środa, 30 października 2013

Notatki sponsora (odc. 011)

Padał deszcz, więc postanowiłem pojechać autobusem. Już z daleka zauważyłem coś dziwnego: na przystanku (zadaszona, obudowana z trzech stron, przeszklona budka) było jeszcze sporo miejsca, ale mimo to kilka osób stało obok i mokło. Kiedy podszedłem bliżej, szybko zorientowałem się, o co chodzi:  na przystanku, nie zwracając uwagi na urażone spojrzenia kilku oczekujących pań, stał starszy mężczyzna i, paląc papierosa, wyjaśniał nieco jakby zahukanemu, młodszemu towarzyszowi, że od wad charakteru, w tym palenia, ma go uwolnić Bóg, a nie on siebie sam.  Acha! – pomyślałem bez wielkiego entuzjazmu – kolega z AA. Nic dziwnego, że kilka osób woli mieć ubranie wilgotne niż śmierdzące. Do tego jakoś nieprzyjemnie zgrzytnęło mi w uszach to ma mnie uwolnić!, bo zabrzmiało jak żądanie, a nawet groźba.
Zdecydowałem się pójść pieszo…

Po drodze szybko zapomniałem o przystanku i nieznanym AA-owcu, za to wróciły różne wspomnienia i przemyślenia związane z moim paleniem. Paliłem ćwierć wieku, czasem (przy wódce) ponad dwie paczki na dobę, więc może dlatego właśnie nigdy nie wpadło mi do głowy nazywać swojego uzależnienia (nałogu) wadą charakteru. A w takim razie, co nią jest?

Według obecnych cen papierosów okradałem rodzinę z jakichś 8-10 tysięcy rocznie. Nie byłem w porządku wobec pracodawcy, bo dwunastu przerw „na papierosa” w czasie ośmiogodzinnego dnia pracy nie gwarantuje żaden kodeks. Zmuszałem rodzinę, w tym dziecko, do biernego palenia, arogancko lekceważąc sobie ich zdrowie, a nawet wyraźnie sformułowane prośby (żona, jako pielęgniarka, nie mogła w swojej pracy pojawić się w fartuchu cuchnącym dymem, błyskawicznie żółknące firanki i tapety) – w końcu paliłem za swoje, a przynajmniej tak mi się wtedy roiło.  Okłamywałem ich przecież bezczelnie co do kwot przeznaczanych na papierosy. Bezmyślnie niszczyłem swoje zdrowie – gdybym dostał wylewu albo w wyniku miażdżycy straciłbym nogi, to rodzina musiałaby się mną opiekować. Skoncentrowany na sobie i swoim nałogu, kompletnie ignorowałem innych ludzi – na dworcu, w pociągu, w publicznej toalecie, w lokalach… Fakt, że będąc stale pod wpływem wziewnych środków chemicznych zmieniających świadomość, nie jestem i nie mogę być trzeźwy, nawet gdy nie piłem, zupełnie mnie nie interesował.

W tym momencie przypomniały mi się zdania z WK: Egoizm, egocentryzm, koncentracja na samym sobie!…  To właśnie jest, jak sądzimy, zasadnicze źródło naszych kłopotów. Tak, to były moje wady, ale palenie – nie. Pamiętam też: Bardziej niż sobą zainteresujemy się bliźnimi. Zniknie egoizm. Obietnice te urzeczywistnić się powinny już w połowie drogi, tylko… czy po drodze by im było z moim paleniem? Bo jest tam jeszcze warunek: jeśli nad nimi pracujemy...

Co to ma wspólnego ze sponsorowaniem? W parze sponsor/podopieczny jeden tylko alkoholik wie już „jak”, a więc który z nich powinien określać warunki, zasady, formy i metody?

czwartek, 24 października 2013

Notatki sponsora (odc. 010)

Napił się alkoholik z kilkuletnią abstynencją. Trwało to zaledwie kilka dni i jeszcze nie wiadomo, co będzie dalej, tym niemniej, jako że pracował ze sponsorem i „zrobił” Program, natychmiast posypały się pytania o to, kto zawinił, co zawiodło? Czy sponsor był niekompetentny, czy metoda nieskuteczna, czy może szkoła nie taka, czy książka…, czy miasto…?
Oczywiście, jest to zdarzenie przykre i nic specjalnie dziwnego, że u wielu alkoholików rodzić może rozliczne wątpliwości i lęki, natomiast jest to też okazja, żebym uświadomił sobie, jak łatwo zapominam, że wszystko co mam, zawdzięczam Bożej łasce, a łaska – jak sama nazwa wskazuje – nie należy mi się jak psu buda i w każdej chwili może zostać cofnięta. Bóg – jakkolwiek Go pojmujemy – jest suwerenny i człowiek nie może Go do niczego zmusić, do niczego zobowiązać, takim bądź innym swoim zachowaniem, postępowaniem. Jest to także okazja, żebym zrozumiał wreszcie, że Bóg nie jest moim kumplem (choć wierzę, że mnie na swój sposób kocha), ani sympatycznym staruszkiem o życzliwym obliczu papcia Wojtyły. Ot, kolejne doświadczenie…

À propos doświadczenia – napisałem artykuł i wysłałem do biuletynu. Podziękowano mi grzecznie i zwrócono uwagę, że za mało w nim doświadczeń. Osłupiałem – w moim przekonaniu tekst składał się głównie z doświadczeń. Szybko odrzuciłem podejrzenie, że alkoholik z którym koresponduję jest nietrzeźwy, albo że piszemy o różnych tekstach. Jak mnie nauczono w drugiej klasie szkoły podstawowej, sprawdziłem rzecz całą w słowniku języka polskiego, upewniając się w ten sposób, że „doświadczenie” jest to: ogół wiadomości i umiejętności zdobytych na podstawie obserwacji i własnych przeżyć (definicje eksperymentów fizycznych i chemicznych pomijam), a nie – jak się to wydaje anonimowym alkoholikom w Polsce – jedynie bezrefleksyjna i pozbawiona wniosków, relacja z wydarzeń.

À propos słownika i poprawnej polszczyzny – „akredytacja” jest to:
1. «uprawnienie udzielone przedstawicielowi dyplomatycznemu lub prasowemu do pełnienia funkcji przy obcym rządzie lub organizacji międzynarodowej»
2. «zgoda udzielona dziennikarzowi na przekazywanie korespondencji z imprez publicznych»

…i raczej nie należy jej mylić z kosztami uczestnictwa w zlocie radości czy AA-owskiej zabawie, bo choć wśród dyplomatów zdarzają się zapewne alkoholicy, to jednak nie każdy alkoholik jest dyplomatą.

niedziela, 20 października 2013

Notatki sponsora (odc. 009)

Zadzwoniła znajoma z AA z prośbą o… coś w rodzaju konsultacji. Otóż jej podopieczna od pewnego czasu zaczęła zachowywać się dziwnie, czyli: przestała realizować zalecenia (chodziło o wypełnianie jakichś tabel, ale o szczegóły nie dopytywałem), za to wyraźnie wzrosło jej zainteresowanie sponsorką i przy każdej okazji dopytuje, co u niej, jak tam sytuacja w domu, a jak się czuje, co robi itp. Stało się to podobno mocno irytujące.
Zaproponowałem, z własnego doświadczenia, kilka dość drastycznych rozwiązań, na co koleżanka zawołała: nie, nie, tego wolałabym jej nie robić, bo wiesz… jak trzy miesiące temu zmarła moja córka, to ta podopieczna była dla mnie wielką podporą i wsparciem!
I już wszystko było jasne, i już nie trzeba było nic więcej.

Profesjonaliści mogliby pewnie wyjaśnić psychologiczne aspekty tego oraz podobnych przypadków. Ja też mógłbym napisać na ten temat kilka stron, tylko czy jest to potrzebne? W układzie sponsor-podopieczny nie ma lepszych i gorszych, ale to nadal nie znaczy, że jest to równorzędna relacja partnerska. Zrozumienia, emocjonalnej podpory, wsparcia (takiego czy innego) mam szukać u swojego sponsora, u kolegów i znajomych z AA, ale nigdy – nigdy! – u swojego aktualnego podopiecznego nowicjusza. I to zdecydowanie bardziej w jego, a nie w moim interesie. Czy szukanie emocjonalnego wsparcia u podopiecznych, obarczanie ich własnymi emocjonalnymi problemami jest czymś innym, niż pożyczanie od nich pieniędzy? Tak – jest czymś gorszym (moim zdaniem).

Przewodnik nie jest lepszy od turysty, ani od niego gorszy, jeśli jednak będzie od klienta oczekiwał pomocy i wsparcia, bo się pogubił, to czy można się dziwić, że jego autorytet pryśnie jak mydlana bańka, że straci zaufanie, natomiast turysta – pozbawiony poczucia bezpieczeństwa – co trochę dopytywać będzie lękliwie, czy przewodnik jest pewien, że teraz idą we właściwą stronę?

Jeśli jesteś lekarzem, o swoich problemach opowiadaj innemu lekarzowi albo po prostu koledze, a nie pacjentom. Jeśli jesteś nauczycielem, nie szukaj wsparcia u uczniów. Jeśli jesteś ojcem, szukaj wsparcia u żony albo innych dorosłych krewnych, ale nie u swoich małych dzieci. Jeśli jesteś akademickim wykładowcą… księdzem…

W naszym, AA-owskim, środowisku w Opolu, kiedy ktoś barwnie opowiada o rozlicznych korzyściach ze stosowania Programu i pracy ze sponsorem wynikających, można czasem usłyszeć: pokaż mi, do czego mnie przekonujesz.

sobota, 19 października 2013

Notatki sponsora (odc. 008)

Opole to jest takie dziwne miejsce, w którym często pewne wydarzenia w skali mikro (około stu anonimowych alkoholików, siedem grup) mają miejsce trochę wcześniej niż, w skali makro, to jest w całej reszcie Polski. Czyżby poligon doświadczalny AA?
Kiedy podczas mityngu grupy „Wsparcie” liczyłem alkoholików zgłaszających gotowość do sponsorowania (osiem osób na dwadzieścia obecnych) uświadomiłem sobie, że zbliża się kolejny kryzys. W moim mieście za chwilę, a za kilka-kilkanaście lat w Polsce.

Wspólnotę AA nie założyli w Polsce alkoholicy, ale profesjonaliści i terapeuci, i zrobili to dla dobra swoich pacjentów, i chwała im za to, bo w tamtych czasach mało realne było, żeby udało się to jakimś pijakom. Zawodowcy zrobili to najlepiej jak umieli, tego jestem pewien, jednak faktem jest, że nie przenieśli na nasz grunt tego, co w AA najważniejsze: Programu i idei sponsorowania. To są sprawy znane, ale tym razem chciałbym zwrócić uwagę na jeden tylko Krok AA – Dwunasty, bo uważam, że ma on szczególne, wyjątkowe znaczenie dla naszej przyszłości.

W WK wyraźnie i jednoznacznie napisano: Praktyka dowodzi, że nic lepiej nie umacnia niezależności od alkoholu, jak intensywna praca z innymi z innymi alkoholikami oraz: Jeśli nie pomaga innym z pewnością wróci do picia, a jeśli będzie pił z pewnością umrze, a w „Jak to widzi Bill”: Nasze główne zadanie wobec nowicjusza polega na umiejętnym zapoznaniu go z Programem.
Wyłaniający się problem polega na tym, że alkoholicy w Opolu już coraz częściej mają problem ze znalezieniem podopiecznych, nie mają kogo… zapoznawać z Programem, nie mają komu pomagać.
W tym momencie chciałem zażartować, że już niedługo sponsorzy w Opolu i w Polsce będą ze sobą konkurować (u mnie szybciej!, a u mnie skuteczniej!, a ja jestem z lepszej szkoły!), ale to chyba nie jest śmieszne.

Sponsor nauczył mnie szukania istoty rzeczy, odnajdowania tego co najważniejsze, więc pewnego razu postawiłem sobie ambitne zadanie – jednym tylko zdaniem odpowiedzieć na pytanie: jaki jest cel AA-owskich służb, struktur, konferencji, kart, poradników? Moim skromnym zdaniem odpowiedź brzmi: sprowadzić alkoholika na mityng AA.

Przez prawie czterdzieści lat w niesieniu posłania AA wyręczali nas terapeuci i lekarze, bo to przecież oni namawiali i wysyłali swoich pacjentów na mityngi AA, podczas gdy my trwaliśmy w trzeźwości w swoich przytulnych i bezpiecznych salkach mityngowych. Nie nauczyliśmy się jeszcze, a już na pewno nie tak skutecznie jakby należało, nieść posłanie AA poza obszar Wspólnoty AA.
Trudno zakładać, że profesjonaliści będą nas wyręczali w nieskończoność. Warunki się zmieniają… w gospodarce rynkowej…, ale to są tematy spoza Wspólnoty, więc roztrząsał ich nie będę. W każdym razie obawiam się i przewiduję, że to źródełko nowicjuszy może nam zacząć powoli wysychać.

W starej „Skrytce 2/4/3” w artykule „Nasz główny cel” znaleźć można stwierdzenie, za które jestem i będę wdzięczny mojemu sponsorowi do końca życia: Jeżeli trzeźwość nie rodzi trzeźwości, oznacza, że jej nie było, albo umarła jak drzewo, które uschło zanim zakwitło, pozbawione życiodajnego środowiska. Pamiętam także słowa: grupa AA bez weteranów pozbawiona jest doświadczenia grupa bez alkoholików ze średnią abstynencją pozbawiona jest stabilizacji, grupa bez nowicjuszy nie ma przed sobą przyszłości, które w tym kontekście skłaniają chyba do poważniejszego rozważenia.

sobota, 28 września 2013

Służbowe rozważania i uwagi

Podczas większości mityngów AA w Opolu Program AA jest obecny. I nie mam tu na myśli rytualnego odczytywania w koło Kroków i Tradycji. W Opolu sponsora nie trzeba szukać, wystarczy go sobie wybrać, bo więcej mamy gotowych do pracy sponsorów niż nowicjuszy. Nadszedł czas, by zastanowić się nad jakością służb pełnionych w grupach i ewentualnie, jeśli pojawi się taka potrzeba, poprawą tej jakości.

Moje doświadczenia, czyli… dlaczego pozwalam sobie zabierać głos w tym temacie? W pierwszym i drugim roku abstynencji przez kilkanaście miesięcy pełniłem służbę, którą dziś nazywamy służbą gospodarza albo herbatkowego – wtedy taka u nas nie istniała; po prostu przychodziłem dużo wcześniej, szykowałem dziesiątki kaw i herbat, wycierałem stoły, rozkładałem paluszki, szykowałem materiały, świeczki itd. Czułem się dzięki temu potrzebny, coś wartościowego i ja dla grupy robiłem.
Pierwsze mityngi prowadziłem już pod koniec 1998 roku. Później się napiłem, więc zimą 1999 prowadziłem je już w ośrodku odwykowym. W latach następnych robiłem to mnóstwo razy na różnych grupach AA. Służba ta nie była dla mnie jakimś wielkim wyzwaniem – w firmie często prowadziłem zebrania, więc…
Od wielu lat kilka razy dziennie mam okazję korespondować (rzadziej rozmawiać) o AA z osobami spoza AA. Dlatego pilnie śledzę wszystkie relacje z warsztatów dotyczących kontaktów z innymi; zawarte w nich sugestie często przydają się na forach dyskusyjnych albo w korespondencji elektronicznej (e-mail). Doświadczeń o skutecznym przyciąganiu bez reklamowania nigdy za wiele.
Pełniłem też służbę mandatariusza, rzecznika grupy, łącznika internetowego intergrupy, rzecznika intergrupy. Nigdy nie byłem skarbnikiem – latami pieniądze były dla mnie wyzwalaczem, a więc do kontaktu z nimi się nie rwałem.


Służba w grupie AA - doświadczenia, przemyślenia, wnioski, wątpliwości, luźne uwagi


 W 2009 roku napisałem artykuł „Po co mi ta służba?”. Nie wpadło mi do głowy pisanie o celach i zadaniach poszczególnych służb, bo wydawało mi się to oczywiste (poza tym są przecież poradniki służb!) i najczęściej takie właśnie jest. Rzadko spotykam alkoholików przekonanych, że podstawowym, może nawet jedynym celem służby jest wspieranie ich abstynencji. W każdym razie jednoznaczne określenie celu służby wydaje się ważne, bo pomaga sprecyzować zadania do wykonania i predyspozycje zaufanego sługi.

Kolejna kwestia, która tu i ówdzie jakby odrobinę się zagubiła, to zrozumienie, że służbę powierza grupa. Nie podejmuje służby (samowolnie) alkoholik, któremu się zachciało, a ostatecznej decyzji nie podejmuje lokalny weteran/sponsor/guru. Powtórzę raz jeszcze: służbę powierza grupa. Grupa określa zakres czynności i sposób ich wykonania. Grupa powinna upewnić się, że kandydat do tej właśnie służby się nadaje, że będzie w stanie pełnić ją dla wspólnego dobra, że rozumie i zgadza się na to, czego się od niego oczekuje.
Jeśli jednak w grupie dochodzi do obsadzania ważnych „stanowisk” swoimi ludźmi albo realizację osobistych ambicji (np. zapewnienie służb tylko swoim podopiecznym), jakość pełnionej służby może okazać się niezadowalająca.

Sponsor sugeruje określoną służbę podopiecznemu i rekomenduje go grupie – może to zrobić, bo ma doświadczenie w tej służbie, sam ją pełnił, a swojego podopiecznego zna we Wspólnocie najlepiej. Grupa odpowiedzialnie, to jest po upewnieniu się, że kandydat do tej właśnie służby dobrze się nadaje i jest w stanie jej wymogom sprostać, powierza ją jednemu z 2-3 chętnych. Nowemu zaufanemu słudze pomocy i wsparcia, zwłaszcza na początku, udziela sponsor, grupa oraz jego poprzednik. Nieosiągalny ideał? Wierzę, że nie, że już za kilka lat, tu i ówdzie w Polsce, będzie to możliwe.


Gospodarz
Znakomita służba dla nowego członka Wspólnoty. Warto pamiętać, że gospodarz napoje przygotowuje tylko do momentu rozpoczęcia mityngu – on też ma prawo w pełni brać w nim udział, nie absorbowany zachciankami spóźnialskich, a osobom wypowiadającym się i słuchającym nie powinno przeszkadzać szczękanie naczyń.


Witający
Trzy-cztery grupy w Opolu od kilku lat wymagają, żeby witający pełnił tę służbę na ulicy. Poza tym, że czasem salę AA rzeczywiście nie tak łatwo jest znaleźć, założenie było takie, że witający to ktoś, udzielający pierwszych informacji o AA oraz wyławiający z ulicznego tłumu wahających się, niezdecydowanych.

Ze względu na stan zdrowia, na ulicy służby tej nie pełniłem, nie mam z ulicy własnych doświadczeń, a w takim razie tylko dwie obserwacje. Pewnego razu służbę witającego pełnił kolega – życzliwy, trzeźwy, dobry człowiek. Niestety, dziesiątki lat picia (także „wynalazków”), noclegi na melinach i po piwnicach, odcisnęły na jego twarzy wyraźne piętno. Zastanawiałem się, czy gdybym nie znał go osobiście, zwróciłbym się do kogoś takiego na ulicy obcego miasta, i doszedłem do wniosku, że chyba jednak bym się bał.

Do witającego podeszło dwóch młodych ludzi. Nie byli zainteresowani uczestnictwem w mityngu, szukali pomocy dla pijącego członka rodziny. Mijając ich usłyszałem jak pytają witającego: co się na tym mityngu AA odbywa, na czym to właściwie polega? Wydaje mi się, że na tak banalne (pozornie) pytania chyba nie umiałbym sensownie odpowiedzieć przez pierwsze dwa lata chadzania po mityngach. Na szczęście dzisiaj świadomość w AA jest już zapewne zupełnie inna.

Prowadzący
Jakiś czas temu usłyszałem opinię, że prowadzący powinien przede wszystkim dbać o to, by podczas mityngu AA wszyscy się wypowiedzieli. Jako, że zapachniało mi poprzednim ustrojem (wszystkim po równo) oraz psychoterapią (wyrzuć to z siebie, otwórz się, to ci ulży), zapytałem: a po co? Po co wszyscy mają się wypowiadać? Anonimowi Alkoholicy dysponują pełnym, kompletnym rozwiązaniem problemu alkoholizmu. Siłą Wspólnoty i nadzieją dla uzależnionych jest Program AA. Niektórzy z uczestników mityngów znają to rozwiązanie, mają doświadczenie w realizacji Programu ze sponsorem. Po co i o czym mieliby mówić ci, którzy rozwiązania dopiero poszukują, po nie właśnie do AA przyszli? Mityng AA nie jest zamiennikiem alkoholu (moim skromnym zdaniem), jego zadaniem nie jest sprawianie ulgi, ładowanie akumulatorów, poprawianie samopoczucia. Cel tych spotkań określa Preambuła. Może więc prowadzący powinien dbać, by wypowiedzieli się wszyscy, którzy dysponują doświadczeniem w rozwiązywaniu wspólnego problemu?
Grupy we własnym zakresie określają, ile abstynencji winien mieć alkoholik prowadzący mityng. Według mnie nie to jest sprawą najważniejszą, uważam, że zasadnicze znaczenie ma znajomość Tradycji, a więc swego rodzaju zasad, według których grupa działa oraz… odwaga. Prowadzący, który nie wie, co mu wolno, a co nie, jakie postawy i zachowania uczestników są dopuszczalne, a które wymagają jego zdecydowanej reakcji i interwencji, który boi się przerwać półgodzinną orację weteranowi albo swojemu sponsorowi, jest – jako prowadzący – dla grupy bezużyteczny.
Znam to, kiedyś w podobny sposób pełniłem służbę rzecznika – do dziś porównuję ją do pracy ratownika, który nie potrafi pływać i tylko się modli, żeby w czasie jego dyżuru nic się nie wydarzyło. Wartościowy mityng cechuje poczucie bezpieczeństwa, stabilizacja i spokój, a nie chaotyczność, niepewność i nerwowe zalęknienie prowadzącego i reszty.

Jak długo powinna trwać służba w grupie? W przypadku gospodarza albo witającego proponowałbym 1-3 miesiące. Co do prowadzącego mam więcej wątpliwości, bo rok to chyba jednak za dużo, ale jeden miesiąc zdecydowanie za mało – trudno zakładać, że prowadząc cztery mityngi w życiu można w tej służbie zdobyć jakieś doświadczenie. W chwili obecnej w grupie „Wsparcie” prowadzący pełni służbę przez trzy miesiące. Kilka dni temu zza wielkiej wody dotarła do mnie relacja z grupy, która służbę prowadzącego powierza jednocześnie dwóm osobom i nie chodzi tu o zastępstwo. Tacy prowadzący już tylko między sobą uzgadniają, który z nich prowadzi mityngi w określonym tygodniu czy miesiącu, dzięki czemu ani oni się tą służbą nie znużą, ani grupa nie znudzi. Przy takim systemie minimalizowany jest też problem absencji jednego z prowadzących z powodu choroby albo wakacyjnego wyjazdu.
28.09.2013, podczas mityngu organizacyjnego mojej grupy macierzystej, opowiedziałem o takim rozwiązaniu i ostatecznie grupa AA „Wsparcie” postanowiła zastosować je w praktyce. Począwszy od 01.10.2013 sumienie grupy powierzyło służbę prowadzących (Joannie i Adamowi) na sześć miesięcy.

Na koniec uwaga ogólna. Czasem słyszę, że ktoś pełni służby w AA od trzydziestu lat. Ja tam się nie znam, nie muszę mieć racji, ale… coś mi tu nie pasuje. Jedną służbą, którą alkoholik powinien pełnić dożywotnio jest sponsorowanie. Cała reszta to: 1-2 służby w grupie, 1-2 służby w intergrupie, 1 w regionie, 1 w „krajówce” i… koniec. Razem około dziesięciu lat. Nie ulega chyba wątpliwości, że służb jest mniej niż alkoholików, jeśli więc ktoś pełni służby od lat trzydziestu, bo kolejny raz jest mandatariuszem czy rzecznikiem, w tej samej grupie albo i innej, to blokuje dostęp do tych służb pozostałym uczestnikom mityngów. Oczywiście tylko moim skromnym zdaniem… 



sobota, 7 września 2013

Notatki sponsora (odc. 007)

Jest dobrze. Nawet czterdziestu lat nie trzeba było, żebyśmy się zorientowali, że chadzanie po mityngach to może jednak nie wszystko, co Wspólnota AA ma do zaoferowania, że jest tu jakiś Program i – niezbędne w przypadku potrzeby jego realizacji – sponsorowanie. Na razie wszystko to dzieje się może jeszcze trochę chaotycznie, ścierają się szkoły i mody, rodzą różne style i trendy, ale to też dobrze, bo siłą Wspólnoty AA jest różnorodność i wiele się można nauczyć, doświadczyć, przeżyć właśnie teraz.

Mogę sobie bagatelizować opinie osób, które mają przekonania dokładnie takie jak moje, ale w przypadku odmiennych, staję się bardziej uważny, staram się przemyśleć, dowiedzieć, poznać, zrozumieć, bo wiem już, że moja głowa może mnie oszukiwać, że racji mieć nie muszę. W taki właśnie sposób moje szczególne zainteresowanie wzbudziły doświadczenia kilku sponsorów zawarte w stwierdzeniu: podopiecznym przekazuję to i tylko to, co dostałem od swojego sponsora, nic więcej, nic od siebie. Ponad rok mi to zajęło, ale w chwili obecnej (bo ja też mogę z czasem zmienić zdanie!) jednak nie jest to moje przekonanie czy doświadczenie.

Wydaje mi się, racji mieć nie muszę, że przekazywanie podopiecznym tylko tego, co się samemu od sponsora otrzymało, wynikać może z dwóch powodów:

1. Na samym początku sponsorowania, przy pierwszych dwóch-trzech podopiecznych, jest to zapewne naturalne i zrozumiałe, ale jeżeli dziesięć lat później nadal przekazuję to samo, to może przez wszystkie te lata niczego nowego się nie nauczyłem, nie rozwijam się, niczego nowego nie doświadczyłem, a jeżeli nawet tak, to nie wyciągam z tych doświadczeń wniosków. Bo trudno chyba założyć, przy całym szacunku dla mojego sponsora, że jest on sponsorem absolutnie idealnym i najlepszym na świecie dla każdego alkoholika. Założenie to wydaje się mało realne, a nawet zupełnie nieprawdopodobne.

2. Strach i egocentryczny lęk. Prawie całe życie, bo to najpierw małe dziecko, a później czynny alkoholik, byłem człowiekiem nieodpowiedzialnym. Może więc nic dziwnego, że nadal, zupełnie odruchowo, a nawet automatycznie, unikam jakiejkolwiek odpowiedzialności? Jeżeli swojemu podopiecznemu przekazuję tylko i wyłącznie doświadczenia mojego sponsora, to chyba wszelka odpowiedzialność spoczywa na nim, nie na mnie, czyż nie?
Przekazując tylko to, co ostałem, mogę mieć nadzieję, że mój podopieczny nie okaże się z czasem ode mnie trzeźwiejszy, bardziej przebudzony, w jakiś sposób „lepszy”, nie wyrośnie ponad mnie w naszym środowisku, na przykład grupie AA. Niepiękna to postawa, na pewno, ale jakże ludzka.

Wspólnota AA działa prawie osiemdziesiąt lat. Być może właśnie dlatego, że nieustannie rośnie skarbiec naszych doświadczeń dotyczących Kroków, Tradycji, ich rozumienia, zastosowania, sposobów i metod realizacji Programu. Gdyby alkoholicy przez cały ten czas niczego nowego się nie nauczyli, nie wyciągali wniosków z własnych doświadczeń, Anonimowych Alkoholików już by pewnie nie było.
 

Nigdy nie obawiajmy się pożądanych zmian. Oczywiście musimy odróżniać zmiany na gorsze od zmian na lepsze. Gdy jednak potrzeba zmiany - w pojedynczym człowieku, w grupie AA czy w całej wspólnocie - staje się wyraźnie widoczna nie możemy pozostać bezczynni. Istotą wszelkiego wzrostu i rozwoju jest gotowość do zmian na lepsze i gotowość do wzięcia na siebie odpowiedzialności za konsekwentne ich wprowadzenie - „Jak to widzi Bill”.