środa, 18 czerwca 2008

O przyjaźni w życiu i w AA

Dawno, dawno temu, na jakiejś prywatce w akademiku, spotkałem dziewczynę. Siedziała w kącie, na wersalce, z nogami owiniętymi kocem, i ze spokojem oraz jakimś takim… dystansem obserwowała parkietowe szaleństwa – w tym swojego chłopaka – nie biorąc w nich czynnego udziału. Jej sposób bycia, postawa, mądre i ciepłe spojrzenie spowodowały, że coś mnie do niej ciągnęło. Kiedy trochę wypiłem i poczułem się odważniejszy, podszedłem do niej, jakoś tam zacząłem rozmowę i ostatecznie przegadaliśmy pół nocy. 
Kiedy impreza miała się już ku końcowi, ze sporą tremą wydusiłem z siebie deklarację: chciałbym być twoim przyjacielem” i nie było najmniejszej wątpliwości, że chodzi o przyjaźń, a nie o „podryw”. Gdyby nie pełna powagi życzliwość w jej głosie, pewnie uznałbym, że żartuje sobie ze mnie, odpowiedziała mi bowiem krótko – „to bądź” i powiedziała to tak, jakby moja wola i „chcenie” załatwiało tu wszystko.
Nie zrozumiałem jej wtedy, a tego, co powiedziała nie rozumiałem jeszcze przez wiele kolejnych lat, ale nie spotkaliśmy się już nigdy więcej, więc nie było okazji do ewentualnych pytań i wyjaśnień. 
Żeby zrozumieć te pozornie proste słowa, musiałem przejść piekło czynnego uzależnienia, zamknięty odwyk i wiele innych, zwykle paskudnych dosyć, doświadczeń i przeżyć.
 
Wydarzenie to wypłynęło na powierzchnię mojej pamięci prawie ćwierć wieku później, kiedy w przerwie mityngu AA słuchałem smutnej opowieści znajomego. Zły, rozżalony i rozgoryczony opowiadał o tym, jak to potrzebował jakiejś tam pomocy i w środku nocy wykonał kilkanaście telefonów… najwyraźniej z miernym skutkiem – żaden z jego przyjaciół z AA nie stanął na wysokości zadania. Sprawa mnie nie dotyczyła, więc w jej detale nie wnikam, ale uderzyło mnie jedno, pełne gorzkiego wyrzutu zdanie: „a ja głupi uważałem ich za swoich prawdziwych przyjaciół…”.
 
Włos mi się jeży na głowie, kiedy słyszę o „prawdziwej przyjaźni” i to bez względu na to, czy chodzi o deklaracje, czy wymagania lub pragnienia. Spotkałem w życiu dziesiątki, a może setki ludzi (głównie w Centrum Terapii Nerwic w M.), którzy bardzo boleśnie zawiedli się na kimś, kogo uważali za swojego najlepszego, prawdziwego przyjaciela lub przyjaciółkę. Zawsze jednak, bez względu na okoliczności, które czasami faktycznie bywały mocno dramatyczne, okazywało się, że spory udział w tragedii mają zupełnie nierealne oczekiwania lub nawet żądania wobec innej osoby.
 
Jaki miałby być ten prawdziwy przyjaciel, w odróżnieniu od takiego zwykłego, codziennego? Prawdziwy przyjaciel powinien być absolutnie tolerancyjny i wyrozumiały – dla nas samych, naszych zachowań, postępowania itd. Ma być absolutnie szczery i otwarty, absolutnie dyskretny, absolutnie dyspozycyjny i gotów zrobić dla nas absolutne wszystko o absolutnie każdej porze dnia i nocy. Jednak przede wszystkim ma być absolutnie wobec nas lojalny. Można tu dorzucić jeszcze kilka swoich własnych wymagań.
Myślę, że tego typu oczekiwania bardzo łatwo jest zawieść, albo inaczej – wręcz niemożliwe jest im sprostać, a więc ktoś, kto takiej przyjaźni oczekuje w zasadzie z góry i na pewno skazuje się na zawód i rozczarowanie – prędzej czy później. Wredne pytanie o to, czy my sami potrafilibyśmy być takimi właśnie „prawdziwymi przyjaciółmi”, pewnie też mogłoby być mocno kłopotliwe, nieprawdaż?
 
Myślę, a nawet jestem pewien, że wydumane, urojone, niewątpliwie pożądane, ale przecież kompletnie nierealistyczne wymagania i oczekiwania w stosunku do innych osób, z trzeźwą postawą niewiele mają wspólnego… albo nawet wcale. Ale pytanie, od którego właściwie powinienem zacząć, brzmi: czym w ogóle jest przyjaźń? Wydaje mi się, że najprościej będzie określić przyjaźń, jako jedno z bardzo wielu uczuć dostępnych człowiekowi. Uczuć takich jak na przykład miłość. Albo nienawiść. Jednak, co oczywiste, przyjaźń (zresztą tak samo jak i miłość) to także pewna postawa wobec osoby obdarowywanej tym uczuciem, gotowość do określonych zachowań, postępowania, wyborów i decyzji.
 
Jeśli definicja przyjaźni, którą zaproponowałem ma sens, to jak w takim razie brzmi prawdziwy przekaz komunikatu: „Kasiu (Zbyszku, Anno, Jurku…), chciałbym żebyś była moim przyjacielem”?  No cóż… pewnie po prostu tak: „Kasiu (Zbyszku, Anno, Jurku…), życzyłbym sobie, bo przecież ja tym rządzę, żebyś czuła określone i pożądane przeze mnie uczucia (przyjaźń) oraz żebyś zachowywała się i postępowała w określony, korzystny i przyjemny dla mnie sposób. Przesadzam? Jeśli nawet, to tylko odrobinę… niestety.
 
Jeżeli prawdą jest, że mam ograniczone możliwości kontrolowania całego świata oraz ludzi wokół mnie, jeżeli prawdą jest też, że wpływ mam jedynie na swoje uczucia i zachowania, to jednocześnie jest też oczywiste, że o przyjaźni mogę mówić tylko i wyłącznie w odniesieniu do samego siebie, bo to przecież moje uczucie, a nie innej osoby – w cudzej głowie czy sercu nie siedzę.
 
„Jestem przyjacielem Tomka” – tak, ja tak mogę powiedzieć, bo oznacza to po prostu: rozpoznałem swoje uczucia i jestem gotów do określonych, związanych z tymi uczuciami, zachowań i postępowania.
 
„Tomek jest moim przyjacielem” – oj, ostrożnie, tu już zaczynają się moje „chciejstwa”, ale przede wszystkim moje wyobrażenia o jego uczuciach, zachowaniach, decyzjach i wyborach, jakie podejmie w bliższej lub dalszej przyszłości i to bez względu na to, co ja zrobię w międzyczasie. To są niebezpieczne (dla mnie, jako alkoholika) spekulacje i rojenia.
 
Zabawne (tylko w pewnym sensie) jest to, że mogę być czyimś przyjacielem właściwie bez względu na to, czy ten ktoś mnie za przyjaciela uważa czy też nie. Przyjaźń to moje uczucia i zachowania, a nie czyjeś wyobrażenia na temat tego, co czuję oraz spekulacje na temat tego, jak się zachowam.
 
I jeszcze jedno – w przyjaźni, tak jak w miłości, wzajemność jest pewnie wysoce pożądana, ale jednak nie niezbędna i wcale nie jest powiedziane, że osoba obdarowana przyjaźnią musi z niej w jakiś sposób korzystać. Ja mogę sobie być, stale i wciąż, przyjacielem Małgosi czy Kazia, mimo, że Małgosia i Kazio mają to permanentnie w nosie – to ich prawo i ich wybór – krótko mówiąc.
 
W związku z takimi przekonaniami, od pewnego już czasu, o wiele bardziej koncentruję się na tym, by być przyjacielem, niż żeby mieć przyjaciół. Zresztą, czy tak naprawdę, można innych ludzi mieć? Na krótką… bardzo krótką metę, pewnie można. Próbowałem. Tylko zawsze źle się to kończyło. Dla obu stron, choć wydaje mi się, że – wbrew pozorom – moje straty były ostatecznie większe.
 
A młodemu, rozczarowanemu Wspólnotą koledze mogę przypomnieć tylko stare AA-owskie powiedzenie, przepraszając od razu za jego cynizm, a nawet brutalność – Jeśli nadal uważasz wszystkich w AA za przyjaciół, to widocznie zbyt rzadko chodzisz na mityngi.





Dużo więcej w moich książkach. 

poniedziałek, 19 maja 2008

Tradycja 9 Wspólnoty AA

Wersja krótka: Anonimowi Alkoholicy nigdy nie powinni stać się organizacją; dopuszcza się jednak tworzenie służb i komisji bezpośrednio odpowiedzialnych wobec tych, którym służą.

Wersja pełna: W każdej grupie AA powinno istnieć możliwie jak najmniej organizacji. Rotacja jest najlepszym rozwiązaniem. Grupa wybiera mandatariusza, rzecznika i skarbnika - służby te są rotacyjne. Wielkomiejskie grupy łączą się w intergrupy a te z kolei tworzą regiony, które często zatrudniają sekretarkę na pełnym etacie. Powiernicy Rady Usług Ogólnych są w istocie takim Komitetem Usług Ogólnych dla całego AA. Stoją oni na straży naszych Tradycji, otrzymując od grup AA dobrowolne datki, z których utrzymują Biuro Usług Ogólnych w Nowym Jorku. Są oni upoważnieni przez grupy do reprezentowania całego AA na zewnątrz, a także dbają o merytoryczną treść naszego głównego czasopisma „AA Grapevine". Wszyscy nasi reprezentanci powinni kierować się duchem służby, bo prawdziwi przywódcy w AA są jedynie zaufanymi i doświadczonymi sługami całej wspólnoty. Ich stanowiska nie dają im żadnej władzy; oni nami nie rządzą. Warunkiem ich przydatności jest powszechny szacunek.


Jak rozumiem Tradycję Dziewiątą Wspólnoty AA?

Gdy po raz pierwszy może nie tyle słyszałem, co usłyszałem tekst Dziewiątej Tradycji AA, przyjąłem go do wiadomości, nie zastanawiając się głębiej nad jego znaczeniem czy sensem. Kiedy jednak odrobinę „liznąłem” AA (liznąłem zdaje się przez papierek i chyba z zupełnie niewłaściwej strony), okazało się, że problemy wyskakują mi, jak grzyby po deszczu. Wspólnota Anonimowych Alkoholików nie powinna nigdy stać się organizacją? No, oczywiście, że nie powinna – ironizowałem – bo przecież już nią jest. Czym niby, jak nie organizacją, jest struktura AA i podział na grupy, Regiony, Komisje, Intergrupy, Konferencje? Obłuda i zakłamanie, ot co! Zadałem sobie nawet nieco trudu i znalazłem definicję organizacji: «grupa ludzi lub państw mających ustaloną strukturę i działających razem, aby osiągnąć wspólne cele». No, przecież do Wspólnoty AA pasuje to jak ulał – wymądrzałem się. Minęły lata. Dużo w tym czasie czytałem, jeszcze więcej rozmawiałem, a nawet zdarzało mi się słuchać, co mają do powiedzenia inni ludzie. I tak istota i sens Dziewiątej Tradycji AA (i innych) powolutku sączyła mi się w umysł i duszę…
 
Wspólnota AA nie powinna nigdy stać się organizacją – czy to oznacza, że jej członkowie mogą, a może nawet powinni, robić wszystko chaotycznie, bezładnie, bez żadnego planu czy zastanowienia, według własnego widzimisię, instynktownie i żywiołowo? No, przecież wiadomo, że nie o to chodzi. Ale jeśli tak, to o co?
 
Oczywiście na początek – to było zresztą najłatwiejsze – musiałem nauczyć się odróżniać organizację w znaczeniu jakiejś struktury, od zorganizowania, czyli działania podjętego wspólnie, którego cel, a także sposoby i metody, realizowany jest zgodnie z zasadami i realistycznie opracowanym planem.
Pomimo braku takiej właśnie struktury organizacyjnej Wspólnota może i, jak widać, działa w sposób dobrze zorganizowany realizując swoje główne zadania określone w Piątej Tradycji i Preambule AA.
 
Jak więc może sensownie działać Wspólnota Anonimowych Alkoholików, bez prezesów, naczelnych, zarządu, kierowników, szefów, regulaminów dyscyplinarnych oraz wielu innych jeszcze elementów niezbędnych ponoć do właściwego funkcjonowania jakiejkolwiek grupy ludzi, począwszy od całego państwa, a na klubie działkowca kończąc? Warto w tym momencie wyobrazić sobie typową organizację, jej strukturę. Na przykład zupełnie dowolne ministerstwo. Departamenty, wydziały, komisje, sekcje, komórki. Dyrektorzy, kierownicy, ich zastępcy, starsi referenci, referenci itd. Związany z określonym stanowiskiem zakres obowiązków oraz kompetencji, możliwość podejmowania decyzji (władza), regulamin dyscyplinarny, służbowe samochody, telefony…
Alkoholik Jan K. – starszy referent sekcji do spraw jedności, wydział Pierwszej Tradycji, Departament Dwunastu Tradycji AA – czy tak miałoby to wyglądać? Czy o to chodzi? Uposażenie związane z latami abstynencji i premia regulaminowa za dwadzieścia pięć detoksów?
Oczywiście wszystko to wydaje się tak absurdalne, że aż śmieszne. Ale jest też nieco mniej zabawna strona medalu – ludzka natura. W takiej lub podobnej strukturze organizacyjnej zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce wdrapać się na szczyt drabiny, albo schować w jej cieniu. Alkoholik Jan K., człowiek ambitny (bo i czemu nie?) zechce awansować, a przy okazji wygryźć starszego referenta, alkoholika Stanisława N., którego nie znosi… I już zaczyna się „zabawa”.
 
Dr Bob w swoim ostatnim publicznym wystąpieniu powiedział, że jak ścisnąć w garści cały Program AA, to zostaną właściwie jedynie dwa liczące się elementy: miłość i służba. W organizacji pokazanej powyżej, nie ma przecież miejsca ani na służbę, ani na miłość. A co najgorsze, nie ma w niej też miejsca na alkoholika, który wciąż jeszcze cierpi…
 
Gdyby Wspólnota AA stała się organizacją w potocznym rozumieniu tego słowa, to jej naczelnik (dyrektor?) albo jakiś zarząd, musiałby automatycznie przyjąć – wraz z władzą – odpowiedzialność za wytrzeźwienie wszystkich członków (podwładnych), a to przecież brzmi zupełnie bezsensownie. Jednak problematyki władzy i zarządzania nie poruszam tu celowo, bo o rządzeniu traktuje przede wszystkim Tradycja Druga. Najważniejsze we Wspólnocie jest zbiorowe sumienie, a „nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą”. Prosta myśl przewodnia, czy też motto Konferencji: „Dzielimy się doświadczeniem, a nie zarządzamy w służbach”, jest znakomitą i bardzo jasną kwintesencją problemów z rządzeniem w AA.
 
Niezwykle ważna w Dziewiątej Tradycji jest pełna dobrowolność w korzystaniu z Programu Wspólnoty AA (Kroków, Tradycji, Koncepcji itd.). Zakazy, nakazy, regulaminy, sankcje, władza i inne elementy typowe w organizacyjnej strukturze rodzą opór i sprzeciw oraz rozmaite sposoby na ich obejście i sabotowanie. I nie ma w tym niczego dziwnego – przecież przekora jest typowym składnikiem osobowości alkoholika, a moim to już na pewno. No, ale przecież nie będę sabotował czegoś, co sam, z przekonania, dobrowolnie przyjąłem!
Ja nie stosuję zaleceń Programu AA dlatego, bo nakazują mi to przełożeni, bo tak wynika z zakresu moich obowiązków służbowych, bo to należy do zadań komórki organizacyjnej, w której pracuję i odpowiadam za to przed przełożonym (szefem) – nie. Obserwuję innych AA. Nie piją, mają zwykle poukładane życie, są często pogodni i zadowoleni. I ja też tak chciałbym, a więc zwyczajnie i po prostu robię to, co robią i wcześniej robili oni, żeby taki stan osiągnąć: poznaję Program, staram się realizować go w swoim życiu, pracuję ze sponsorem i podejmuję się pełnienia kolejnych służb we Wspólnocie AA. Podobna reguła dotyczy grup AA. Nikt im przecież nie jest w stanie niczego narzucić czy nakazać, ale wieloletnie doświadczenie wykazuje, że kiedy grupa konsekwentnie rezygnuje i odmawia stosowania duchowych zasad zawartych w Dwunastu Tradycjach, to prędzej czy później po prostu „umiera”. Niestety, sam miałem okazję trzy razy w życiu obserwować coś takiego.
 
A wracając do służb we Wspólnocie – jak mają się one do Dziewiątej Tradycji, czy nie są organizacją, albo czy nie ma w nich jakichś elementów władzy lub zarządzania? Służby Wspólnoty AA, mimo, że zorganizowane w Intergrupach, Regionach, Komisjach i Konferencjach, nadal nie są organizacją. A możliwości decyzyjnych mają dokładnie tyle, ile potrzeba do właściwej realizacji powierzonych im zadań. Tyle i tylko tyle.
 
Mam nadzieję, że nikogo nie urażę, ale w tym momencie przychodzi mi do głowy, jako porównanie, plebania – być może dlatego, że i na plebanii i we Wspólnocie AA „głównym szefem” jest miłujący Bóg. Jest więc plebania: proboszcz, kilku księży i oczywiście gospodyni. Nie ulega chyba najmniejszej wątpliwości, kto w takim układzie pełni rolę służebną, prawda? Żeby gospodyni mogła w sposób zadowalający wywiązywać się ze swoich licznych obowiązków, pełnić swoją „służbę”, musi od księży dostać jakieś pieniądze. To ona przecież kupuje artykuły spożywcze, środki czystości i inne rzeczy. Ma więc nad powierzonymi pieniędzmi pewną „władzę”, decyduje przecież co, gdzie i kiedy kupić. Rzecz jasna nie zwalnia jej to z obowiązku wyliczenia się z otrzymanych kwot. Gospodyni może też dysponować pewnymi narzędziami – ma do swojej dyspozycji kuchnię i zgromadzone tam sprzęty, ma jakiś schowek na szczotki, ścierki itp.

Wspólnota AA nie jest organizacją i nie ma w niej żadnego zarządu czy zarządzającego, ale przecież osobom lub grupom, które nam służą Wspólnota musi dać pewne uprawnienia, dzięki którym taka służba jest w ogóle możliwa. Zakres tych uprawnień i rządzące nimi zasady, opisują Koncepcje AA.
 
„Anonimowi Alkoholicy nigdy nie powinni stać się organizacją” z innego jeszcze powodu – gdyby coś takiego nastąpiło, wiele innych Tradycji AA natychmiast straciłoby sens i rację bytu. Czy można sobie wyobrazić organizację, w której jedynym warunkiem uczestnictwa jest tylko chęć zaprzestania picia? Organizację, w której tak naprawdę, w sensie formalnym, rzeczywiście nikt, nic nie musi?
 
O takim właśnie zagrożeniu, i nie tylko takim, pisałem w lutym 2009 w artykule pod tytułem: „Wrogowie Wspólnoty AA”, uzupełniającym powyższy tekst.





Więcej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.




sobota, 17 maja 2008

Czy inteligencja przeszkadza?

Przekonanie, jakoby inteligencja przeszkadzała w trzeźwieniu jest w środowisku polskich AA dość powszechne. Z pewnym niepokojem obserwuję, jak na bazie tej nadinterpretacji* powstają kolejne, „święte” zasady i prawa AA, a może raczej PWAA (Polskiej Wspólnoty AA). Taką właśnie „mądrością” jest powtarzane coraz częściej powiedzonko: „Do programu AA nie można być za głupim, ale można być za mądrym”, które w bardzo przykry sposób przypomina mi klasową niechęć do inteligencji, tak przydatną „komunie” w latach czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku.


Czy inteligencja przeszkadza wytrzeźwieć?

Wspólnota AA w Polsce już wystarczająco zraziła sobie ludzi młodych. Młodzi alkoholicy płci obojga witani byli na mityngach uśmieszkami, wyśmiewano poziom ich „dna”, kpiono ze strat, radzono, by wrócili, kiedy się „dopiją” i zdobędą właściwy (według „starych”) poziom determinacji. Czy stać nas na to, nas w AA, by teraz zrażać sobie też ludzi inteligentnych, oczytanych, kulturalnych? No, może i stać, w końcu „Polak potrafi!”, tylko… po co?
 
W artykule pochodzącym z Raportu Światowego Mityngu Służb AA w NJ w 2004 r., opublikowanym w biuletynie „Mityng” nr 2/2008, znaleźć można stwierdzenie: „Najważniejszy moment, albo krytyczny wybór, zależy od tego, czy alkoholik, który wciąż jeszcze cierpi, jest otwarty na pomoc, czy nie. Czy on lub ona chce przyjąć pomoc, i w ten sposób otrzymać część całego doświadczenia, siły i nadziei, jaką niesie AA? Jeśli odpowiedź brzmi tak, będzie to polegało na czymś więcej niż po prostu uczestniczenie w kilku mityngach, ale naprawdę na spróbowaniu, pomimo natychmiastowego wewnętrznego oporu, programu zdrowienia AA w oparciu o Dwanaście Kroków, i stopniowo głębszej integracji ze Wspólnotą AA. Dla alkoholika jest to sprawa życia lub śmierci. Nasze przykre doświadczenie pokazuje, że ignorancja zabija AA”. 
 
Ano właśnie… „głębsza integracja ze Wspólnotą AA”… „coś więcej niż uczestnictwo w kilku mityngach”… „ignorancja zabija AA”…
 
Stwierdzenie „inteligencja przeszkadza w trzeźwieniu” nazwałem nadinterpretacją* i zaraz postaram się wyjaśnić, czemu tak właśnie sądzę.
 
Zgodnie z aktualną definicją polskiej służby zdrowia, alkoholizm jest chorobą nieuleczalną (ostatnio już coraz częściej – „trwałą”). Ale podtytuł książki „Anonimowi Alkoholicy” (Wielkiej Księgi) brzmi: „Historia o tym, jak tysiące mężczyzn i kobiet zostało uzdrowionych z alkoholizmu”. 
Wydaje mi się, że termin „trzeźwienie” powstać mógł jako próba pogodzenia ze sobą tych sprzeczności. To polskie, i może nie tylko polskie, bo z pewnością znane w wielu krajach byłego ZSRR, „trzeźwienie” miałoby więc być procesem z natury swojej nieskończonym i docelowo nieosiągalnym.
 
Moja siostra jest alkoholiczką. Od ok. 20 lat mieszka w Stanach. A tam po dziś dzień nasze rozumienie tego „trzeźwienia” jest pewnie kompletnie niezrozumiałe. Alkoholicy używają (w Ameryce i może kilku innych, cywilizowanych krajach Europy) określenia „wytrzeźwiałem”… i tu podają datę, albo swojego ostatniego kieliszka, albo pierwszego dnia bez alkoholu. Doktor Bob S. wytrzeźwiał 10.06.1935 roku, to jest w dniu, w którym wypił swojego ostatniego drinka i jest to rzecz znana.
 
Moim zdaniem, to się może trzymać kupy. W końcu w ten ostatni dzień picia (lub pierwszy abstynencji) musiało wydarzyć się COŚ, co spowodowało, że alkoholik nigdy już nie sięgnął po kieliszek. Czemu nie nazwać tego wytrzeźwieniem? A co dzieje się po dniu wytrzeźwienia? Przez wszystkie te lata, gdy alkoholik uczęszcza na mityngi AA? Odpowiedź jest stosunkowo prosta – rozwój osobisty, program naprawy krzywd i relacji z Bogiem oraz powrót do normalnego, zdrowego społeczeństwa.
 
Jestem przekonany, że powiedzenie o inteligencji, która przeszkadza, jest żywcem przeniesione z USA. Problem w tym, że po drodze (kolejne tłumaczenia) uległo pewnej deformacji. Jak w czasie zabawy w głuchy telefon. Inteligencja przeszkadza wytrzeźwieć? Ależ tak! Przeszkadza osiągnąć ten punkt, po którym alkoholik jest już w stanie utrzymywać trwałą abstynencję. Jestem pewien, że doktorowi Bobowi inteligencja i wiedza medyczna bardzo przeszkadzały w osiągnięciu stanu z dnia 10 czerwca 1935. Gdyby nie one, być może, jego ostatni kieliszek miałby miejsce z dziesięć lat wcześniej. Ale to spekulacja.
 
Wysoka inteligencja alkoholika pijącego oczywiście przeszkadza w osiągnięciu „punktu przełomowego” choćby dlatego, że jego system iluzji i zaprzeczeń jest bardziej spójny, a racjonalizacje dużo bardziej logiczne, a więc trudniejsze do rozbicia niż u człowieka powiedzmy… prostego. Wydaje mi się, że po Wielkim Dniu inteligencja w zdrowieniu z alkoholizmu pomaga. Wydaje mi się, że łatwiej jest przyjąć Program Wspólnoty AA i skutecznie wdrażać go w życie człowiekowi rozgarniętemu, który rozumie, co się do niego mówi, czego się od niego oczekuje, co mu proponuje i co ma zrobić.
 
Ostatecznie wysoka inteligencja, według modelu amerykańskiego, przeszkadza wytrzeźwieć, to znaczy przeszkadza w czasie picia i DO ostatniego drinka, natomiast w modelu polskim miałaby przeszkadzać już PO odstawieniu alkoholu. Nie da się ukryć, że są to dwie różne sprawy, no a ja… jakoś tak… więcej mam zaufania i przekonania do tej pierwszej. Choćby ze względu na osobiste doświadczenia. 
 
Oczywiście wszystko to jest wina tych pokręconych Amerykanów. Z nimi zawsze są jakieś problemy. To może trudno sobie wyobrazić, ale oni nadal nie są w stanie pojąć różnicy między fotografią i fotografiką i z uporem godnym lepszej sprawy twierdzą, że fotografia dzieli się tylko na dobrą i złą. Dziwacy! A więc może to my, Polacy, powinniśmy pokazać im, jak ma wyglądać Wspólnota AA?



 
--- 
* Nadinterpretacja, zgodnie ze Słownikiem Języka Polskiego PWN 2008 to: «interpretacja wykraczająca poza komentowane fakty, wypowiedzi itp., niemająca dostatecznego uzasadnienia»





Dużo, dużo więcej w moich książkach. 


Anonimowość we Wspólnocie

Kiedy wybierałem się na swój pierwszy mityng, a także, kiedy szedłem po raz pierwszy na jakąkolwiek inną grupę w moim mieście, mocno się obawiałem spotkania tam kogoś znajomego. Szanse na takie spotkanie nie były może zbyt wielkie – piłem głównie sam, w pracy i w domu – tym niemniej się bałem. Wprawdzie dość szybko zdałem sobie sprawę, że w razie takiego spotkania, mój znajomy, sąsiad, lub kolega, znajdzie się w dokładnie takiej samej sytuacji jak ja, jednak to mnie jakoś nie przekonywało. On to on, a ja to ja.


Konspiracja, czyli nasze podziemne tradycje narodowe – o anonimowości we Wspólnocie AA

Chciwie słuchałem o anonimowości we Wspólnocie AA. Pamiętam jeszcze komunikaty, którymi kilka lat temu często kończyły się mityngi: „wszystko, co na tej sali usłyszałeś, niech na niej pozostanie” i był to miód na moją duszę, skoncentrowanego tylko na sobie samym, egocentryka.
 
Zaliczyłem pewnie kilkanaście mityngów, zanim skierowany zostałem na terapię grupową. Spotkałem tam kilka osób znanych mi z widzenia z mityngów AA i… aż się zachłysnąłem: moja terapeutka, przy nich wszystkich, wywołała mnie po nazwisku! To, że ich nazwiska podczas sprawdzania obecności też padły, guzik mnie obchodziło – moja anonimowość prysła jak mydlana bańka; czułem się zdradzony.
 
Anonimowość jako podstawa, pierwszeństwo zasad przed osobistymi ambicjami, rozumiałem w sposób następujący: obecnym na mityngu alkoholikom przypomina to, że nie mają realizować swoich ambicji, na przykład towarzyskich, opowiadając gdzieś tam o mnie, o tym, co tu robię i co mówię – to główna i podstawowa zasada, której oni mają się trzymać. A ja? No… też… trochę. 
Zimno mi się robi, kiedy teraz czytam to, co wyżej napisałem. Ale tak było…
 
Anonimowość we Wspólnocie AA miała na celu pomóc mi ukrywać fakt, że jestem alkoholikiem – tak jakby mnóstwo osób z mojego otoczenia, a nawet zupełnie obcych, nie wiedziało o tym lepiej i przede wszystkim dużo wcześniej, niż ja sam. Zasada anonimowości miała także sprawić, żebym na mityngach mógł czuć się bezpiecznie wyjawiając jakieś tam swoje świństwa i grzeszki z okresu picia, ale przecież i o nich wiedziała moja rodzina i wręcz gromady zupełnie obcych ludzi. Ostatecznie nie żyłem na pustyni, czy bezludnej wyspie, byli świadkowie mojego powrotu do domu (w samym centrum miasta) w jednym bucie, bo drugi zgubiłem w zamroczeniu alkoholowym. Nie byłem również sam w autobusie miejskim, w którym sikałem na podłogę…  
Tak oto anonimowość miała mi pomagać nadal bujać w krainie iluzji oraz złudzeń, co do samego siebie i całej reszty rzeczywistości. Ważne też było poprawianie mojego nastroju, to jest zwiększanie poczucia bezpieczeństwa. Na mityngach AA miałem się czuć pewnie i bezpiecznie – jak w ulubionym barze.
 
Minęło trochę czasu zanim zdałem sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze, że mityng nie jest chyba najwłaściwszym miejscem na ekshibicjonizm moralny. Od omawiania tematów trudnych, intymnych, to ja mam sponsora, albo odpowiednich specjalistów, a nie przypadkowych uczestników mityngu AA. 
Po drugie zrozumiałem wreszcie, że zamiast walczyć o stuprocentowo bezpieczne i anonimowe mityngi, może powinienem się skupić na tym, jak żyć teraz, żebym opowieści o swoim życiu nie musiał utajniać.
 
O czymś podobnym Bill W. pisał już w 1961 roku w Grapevine, a fragment jego wypowiedzi odkryłem – szkoda, że tak późno – w książce „Jak to widzi Bill” (str. 311):
Mówienie najgorszego.
Przybierało to różne formy, lecz moim ulubionym motywem było zawsze stwierdzenie: Ależ ja jestem okropny! Tak jak pod wpływem pychy wyolbrzymiałem często swoje skromne osiągnięcia, podobnie w poczuciu winy demonizowałem swoje wady. Miotałem się na wszystkie strony, wyznając swoje braki komu popadło – każdemu, kto skłonny był słuchać. Wierzcie albo nie, ale to zakrojone na szeroką skalę obnażanie swoich grzechów uważałem za wielką pokorę z mojej strony – widziałem w tym wspaniałą zaletę ducha i pociechę!
Później jednak uświadomiłem sobie w głębi duszy, że tak naprawdę wcale nie odczuwałem skruchy i żalu z powodu krzywd, jakie wyrządziłem kiedyś ludziom. Zdarzenia te były dla mnie zaledwie pretekstem do opowiadania barwnych historii i folgowania własnemu ekshibicjonizmowi wewnętrznemu. Moment, w którym zdałem sobie z tego sprawę, był dla mnie początkiem jakiej takiej pokory.
 
Wiedziałem już, do czego NIE służy (a jeśli nawet służy to w niewielkim, marginalnym zakresie) zasada anonimowości we Wspólnocie AA, ale nadal nie wiedziałem, CO faktycznie jest w niej najważniejsze.
 
Nieco później natknąłem się w naszej literaturze na dwa fragmenty dotyczące anonimowości i… coś mi powolutku zaczęło świtać. Pierwszy z nich pochodzi również z książki "Jak to widzi Bill" (str. 241): 
„W niektórych grupach AA zasada anonimowości jest doprowadzona do absurdu. Członkowie tak kiepsko się ze sobą komunikują, że nie znają nawet swoich nazwisk ani nie wiedzą, gdzie kto mieszka. Przypomina to komórkę konspiracyjną”.
 
Drugi natomiast znalazłem w książce "Doktor Bob i dobrzy weterani" (str.281-82):
„Ponieważ nasza Tradycja dotycząca anonimowości wyraźnie wytycza poziom graniczny, dla każdego kto zna angielski, musi być oczywiste, że zachowywanie anonimowości na jakimkolwiek innym poziomie jest pogwałceniem tej Tradycji. Uczestnik AA, który ukrywa swoją tożsamość przed innym uczestnikiem Wspólnoty, podając jedynie swoje imię, łamie tę Tradycję tak samo, jak ten uczestnik Wspólnoty, który pozwala, aby jego nazwisko ukazało się w prasie w powiązaniu ze sprawami odnoszącymi się do AA. Ten pierwszy zachowuje swoją anonimowość powyżej poziomu prasy, radia i filmu; ten drugi zachowuje swoją anonimowość poniżej poziomu prasy, radia i filmu – podczas gdy Tradycja ta postuluje, abyśmy zachowywali anonimowość na poziomie kontaktów z prasą, radiem i filmem”.
 
Kiedy jeszcze ktoś podrzucił mi zdanie: „Anonimowość to pokora w działaniu”, byłem już dosyć blisko rozsądnej (trzeźwej?), wydaje mi się, odpowiedzi na pytanie o sens i znaczenie anonimowości w AA.
 
Mamy niewątpliwie długie i bogate podziemne tradycje narodowe. Konspirowaliśmy w czasie rozbiorów, za sanacji, w czasie rozmaitych powstań i wojen, knuliśmy ochoczo i radośnie w czasie tzw. „komuny”. No, ale Wspólnota AA to nie jest zabawa w tajnych agentów!
Do pewnego momentu bardzo mi się podobała koncepcja znajomego AA-owca, który twierdził, że V Krok to on sukcesywne realizuje na mityngach, „dzieląc się” (czytaj: obrzucając innych AA, którzy nie mogą nijak zaprotestować) niezwykle barwnymi opowieściami o własnych s…syństwach. Ale mityng AA to nie wychodek! A z pokorą i prawdziwą realizacją Kroku V nie ma to przecież zupełnie nic wspólnego.
 
Według mojego obecnego rozumienia istoty rzeczy, zasada anonimowości ma chronić… Chronić PRZEDE MNĄ zarówno Wspólnotę AA jako całość, innych AA-owców, jak i mnie samego.
 
Trudno przejąć władzę lub zostać dyktatorem, będąc dokładnie takim samym jak kilka milionów innych, anonimowym członkiem czy uczestnikiem. Trudno jest spuścić z łańcucha, uruchomić wady charakteru, zwłaszcza pychę, głód poklasku i podziwu, żądzę władzy, pragnienie dominacji, egocentryzm, egoizm, wśród ludzi dokładnie tak samo anonimowych jak ja, i w środowisku, w którym każda, najdrobniejsza nawet decyzja może być podjęta jedynie większością głosów, bo wszyscy są, po równo… anonimowi.
Trudno byłoby, będąc anonimowym, domagać się dla siebie lepszego miejsca czy specjalnego czasu z powodu urodzenia, majątku, pozycji zawodowej, wykształcenia itp.
Trudno jest wywrzeć na kimkolwiek jakąś presję czy go zastraszyć stanowiskiem lub władzą, jeśli obaj jesteśmy „tylko” AA.
 
Czy zasada anonimowości gwarantuje mi bezpieczeństwo? Tak, to dzięki niej właśnie niewielkie mam szanse nadąć się pychą i w konsekwencji pęknąć z hukiem i smrodem – a mniej poetycko – wrócić do picia z powodu nieumiarkowanego używania własnych wad charakteru…




Dużo więcej w moich książkach. 



sobota, 19 kwietnia 2008

Tradycja 8 Wspólnoty AA

Wersja krótka: Działalność we wspólnocie powinna na zawsze pozostać honorowa, dopuszcza się jednak zatrudnianie niezbędnych pracowników w służbach AA.

Wersja pełna: Anonimowi Alkoholicy nigdy nie powinni stać się zawodowcami. Przez zawodowstwo rozumiemy pomoc udzielaną alkoholikom za opłatą lub na etacie. Możemy jednak zatrudniać alkoholików do świadczenia takich usług, do których musielibyśmy najmować nie alkoholików. Tego rodzaju prace powinny być należycie wynagradzane. Nigdy natomiast nie powinno się płacić za realizację Dwunastego Kroku.


Jak rozumiem Tradycję Ósmą Wspólnoty AA?

W początkowym okresie swojego zdrowienia (trzeźwienia) chciałem, prawdopodobnie jak wielu innych alkoholików, zostać w przyszłości terapeutą. I to raczej w niezbyt odległej przyszłości. Ot, taka dziecinada… Myślę, że działo się to na dokładnie takiej samej zasadzie, jak w przypadku uczennic pierwszej klasy szkoły podstawowej, które już po kilku lekcjach postanawiają zostać kiedyś nauczycielkami. O Ósmej Tradycji AA nie wiedziałem wtedy jeszcze zupełnie nic. O innych Tradycjach zresztą także nie.
 
Mam do siebie sporo żalu o to, że w stosownym (albo jakimkolwiek innym) czasie nie przykładałem się do nauki języków obcych. Gdybym znał na przykład język angielski, to z sensem treści Ósmej Tradycji AA miałbym pewnie zdecydowanie mniej problemów niż miałem. Moja wina… bo przecież nie ludzi, którzy z ogromnym zapałem i poświęceniem dokonali tego tłumaczenia i zrobili to, no… powiedzmy, że najlepiej, jak umieli.
 
W scenariuszach wielu grup AA znaleźć można informację: „Prowadzący lub rzecznik grupy ma prawo przerwać wypowiedź zbyt odbiegającą od tematu, nie mniej nie należy przerywać wypowiedzi innych, zadawać w jej trakcie pytań, komentować ich”. Niejednoznaczna konstrukcja takiego zapisu typu: nie można, ale można, natychmiast przypomniała mi tekst Ósmej Tradycji. Powinno być tak, ale dopuszcza się inaczej… Rzecz jasna natychmiast zabrakło mi warunków, pod którymi dopuszcza się jednak to… zatrudnianie – zwłaszcza, że przecież chciałem kiedyś tam zostać terapeutą. Spekulowałem też namiętnie na temat znaczenia słowa „honorowa”. W języku polskim można przyjąć, że czasem, w pewnych warunkach, oznaczać to może pracę darmową, ale przecież nie zawsze – jeżeli Nowak postąpił honorowo, to przecież nie znaczy jeszcze, że zrobił coś za darmo, gratis. Szukałem więc dodatkowego, głębszego sensu tej… honorowej działalności. Myślałem, że widocznie z jakiegoś ważnego powodu użyto określenia „honorowa”, zamiast po prostu „darmowa”. I, jak się ostatecznie okazało, zupełnie niepotrzebnie traciłem czas…
 
Nie wzbudziło za to moich wątpliwości to, co chyba jednak wzbudzić powinno – zakres tej „działalności” we Wspólnocie AA. W Tradycji Ósmej napisano krótko, że działalność powinna pozostać honorowa, więc założyłem, że dotyczy to każdej działalności i dowolnej pracy na rzecz AA.
Wreszcie jednak pewnego razu wpadł mi w ręce tekst Dwunastu Tradycji AA w angielskim oryginale. Przeglądałem je bez większego zrozumienia, wyszukując jedynie pojedyncze słowa, które byłem w stanie rozpoznać. I tak w treści Tradycji Ósmej zaskoczył mnie bark słowa „honor”, albo „honour” (po amerykańsku lub angielsku). Było za to słowo „nonprofessional”, a to, nawet przy mojej właściwie żadnej znajomości języka, byłem w stanie zrozumieć i przetłumaczyć, jako „nieprofesjonalista”, „nieprofesjonalny”, lub „niezawodowy”. Czyli, nie chodziło o pracę honorową (poważną, zaszczytną), ale po prostu o to, że alkoholicy nie mają być profesjonalistami! No tak, ale jakimi profesjonalistami mają nie być? Czy może profesjonalistami maklerami, prawnikami, lekarzami, bankierami? Na pewno nie! Czyli… mają nie być profesjonalnymi alkoholikami, a dokładnie profesjonalnymi anonimowymi alkoholikami. Nieco później doczytałem jeszcze stosowne komentarze oraz pełny, a nie skrócony, tekst Ósmej Tradycji w książce „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji” i prawie wszystko stało się jasne. Właśnie… prawie, bo zostały bez odpowiedzi jeszcze dwa pytania:
1. Dlaczego niby jakiś anonimowy alkoholik ma nie być profesjonalnym anonimowym alkoholikiem, w czym to szkodzi i komu? W końcu tylu terapeutów…
2. Gdzie powinna przebiegać granica pomiędzy zawodową (profesjonalną) i niezawodową działalnością w służbach Wspólnoty AA?
 
Po ostatnich zmianach ustrojowych w Polsce okazało się, że wiele firm czy instytucji musi nauczyć się funkcjonowania w zupełnie nowych warunkach tak zwanej gospodarki rynkowej. Nie ominęło to również służby zdrowia, a w tym poradni odwykowych. Powstały zresztą już także ośrodki zupełnie prywatne.
Środowisko alkoholików (anonimowych, ale nie tylko) zareagowało z czułością sejsmografu – w przerwach mityngów AA, na forach internetowych i warsztatach, pojawiły się, i co jakiś czas wracają, pytania o to, czyje interesy realizuje w takiej sytuacji alkoholik-terapeuta: swoje, jako alkoholika i członka AA, czy może również swoje, jako pracownika takiej lub innej „firmy odwykowej”?
Nie biorę udziału w takich dyskusjach i spekulacjach, ale trudno jest udawać, że pytania i wątpliwości nie istnieją. Zastanawiałem się więc czasem, czy ja byłbym gotów zawierzyć bezwarunkowo jakiemuś innemu alkoholikowi, gdybym miał wątpliwości, czy chodzi mu tylko o moje dobro, czy może o interes firmy, w której jest zatrudniony, i w której dodatkowych kilku pacjentów może oznaczać lepszy kontrakt z Funduszem, a więc i dalszą pracę dla niego? Albo coś w tym stylu.
Jest też oczywiście także i druga strona medalu – czy, gdybym faktycznie został terapeutą, mógłbym nadal i bez żadnych wątpliwości być jednocześnie członkiem Wspólnoty AA i stosować jej zasady we wszystkich swoich poczynaniach? Czy nie wystąpiłby tu tak zwany konflikt interesów?
 
Ostatecznie po kilku latach takich rozważań doszedłem do odkrywczego (!) wniosku, że Wspólnota AA oraz jej Program mają wymiar duchowy, a przecież duchowe jest to, co niematerialne. Duchowość AA, niesienie posłania tym, którzy wciąż jeszcze cierpią, nie jest na sprzedaż – nie ma i nie może być na nie ceny…
Jakie działania w takim razie mogą podejmować alkoholicy odpłatnie, by pozostać w zgodzie z ideą Ósmej Tradycji? Gdzie leży granica? Teoretycznie łatwo jest na te pytania odpowiedzieć – działanie w ramach Dwunastego Kroku, niesienie posłania drugiemu alkoholikowi, nie może nigdy i w żadnym przypadku wiązać się z jakimiś korzyściami materialnymi. Alkoholik, który rozmawia z drugim alkoholikiem, przedstawiając mu swój dramatyczny „piciorys” i zastosowaną metodę wyzwolenia, jest naturalny i autentyczny, ale jeśli będzie to robił za pieniądze – straci całą wiarygodność w mgnieniu oka.
 
Oczywiste jest, że człowiek, który po osiem godzin dziennie pakuje i szykuje do wysyłki literaturę AA, na przykład w BSK (Biuro Służby Krajowej), nie niesie posłania. Jest pakowaczem i ekspedytorem, i za to trzeba mu normalnie zapłacić, bez względu na to, czy jest alkoholikiem czy też nie. To jest najprostszy przykład. Jednak w życiu nie zawsze jest tak łatwo…
Czy nasza Wielka Księga nie stanowi posłania dla tych, którzy wciąż jeszcze cierpią i to na całym świecie? A przecież Bill W. do końca życia brał za nią tantiemy… Czy jest naruszeniem Ósmej Tradycji praca alkoholika, psychologa i terapeuty? Przecież w swojej pracy może się on (teoretycznie!) opierać na współczesnej psychiatrii i psychologii – nie musi nieść posłania w ramach Dwunastego Kroku Anonimowych Alkoholików…
 
Wspólnota AA nikomu ani nie nakaże, ani nie zabroni wykonywania takiej czy innej pracy zarobkowej. W konkretnych przypadkach pozostaje więc sumienie, uczciwość i osobista rzetelność. Zawsze przecież można zadać sobie proste pytanie: czy zarabiam na tym, że jestem członkiem Wspólnoty AA? A jeżeli nie potrafię odpowiedzieć sam na tak postawione pytanie, to zawsze mogę przecież zapytać sponsora, albo przyjaciół ze swojej grupy… Chciałem kiedyś być terapeutą. Ale czy chciałbym tego równie mocno, o ile w ogóle, w co wątpię, gdybym nie był alkoholikiem? Ano właśnie… I już znam odpowiedź.
 
Granicę i różnicę znakomicie „widzę” na swoim przykładzie. Pisuję różne teksty, recenzje, omówienia na strony internetowe, dla sklepów, wydawnictw itp. Mam z tego pewne profity. No i nie jest dla mnie niczym dziwnym, że zleceniodawca sugeruje czasem, żebym zmienił, poprawił, albo następnym razem uwypuklił… to czy tamto. Normalne. Kto płaci – ten wymaga.
Piszę także różne teksty związane z alkoholizmem i Programem AA, na strony i grupy internetowe oraz na potrzeby czasopism (biuletynów) o charakterze „branżowym” np. „Zdrój”, „Karlik”, „Mityng”, „Warta”. Za tą działalność nie mam żadnych dochodów, czy zysków, ale powiem szczerze, że ma to także swoje zalety – kiedy redaktor naczelny jednego z tych pism zaczął mi stawiać jakieś warunki, spokojnie i bez obaw mogłem jego żądania odrzucić – niosąc posłanie, a tak właśnie traktuję swoje „alkoholowe” teksty, robiąc to latami bez jakichkolwiek korzyści finansowych (materialnych), mogę być odporny na wszelkie naciski. Oczywiście w przypadku tekstów płatnych, na tego typu postawę wobec zleceniodawcy pozwolić bym sobie nie mógł. I to też jest normalne i oczywiste.
 
Gdybym miał istotę Ósmej Tradycji AA wyrazić jednym tylko zdaniem byłyby to słowa zaczerpnięte z Ewangelii św. Mateusza: „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie…”.





Więcej w książkach, a zwłaszcza w „12 Kroków od dna. Sponsorowanie”.



czwartek, 17 kwietnia 2008

Być czy mieć – oto pytanie!

Około 4 lata temu pracowałem już nad Krokami VI-VII AA według programu „strzyżyńskiego”. System pracy, z powodów obiektywnych, pozostawiał wtedy wiele do życzenia. Spotykaliśmy się dwa razy w tygodniu na kilkugodzinne sesje. Nie było noclegów, wspólnych posiłków, mityngów, bilansów, itd. Oczywiście było to lepsze niż nic, ale…
Dotrwałem jakoś do końca, ale w takich warunkach założyłem sobie i realizowałem jedynie program minimum: chciałem rozstać się z dwoma poważnymi wadami, które wyraźnie zagrażały mojej dalszej abstynencji i komplikowały mi życie.
Udało się, choć nie bardzo wiem jak (Siła Wyższa?). Jedna z tych wad natychmiast przestała być problemem, natomiast druga okazała się może nie tyle wadą charakteru, co jednym z symptomów typowych dla DDA, w pewnym sensie można by ją nazwać objawem zaburzenia DDA. Przestałem się więc nią „katować” i teraz spokojnie obserwuję, jak powoli zanika.


Być czy mieć, czyli Strzyżyna VI-VII

Moje trzeźwienie z choroby alkoholowej przebiega etapami. Wyznaczają je wielkie i doniosłe (dla mnie!) odkrycia, których dokonuję we współpracy i przy pomocy innych alkoholików podczas różnych spotkań AA-owskich, terapii, warsztatów i innych, na jakich bywam w najróżniejszych miejscach w Polsce.
 
Tym razem, czyli w Strzyżynie, wiosną 2008 roku, podczas pracy nad VI i VII Krokiem, również na coś takiego czekałem. Już od samego początku rozpoznawałem przecież charakterystyczne elementy. Do mojego „ogródka” wpadały, pozornie bez żadnego ładu i składu, „kamyczki”, kawałki układanki, które w odpowiednim momencie mogły i powinny utworzyć czytelny obraz, odkrycie, taki właśnie kamień milowy na drodze mojego zdrowienia.  
Wiele rzeczy jakoś zupełnie mnie nie dziwiło, a jednocześnie, jakby z góry, miałem na to, co się dzieje, pełną wewnętrzną zgodę. Liderka turnusu oznajmiła mi, że mam być liderem grupy. Zapytałem, czy to decyzja czy propozycja, a kiedy usłyszałem, że to pierwsze, bez oporów i grymaszenia zabrałem się po prostu do pracy. Widać tak właśnie miało być.
 
Okazało się, że w naszej grupie są dwie Al-anonki. OK. Będzie trudniej, ale praca w łączonej grupie to większa szansa na poznanie, zrozumienie, doświadczenie. Dwie osoby z grupy posiadają do spółki właściwie pełen komplet moich wad charakteru. OK. Będzie po prostu bardzo, bardzo trudno, bo przecież u innych zawsze najbardziej drażnią nas nasze własne wady.
 
Moje wady, to oczywiście egoizm i egocentryzm, ale nad tak ogólnie określonymi grupami wad trudno jest pracować, problemem są także konkretne przykłady. Wykombinowałem więc, że „walczył będę” z zarozumialstwem (pycha!), lekkomyślnością (zakupy!) i nieumiarkowaniem w jedzeniu (łakomstwo!). 
Co jednak wydawało mi się dosyć dziwne, podchodziłem do tych problemów dość „luźno”, jak gdyby przeczuwając podświadomie, że to nie jest aż takie ważne, że właściwie chodzi o coś innego.
 
Jednym z ciekawszych elementów tej mojej układanki było stwierdzenie kolegi: „jestem niewierzący, ale praktykujący”. Zaskoczenie? Zwykle przecież mówi się odwrotnie: „wierzący, niepraktykujący”. 
Nie jestem pewien, czy ta rzucona pół żartem, pół serio deklaracja rozumiana jest przez jej autora w sposób zbliżony choćby do mojego. Być może nie, ale nie to jest ważne. Istotne – dla mnie – jest pytanie: co jest ważniejsze, obrzędy religijne, kanony wiary (credo), liturgia, czy może po prostu codzienne praktykowanie… miłości i pokory?
 
Poza tym…
Siła Wyższa oczywiście jest wyższa i wszystko może, ale z jakiegoś powodu pewną część „zadania” ja muszę wykonać sam. Muszę! Czemu Jezus czeka z wskrzeszeniem Łazarza, aż ludzie odsuną kamień nagrobny?
 
Ponadto…
Zdaje się, że każdy z nas (w grupie) pełnił lub pełni jakieś służby we Wspólnocie AA lub Al-anon. To przecież, we współpracy z innymi ludźmi najlepiej i najłatwiej ujawniają się moje wady charakteru…
 
I jeszcze…
Napisałem kilka naprawdę fajnych tekstów i tak bardzo zależało mi, żeby inni alkoholicy je zrozumieli, że czasem mocno się wkurzałem, kiedy okazywało się, że moje „wielkie odkrycia” nie robią na nich większego wrażenia. A przecież św. Franciszek pisał, że mam raczej rozumieć niż szukać zrozumienia, i przecież ja tą modlitwę znam od bardzo dawna.
 
A dalej…
Wiktor Osiatyński i jego ostatnia książka… Jedno zdanie ze strony 52 Wielkiej Księgi… Program na 24 Godziny („nie okażę nikomu, że moje uczucia zostały zranione…”). No i wreszcie zasadnicze pytanie: być, czy mieć?
 
Zwykle w pytaniu „być, czy mieć?” konfrontuje się świat wartości duchowych z pragnieniem posiadania dóbr materialnych. Do dziś nie zgadzam się z twierdzeniem, że jedno musi zupełnie wykluczać drugie, ale to już inna historia. Tym razem pytanie to zadałem sobie w zupełnie innym kontekście – czy ja chcę być z ludźmi, czy mieć ludzi? Zgodnie z uproszczoną definicją egoizm kradnie rzeczy, natomiast egocentryzm kradnie ludzi… 
A więc być z ludźmi, czy mieć ludzi?
 
Po kilku dniach doszło do kryzysu w naszej grupie. Kryzysy w takich sytuacjach i warunkach uważam raczej za regułę niż wyjątek. Nie lubię takich sytuacji, ciężko je znoszę, ale zdaję już sobie sprawę, że są one często jedynym motorem napędowym zmian, albo katalizatorem istotnych odkryć.
 
Na koniec zajęć jednego dnia były „miśki”, zapewnienia o sympatii i radości ze wspaniałej współpracy, a następnego, zaraz z samego rana, miałem wrażenie jakby oblano mnie wiadrem pomyj. Okazało się, że na grupie nie jest wcale tak dobrze, że są żale i urazy (kierowane w różne strony), a współpraca i zaufanie wcale nie są takie idealne. Czułem się oszukany wcześniejszymi, najwyraźniej nieszczerymi, deklaracjami, ale… Stało się wtedy coś nieprawdopodobnego, coś, na co absolutnie nie byłoby mnie stać jeszcze nie tak dawno.
Pięć lat wcześniej całą winę za zaistniałą sytuację przerzuciłbym na członków grupy. Rok temu pewnie przyznałbym się do swojego kawałka, ale również wykazał, że i pozostali nie są bez winy. Tym razem jednak zrobiłem coś zupełnie innego – zapominając o swoich zranionych uczuciach, własnych racjach, rzeczowych argumentach i innych takich, w ułamku sekundy stanąłem w postawie pokory i wziąłem na siebie całą odpowiedzialność na konflikt. Oczywiście także przeprosiłem.
Kryzys przestał istnieć po kilkunastu minutach. Jeżeli „winowajca” przyznał się bez oporów i nawet przeprosił, cóż można zrobić więcej? W takim momencie nie ma już przecież, z kim i o co walczyć.
 
Jak się to stało, dlaczego zrobiłem tak właśnie? Z dwóch powodów. Po pierwsze słuchałem, co mówią członkowie grupy i nie tylko słuchałem, ale słyszałem ich i rozumiałem – na przykład wcześniejszy brak szczerości i otwartości. Po drugie okazało się, że ważniejsza była dla mnie tym razem dalsza zgodna i zdrowa atmosfera w grupie, niż moje żale, urazy i zranione uczucia. Mieliśmy do wykonania niezwykle ważne zadanie, a założone cele byliśmy w stanie osiągnąć tylko razem, wspólnie.
Poza tym, co na pewno też nie jest bez znaczenia, staram się nie zapominać o zasadzie, którą coraz częściej i to z powodzeniem, próbuję stosować w swoim życiu: „twoja racja – mój spokój”. Wynika ona z mojej identyfikacji z Preambułą AA – ja, jako anonimowy alkoholik, nie muszę popierać ani zwalczać żadnych poglądów. Nawet swoich własnych…
 
Taka analiza ładnie wygląda z perspektywy czasu, ale wtedy wszystko działo się w sekundach. Moja reakcja była automatyczna, odruchowa, spontaniczna i nieprzemyślana, a to oznaczało po prostu, że pod pewnymi względami zmieniłem się daleko bardziej, niż mi się wydawało. Kiedy się zmieniłem? Nie wiem. Może trzy miesiące wcześniej, a może poprzedniego dnia, gdy szukałem odpowiedzi na pytanie: być, czy mieć… ludzi?
 
Później był jeszcze jeden konflikt. Zupełnie już nie związany ze mną. Jedna osoba została przez innych dość agresywnie zaatakowana. Mam wrażenie, że ten kryzys udało mi się rozwiązać całkiem nieźle, ale znów tylko dlatego, że słyszałem ludzi wokół mnie, mogłem i chciałem poświęcić im uwagę no i byłem obecny w rzeczywistości. Zwłaszcza to ostatnie jest dla mnie bardzo istotne. Większą część swojego życia spędziłem przecież w krainie iluzji, w świecie własnych wyobrażeń o sobie, o ludziach, o życiu…
 
Przez cały ten czas niezwykle ważna była dla mnie determinacja, akceptacja, wyrozumiałość, zapał i życzliwość, wszystkich członków naszej grupy. Jak mawia mój sponsor, wystarczy żeby nie chciała porozumienia jedna tylko osoba, a nigdy się nie dogadamy. Tym razem wiedziałem i wyraźnie czułem, że chcieliśmy wszyscy. I mimo, że nie zawsze było milutko, chciałem być z ludźmi z naszej grupy…
 
W pewnej książce znalazłem informację o tym, że dla wszystkich (podobno) alkoholików typowy jest niedobór podstawowych umiejętności społecznych. Jeśli o mnie chodzi, zgadzam się w 100%.
 
Przecież ja nigdy, nawet przed uzależnieniem, nie potrafiłem stworzyć jakichkolwiek zdrowych relacji z innymi ludźmi. Wiecznie czułem się inny, z boku, nierozumiany. Aż w końcu, poprzez uzależnione i destrukcyjne picie, doprowadziłem do ostatecznego zaniku swoich zdolności (jeżeli w ogóle jakieś miałem) do budowania więzi i bliskości z kimkolwiek. Nie umiejąc być z ludźmi, próbowałem ich mieć, bo przecież nadal i wciąż byli mi potrzebni – ktoś w końcu musiał jakoś tam zaspokajać moje potrzeby emocjonalne, seksualne, materialne i inne. I tu jest właśnie pies pogrzebany, istota błędu, clou programu, czy jak tam jeszcze to nazwać. Lekkomyślność? Sześć par spodni? Jak będę musiał przez dwa kolejne miesiące zaciskać pasa, to się oduczę nieodpowiedzialnych wybryków. Nieumiarkowanie w jedzeniu? Dieta, zmiana przyzwyczajeń i nawyków żywieniowych. Uda się, to dobrze, a jak się nie uda, to po prostu zejdę z tego świata jako grubasek, wcześniej klnąc i narzekając przy każdym wiązaniu butów.
 
Stare powiedzenie AA-owskie mówi, że najpierw rzeczy najważniejsze. A więc gdzie są moje priorytety? I jak faktycznie wygląda moja odpowiedź na pytanie: mieć ludzi, czy być z ludźmi? Jeśli Bóg (jakkolwiek Go nie pojmuję) stworzył człowieka na Swój obraz i podobieństwo, to zbliżyć się do Niego mogę na tym świecie tylko poprzez innych ludzi – to powinno ułatwić znalezienie odpowiedzi.
 
Jeżeli stawiam na „być”, to przecież nadal mam te niedobory podstawowych umiejętności społecznych, nie „naumiałem się” ich przez kilkanaście dni w Strzyżynie. Myślę jednak, że stało się tam coś bardzo ważnego, znalazłem swoją drogę do… wyzdrowienia z alkoholizmu i pokonałem na niej całkiem niezły dystans. 
 
Do Czytelnika, jeśli taki się znajdzie.
Jeśli nie rozumiesz mojej opowieści – nic nie szkodzi. To przecież moja „bajka”. Ty pewnie masz swoją. Jeżeli się kiedyś spotkamy, chętnie posłucham Twojej historii i starał się będę zrozumieć… i ją i Ciebie.




Dużo więcej w moich książkach.