Robiłem dzisiaj zakupy w sklepie
spożywczym (markecie) należącym do dużej sieci europejskiej, a może i
światowej. Często tam bywam, bo to dość blisko mojego domu. Nauczony złymi
doświadczeniami, zawsze sprawdzam ceny – zbyt wiele razy okazywało się, że cena
na półce była niższa niż przy kasie, na paragonie. Uważam, że to typowe i
powszechne działanie sieciowych marketów. Zresztą… kiedyś, dawno temu, na
kursie zaawansowanych technik sprzedaży, uczono nas takich zagrywek, ale…
mniejsza z tym.
Tym razem, a był to drugi raz w ciągu jedenastu lat od kiedy robię
tam zakupy, kasjerka pomyliła się na moją korzyść: nabiła mi bułkę zamiast
chleba, czyli zapłaciłem 79 groszy, a powinienem 2,75 PLN.
Poszedłem do biura obsługi klienta. Sporo czasu i wysiłku
kosztowało wytłumaczenie, że chcę dopłacić różnicę, bo policzono mi za mało.
Wreszcie najpierw zwrócono mi te 79 groszy, a następnie pobrano 2,75 – wszystko
to wymagało drukowania kopii paragonów, dokumentów korygujących,
skomplikowanych (chyba) operacji kasowych itp. Już w trakcie tych procedur
zacząłem zastanawiać się, czy nie narobiłem tym ludziom więcej kłopotów niż to
warte. Jednak najtrudniejsze pytanie wpadło mi do głowy, kiedy już wracałem do
domu. Czy za swoją pomyłkę nie zostanie w jakiś sposób ukarana kasjerka?
Przecież naraziła firmę na straty! Mogłem nie oddać różnicy i sieć by straciła!
Człapałem do domu ze swoimi zakupami i zastanawiałem się, czy mam
moralne prawo i powinienem swoimi przekonaniami i standardami moralnymi,
utrudniać, komplikować życie innym?
Pod domem przypomniało
mi się coś jeszcze. W pasażu marketu, tuż obok ruchomych schodów i wind,
zauważyłem chłopca, cztero-pięcioletniego. Stał obok onanizatorów dla dzieci,
tym razem mechanicznych koników, które bujają się z dzieckiem na grzbiecie, po
wrzuceniu stosownej monety. Chłopczyk wrzucał w otwór złotówkę, ale ta
natychmiast wypadała, bo mechanizm przyjmował tylko dwójki i piątki. Chłopiec
wrzeszczał i kopał urządzenie z rosnącą frustracją i coraz większą agresją.
Nie zatrzymywałem
się przy nim specjalnie, wiec tylko przechodząc obok usłyszałem, że …przecież to tylko dziecko, że …z czasem nauczy się i zrozumie. Banalna
sytuacja, ale jakoś przypomniała mi dwie znajome oraz ciotkę, czyli w sumie
trzy panie, które w różnych krajach Europy pracowały jako rezydentki biur
podróży. Zupełnie niezależnie od siebie i nie znając się kompletnie, wszystkie
one twierdziły zgodnie, że najgorszymi turystami są niewątpliwie Polacy i to z
jednego, zawsze tego samego powodu: domagają się usług, których nie opłacili;
chcą więcej niż przewiduje pakiet, który wykupili. W tym celu proszą, grożą,
straszą, szantażują, oszukują, manipulują, bo… Bo tak! Bo chcą i już! A jak chcą, to
uważają, że im się należy.
I przyszło mi do
głowy, że są polskie dzieci, które nigdy się nie uczą i do końca życia nie będą w
stanie zrozumieć wielu prostych prawd, zasad i reguł życiowych.
Tragedią naszego życia jest to, jak głęboko musimy cierpieć, zanim
nauczymy się prostych prawd, według których trzeba żyć („Anonimowi
Alkoholicy wkraczają w dojrzałość”, str. 331) – niby tak, ale szkoda tylko, że
to czasem inni ludzie muszą sporo wycierpieć, zanim my czegokolwiek się
nauczymy.
Najbardziej
ryzykownym z tysięcy, a może nawet milionów przedsięwzięć podejmowanych w życiu
jest dorastanie. Polega ono na zrobieniu kroku z dzieciństwa w dorosłość.
Prawdę mówiąc, przypomina raczej karkołomny skok niż krok, i wielu ludzi nie
może się nań zdecydować przez całe życie. Na pozór sprawiają wrażenie
dorosłych, a jednak pod względem psychologicznym większość „pełnoletnich” aż do
śmierci pozostaje dziećmi... M. Scott Peck
„Drogą mniej uczęszczaną”, wyd. Medium, 1998, s.111.
