Nad ranem nie mam już najmniejszych wątpliwości, że mam rację, teraz już tylko knuję zemstę albo użalam się nad sobą, albo jedno i drugie. A kiedy następnego dnia (za tydzień lub miesiąc) dochodzi do spotkania… nie, nie pytam o swoje podejrzenia. Ja przecież niczego nie podejrzewam, ja z całą pewnością wiem, jak było, o co mu chodziło.
Czasem stać mnie na częściową konfrontację i wtedy oznajmiam tylko chłodno swoją decyzję, nadal nie dopuszczając do jakichkolwiek wyjaśnień (nie pozwolę się przecież szubrawcowi nadal oszukiwać), ale częściej tylko stroję fochy i plotkuję na jego temat.


Tak, alkoholizm to straszna psychiczna choroba… 

niedziela, 9 października 2016

Notatki sponsora (odc. 072)

Miałem o tym nie pisać z dwóch powodów: po pierwsze, bo to oczywiste, a przynajmniej takie mi się prawie zawsze wydawało, a po drugie, bo uznałam, że obecnie psychoterapia odwykowa wygląda na pewno zupełnie inaczej niż ta, którą pamiętam sprzed lat kilkunastu, więc po co...

A sprawa jest banalna i dotyczy jednego z elementów psychoterapii odwykowej, który w czasach mojego leczenia nosił nazwę grupy motywacyjnej. Jak sama nazwa wskazuje w trakcie zajęć grupy motywacyjnej wzmacniana była (albo być miała) motywacja pacjentów do zaprzestania picia. Na samym początku wydawało mi się to całkiem sensowne – alkoholicy mieli chcieć przestać pić, mieli zrozumieć, że utrzymywać abstynencję naprawdę jest warto, że to się opłaca. Jednak zanim leczenie odwykowe, które w moim przypadku trwało trzydzieści miesięcy, skończyło się, zdawałem już sobie sprawę, że psychoterapeuci (w większości przemili ludzie, naprawdę starający się mi pomóc) nie są w stanie zrozumieć najbardziej chyba spektakularnego objawu choroby alkoholowej, to jest bezsilności wobec alkoholu, choć rozprawiali na jej temat bez końca i z wielkim zapałem. A to z kolei oznacza, że – przy najlepszych nawet chęciach – niewiele mogą mi pomóc.

Wyobraźmy sobie głaz, ważący dwie tony, dwa tysiące kilogramów. I alkoholika z gołymi rękami. Nie jest on w stanie głazu podnieść i rzucić na odległość jednego kilometra. To jest bezsilność. Wyobraźmy sobie żołnierza, który wypadł z samolotu bez spadochronu – bez względu na to, jaką przyjmie pozycję i co zrobi – zginie. To jest bezsilność. Wyobraźmy sobie najlepszego nawet pływaka na środku oceanu, tysiące mil od jakiegokolwiek brzegu – cokolwiek by nie zrobił i tak utonie. To jest bezsilność. 

Jaki sens i znaczenie mają najlepsze nawet systemy motywacyjne wobec bezsilności? Żadne. Zupełnie żadne. A próby budowania lepszej motywacji – w przypadku bezsilności – oznaczają tylko kompletnie niezrozumienie pojęcia i istoty tej bezsilności.

czwartek, 22 września 2016

Kto napisał Wielką Księgę?

Podobno jestem dziwakiem (pseudonim zobowiązuje?), bo nie potrafiłbym nazwać siebie człowiekiem wierzącym, dodając przy tym beztrosko, że kompletnie nie wiem, w co wierzę. Nie oznacza to, że mam nadzieję określić jednoznacznie istotę i naturę Boga, ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby szukać, żeby starać się wiedzieć i rozumieć więcej. Dlatego też kiedyś przeczytałem Pismo Święte, a do wybranych fragmentów wracam stosunkowo często.
Podobne nastawienie mam wobec Programu AA. Kiedyś przyjąłem i założyłem, że to dobry sposób na moje życie, a w takim razie do rozwijania wiedzy, umiejętności, zrozumienia, gromadzenia i przekazywania doświadczeń, czuję się po prostu zobowiązany; uważam to za naturalne i oczywiste. 

Daleko mi do badacza, nawet nie mógłbym powiedzieć, że studiuję Wielką Księgę, bo do tego potrzebna byłaby perfekcyjna znajomość języka oryginału, a takowej nie posiadam. Tym niemniej czytałem „Anonimowych Alkoholików” wiele razy podczas pracy z podopiecznymi i dzięki temu polską wersję, przetłumaczoną podobno dość nieudolnie, poznałem całkiem nieźle. To z kolej spowodowało, że zaczęły pojawiać się pytania i różnego rodzaju wątpliwości. Tu chciałbym zadać jedno tylko, zapewne prowokujące, pytanie: komu naprawdę zawdzięczamy różne stwierdzenia, sformułowania, określone zwroty i inne takie fragmenty tekstu Wielkiej Księgi?

Usłyszałem kiedyś ciekawą historię zawartą w książce „The Book That Started It All: The Original Working Manuscript of Alcoholics Anonymous” (zdjęcie po lewej). Ja zapamiętałem ją mniej więcej tak… 

Wielka Księga pisana była w czasach przed pojawieniem się komputerów i internetu, a więc maszynopis przesyłany był z Akron (dr Bob), do Cleveland (Clarence S.), stamtąd do Nowego Jorku (Bill W.) i z powrotem wiele razy, a za każdym, biorący udział w tym projekcie pierwsi weterani, coś tam zaznaczali, coś korygowali, robili jakieś uwagi i dopiski różnymi kolorami, proponowali zmiany… Ostatecznie maszynopis był – delikatnie mówiąc – raczej mało czytelny i wyglądał tak, jak na obrazkach niżej (niestety, nie dysponuję zdjęciami w większym formacie).

Kiedy wersja ostateczna została uzgodniona, przyjaciel Billa i sekretarka (czyżby Hank P. i Ruth H.?) zanieśli dzieło do drukarni. Drukarz stwierdził, i trudno mu się dziwić, że takiego tekstu nie przyjmie i muszą to poprawić, bo on nie wie, które słowa i zdania są obowiązujące. Tak więc zaczęli gorączkowo poprawiać, ale szybko zorientowali się, że zabraknie im czasu, i wtedy wcisnęli drukarzowi w ręce pogryzmolony maszynopis twierdząc, że jednak musi poradzić sobie sam. Co - jak widać, skoro książka została wydana -  jakoś jednak zrobił.
W takim razie, czyją wersję tak zapamiętale poznajemy z podopiecznymi, Billa W., czy drukarza? Czy naprawdę tak ważne są niuanse zapisu, pojedyncze zdania i wyrazy, czy może jednak idea?  








Irena H. z Akron powiedziała kiedyś na spikerce w Opolu, że my, tutaj w Polsce, mamy problem z tłumaczeniem, ale oni tam, alkoholicy w USA, od początku nieomalże zmagają się z interpretacją Wielkiej Księgi. Zapewne więc poznawanie jej ma sens, wartość i znaczenie, trzeba jednak uważać, żeby zbytnie skupienie na pojedynczych drzewach, nie odebrało nam zdolności doświadczenia lasu jako całości...

wtorek, 13 września 2016

Notatki sponsora (odc. 071)

Uczestniczyłem niedawno w mityngu, mityngu AA dodam, bo to ważne, którego przebieg skłonił mnie do paru rozmyślań, a wreszcie do wyciągnięcia wniosków i sprecyzowania własnego zdania w przynajmniej dwóch tematach.

Podczas czytania Kroków i Tradycji alkoholiczka zaznaczyła wyraźnie, że jest to jej drugi mityng w życiu. I bardzo dobrze zrobiła, ale… na prowadzącym nie wywarło to kompletnie żadnego wrażenia i tematami mityngu miał nadal być Krok Dziewiąty, Dziewiąta Tradycja i trudne dość rozważania z Codziennych Refleksji. W tej sytuacji zaproponowałem temat dodatkowy, o rozwiązaniu problemu alkoholizmu, jakim dysponuje Wspólnota AA od wielu lat, jednak – jeśli dobrze pamiętam – tylko ja się na niego wypowiedziałem, czyli starałem się wyjaśnić kilka podstawowych zagadnień.

I tak się zastanawiam, czy specyficzne problemy nowicjuszy powinniśmy, jako grupa AA, uwzględniać tylko na ich pierwszym mityngu? Bo na drugim, trzecim itd. można ich już ignorować, zajmując się niewątpliwie znacznie ciekawszymi, własnymi sprawami?
Wniosek, oczywiście mój prywatny: wręczenie nowicjuszom trzech ulotek na pierwszym mityngu, to chyba jednak nie wszystko, do czego jesteśmy w AA zobowiązani.

Dalej też było ciekawie. Kolega poprosił o pomoc w zrozumieniu pojęcia uczciwości wobec siebie i tu wiele do powiedzenia miała… niealkoholiczka. I znów zaintrygował mnie kompletny brak reakcji prowadzącego, rzecznika…  Dodam też, że nie był to pierwszy raz w moim mieście, gdy podczas mityngu Anonimowych Alkoholików głos zabierał albo jakieś pytania zadawał ktoś z gości, osoba nieuzależniona. Tylko… po co? Dlaczego? Czyżby niewątpliwa atrakcyjność pani miała w tych przypadkach jakieś znaczenie?

Jestem członkiem Wspólnoty AA. Tak, Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Nie czuję przynależności ani żadnej więzi z jakąś wspólnotą integracyjną, czy czymś takim. Mamy mityngi otwarte (mam na myśli te grupy, na które chodzę najczęściej) i bardzo dobrze, ale to nadal nie znaczy, że mile widziani goście, osoby nieuzależnione od alkoholu, mają się na tych mityngach wypowiadać. Na jakikolwiek temat.

Grupa AA ma sporą niezależność. Może nawet odrzucać niektóre Tradycje, ale – tak mi się wydaje – kiedy już neguje Preambułę AA, przestaje być grupą AA. W tekście tejże Preambuły czytam, że: Anonimowi Alkoholicy są wspólnotą mężczyzn i kobiet, którzy dzielą się nawzajem doświadczeniem, siłą i nadzieją, aby rozwiązać swój wspólny problem i pomagać innym w wyzdrowieniu z alkoholizmu. Ano, właśnie… pomagać innym w wyzdrowieniu z alkoholizmu… ALKOHOLIZMU, a nie z zaburzenia DDA, DDD, bulimii, anoreksji, pracoholizmu, uzależnienia od gier, seksoholizmu itd. itd.
W grupach AA staramy się rozwiązać nasz wspólny problem, a problemem tym, i jedynym dla nas wspólnym, jest ALKOHOLIZM. I tylko alkoholizm.

Przesadzam? W mojej pipidównie mogłoby się tak wydawać, ale… może po prostu dmucham na zimne? Bo w wielkich miastach sprawy zaszły znacznie dalej. W jednym, na grupie AA, służby pełnią niealkoholicy, a pracoholik próbuje sponsorować alkoholika. W innym grupy AA musiały zmieniać scenariusze albo wręcz na powrót zamykać mityngi, żeby jakoś obronić się przed zalewem Al-anonek, DDA, narkomanów. Czy ludzie ci nie potrzebują pomocy? Ależ oczywiście, że potrzebują! Tyle, że nie pomocy Wspólnoty AA! Anonimowi Alkoholicy nie mają im nic do zaoferowania. No, może poza własnym nieadekwatnym poczuciem mocy…

Pamiętam z naszej literatury stwierdzenie:
Dajmy odpór dumnemu założeniu, że skoro Bóg umożliwił nam sukces w jednej dziedzinie, naszym przeznaczeniem jest stać się pośrednikami dla każdego*.

Narkomanom, hazardzistom, seksoholikom, anorektykom itd. może nie chcieć się założyć własną grupę, a może ich grupa (działająca w mieście od lat) im się nie podoba i lepiej się czują na mityngach Wspólnoty AA. Tylko… niby co w związku z tym? Czy to jest, i powinien, być problem Anonimowych Alkoholików?



Dla dopytujących informacja dodatkowa: nowicjuszką zająłem się sam, pogadałem z nią po spotkaniu, wyjaśniłem kilka spraw, wymieniliśmy się numerami telefonów… bo nie podeszła do niej po mityngu żadna kobieta…





---
* „Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość” strona 302.

czwartek, 21 lipca 2016

Notatki sponsora (odc. 070)

Najprostsza w logice jest zapewne implikacja. Znają ją i z czasem coraz pełniej rozumieją nawet małe dzieci. Implikacją zdań p oraz q nazywamy zdanie postaci: jeżeli p, to q. Jakiś przykład? Oczywiście, nie ma sprawy! Jeśli wsadzę rękę do wrzącej wody, to się oparzę. Jeżeli nie będę mył zębów, to mi będzie śmierdzieć z gęby. Jeżeli nie będę spał w nocy, to następnego dnia będę zmęczony. Proste? No niby tak, ale chyba niezupełnie, nie do końca, bo wydaje się, że zdolność rozumowania jeżeli… to… my, alkoholicy, mamy upośledzoną, nawet bez alkoholu w krwiobiegu. Dlatego między innymi twierdzę, że alkoholizm to poważna choroba psychiczna.

Jedni uważają mnie za jasnowidza, inni za bezczelnego zarozumialca, bo na narzekania alkoholika na samopoczucie, nie wynikające z wyraźnych powodów obiektywnych, na przykład śmierci w rodzinie, odpowiadam często pytaniem: Czego ostatnio nie robiłeś, jakich działań zaniechałeś, których zasad albo reguł już nie przestrzegasz?

…zmieniona psychika alkoholika umożliwia nagle łatwą kontrolę nad pragnieniem napicia się. Jedyny niezbędny wysiłek, to przestrzeganie kilku prostych reguł*.

…jedynym warunkiem było przestrzeganie paru prostych zasad**.

Kilka prostych reguł albo zasad! Niby takie to łatwe, ale… Świetnie rozumiem, że jeśli wypiję litr wódki, to będę pijany, ale ze zrozumieniem, że jeżeli przestanę robić, co do mnie należy (np. realizować sugestie), to będę się źle czuł, wrócą lęki, urazy, użalanie się nad sobą, wstyd, miałem dość długo spory kłopot.
Dawno, dawno temu odkryłem, że jeżeli nie będę kradł, to przestanę się też bać złapania, sądu, wyroku. Na szczęście na zrozumieniu tej jednej, banalnej implikacji, moje odkrycia się nie skończyły.

Nie robię codziennego obrachunku moralnego od dwóch tygodni – przyznaje niechętnie mój rozmówca – na mityngu nie byłem od dość dawna, wdzięczny nie mam za co być, ale… ale to na pewno nie z tego powodu źle się czuję, to chyba przez żonę, a może przez szefa…

Zaiste, alkoholizm to straszna choroba!

W istocie to my sami stworzyliśmy nasze problemy. Flaszka była i jest tylko ich symbolem***.

A najgorsze wydaje mi się to, że alkoholik może przestać pić, ale nadal generować będzie rozmaite problemy.



--
* „Anonimowi Alkoholicy”, wyd. II, s. XXI.
** „Anonimowi Alkoholicy”, wyd. II, s. 39.
*** „Anonimowi Alkoholicy”, wyd. II, s. 90.