wtorek, 8 sierpnia 2023

Jest w Polsce Wspólnota AA?

Prawie sześćdziesiąt lat temu Bill W. opublikował w Grapevine swoje zdanie na temat tego, co w AA jest najważniejsze, a przynajmniej ważne wyjątkowo i szczególnie. Przypomniał mi się ten tekst, gdy dowiedziałem się, że mojemu podopiecznemu grupa alkoholików zarzuciła, że albo nie zrobił Programu, albo nie jest alkoholikiem, skoro realizacja Dwunastu Kroków nie spowodowała u niego religijnego nawrócenia, i jak agnostykiem był, tak i jest.
Nie jest to pierwszy raz, kiedy obserwuję ciągoty alkoholików w AA do wykluczania innych alkoholików z powodu takich lub innych przekonań czy postaw życiowych albo nieznajomości, Tradycji, Koncepcji, Gwarancji, Karty Konferencji, Poradnika dla służb, czy czegoś takiego. Co ciekawe nic takiego nie miało miejsca mniej więcej do roku 2010-2012. W roku 2000 i wcześniej nikt nikomu nie zarzuciłby braku trzeźwości albo niepełną trzeźwość, jeśli ten nie zaznajamiał się z Koncepcjami ze sponsorem. Można było za to zostać wyproszonym z mityngu, jeśli tego dnia spożywało się alkohol. Program wyzdrowienia z alkoholizmu też wtedy jeszcze nie był znany na naszych grupach. Więc czytając zdanie i opinię Billa na temat relacji między członkami AA zastanawiam się, czy my w Polsce kiedykolwiek mieliśmy i czy w ogóle teraz mamy Wspólnotę Anonimowych Alkoholików.

Responsibility Is Our Theme
“Newcomers are approaching AA at the rate of tens of thousands yearly. They represent almost every belief and attitude imaginable. We have atheists and agnostics. We have people of nearly every race, culture and religion. In AA we are supposed to be bound together in the kinship of a common suffering. Consequently, the full individual liberty to practice any creed or principle or therapy whatever should be a first consideration for us all. Let us not, therefore, pressure anyone with our individual or even our collective views. Let us instead accord each other the respect and love that is due to every human being as he tries to make his way toward the light. Let us always try to be inclusive rather than exclusive; let us remember that each alcoholic among us is a member of AA, so long as he or she so declares.”
Bill W. Copyright © AA Grapevine, Inc. (July 1965).


[Odpowiedzialność jest naszym motywem przewodnim
"Co roku do AA zgłaszają się dziesiątki tysięcy nowych osób. Reprezentują niemal wszystkie możliwe przekonania i postawy. Mamy ateistów i agnostyków. Mamy ludzi niemal każdej rasy, kultury i religii. W AA mamy być połączeni pokrewieństwem wspólnego cierpienia. W związku z tym pełna indywidualna wolność praktykowania jakiegokolwiek wyznania, zasad czy terapii powinna być dla nas wszystkich najważniejsza. Nie wywierajmy zatem na nikogo presji naszymi indywidualnymi czy nawet zbiorowymi poglądami. Zamiast tego okazujmy sobie nawzajem szacunek i miłość, które są należne każdej istocie ludzkiej próbującej podążać w kierunku światła. Zawsze starajmy się być raczej inkluzyjni niż ekskluzywni; pamiętajmy, że każdy alkoholik wśród nas jest członkiem AA, tak długo, jak sam to deklaruje".
Bill W. Copyright © AA Grapevine, Inc (lipiec 1965).] 
Przekład nieautoryzowany.


piątek, 4 sierpnia 2023

Niekończące się zaskoczenia

Dawno, bardzo dawno temu wymyśliłem, bo nie było to wynikiem konkretnego przeżycia, ale właśnie logicznego myślenia, że przynajmniej niektórzy z moich podopiecznych powinni być lepsi ode mnie. Gdyby podopieczni zawsze byli gorsi od sponsorów, to Wspólnota zwijałaby się, a nie rozwijała i zapewne już by jej nie było. Co to znaczy „lepsi”? Ano może bardziej przebudzeni, bardziej moralni, bardziej odpowiedzialni, przydatni innym, tolerancyjni, wyrozumiali, rzadziej używający wad itd. Dlatego zupełnie nie zdziwiło mnie, gdy podopieczna w trzecim roku abstynencji uznała, że nie ma sensu mówić, że w AA nic jej już nie zaskoczy, bo zaskakuje nadal i to często. Ja na rezygnację z tego przekonania (że nic mnie już tu nie zaskoczy) potrzebowałem dwa razy więcej czasu. Naprawdę kiedyś uważałem, po takim lub innym wydarzeniu, że alkoholicy niczym mnie już nie zaskoczą, ale po pewnym czasie znowu wydarzało się coś, co powodowało kolejne zaskoczenie. Obecnie moje doświadczenie i zdrowy rozsądek podpowiadają mi, że w tym środowisku nieustannie będzie się zdarzać coś zaskakującego, bo możliwości alkoholizmu, jako choroby psychicznej, są najwyraźniej nieograniczone.

Najnowszym zaskoczeniem była dla mnie kwestia uraz, używanych jako argument przeciwko komuś, ewidentnie nacechowany wrogością i negatywną oceną. Tak, zdaję sobie sprawę, że w świecie ludzi normalnych (czyli nie chorych psychicznie) coś takiego brzmiałoby absurdalnie, ale nasze środowisko do najzdrowszych jednak nie należy.

Czymże jest uraza? Według Wielkiego Słownika Języka Polskiego, to żal do kogoś będący rezultatem zachowania bądź działań, które sprawiły komuś przykrość lub obraziły go*, a według Słownika Języka Polskiego PWN uraza jest to żal do kogoś z jakiegoś powodu**. Czyli w sumie na jedno wychodzi. Proste i jednoznaczne definicje.

Rozmawiałem niedawno z koleżanką, która z naszym środowiskiem nie ma nic wspólnego. Powiedziała, że z jakiegoś powodu ma żal do swojego byłego męża. Więc zapytałem (co w tej sytuacji uważałem za normalne i naturalne), co takiego jej zrobił, a ona opowiedziała o jakimś przypadku nieodpowiedzialnego traktowania wspólnych dzieci. Rozmawialiśmy wtedy, na te i różne inne tematy, jeszcze długo. Zastanawiam się jednak, jaka byłaby reakcja polskiego anonimowego alkoholika. Bardzo możliwe, że taka:

- A! I tu cię mam! Już wszystko jasne, masz do niego URAZĘ!!!

- Tak, oczywiście, przecież o tym właśnie mówię. Powiem ci też z jakiego powodu…

- Nic takiego nie chcę słyszeć! To nie ma znaczenia – masz URAZĘ i tylko to się liczy! Musisz coś z tym zrobić!

- Jasne, już zrobiłam, skontaktowałam się z adwokatem i komornikiem, i…

- Nie, nie o to mi chodzi! Musisz coś zrobić ze swoją urazą!!!

- Dlaczego tak do mnie mówisz, upoważniłam cię jakoś do takich napaści?

- Mogę rozmawiać z tobą, ale nie będę rozmawiał z twoją urazą i w ogóle, po co mi kontakt z kimś, kto ma skłonność do uraz! Najwyraźniej nie jesteś zdrowa na umyśle, skoro lubisz hodować urazy! Alleluja siostro i do przodu!

W środowisku polskich AA w ostatnich latach uraza, czyli żal do kogoś o coś, stała się negatywną oceną moralną, czasami wręcz wyzwiskiem; kwestionuje zdrowy rozsądek i poczytalność osoby, która ma do kogoś żal z jakiegoś powodu. Nie, na pewno nie wszyscy alkoholicy tak mają, ale wydaje mi się, że liczba dotkniętych tą dewiacją*** stale rośnie.

Żal do kogoś o coś tam jest podstawą do krytyki i wyjątkowo negatywnej oceny, jednak nie tej osoby, która wyrządziła przykrość, zawiodła lub wyrządziła jakąś krzywdę, ale tej, która ma w związku z tym żal, urazę. W polskiej wersji AA najwyraźniej nie wolno mieć żalu do nikogo, bo za coś takiego wdeptują tu w ziemię i gnoją.
Przyszło mi na myśl, że to bardzo wygodna i niesamowicie korzystna sytuacja dla wszelkiego rodzaju władzy (formalnej lub nie, w AA lub nie). Kogoś, kto szkodzi innym, nie można skrytykować, bo natychmiast otrzyma się diagnozę – masz do niego urazę! Nie liczy się już w tym momencie, jakich szkód lub krzywd narobił konkretny człowiek, ale fakt, że ktoś ma do niego o coś żal. Mieć urazę do kogoś, to w polskiej Wspólnocie coś strasznego, potwornego. Jeśli masz do kogoś o coś żal, to w tym środowisku świadczy to źle tylko i wyłącznie o tobie i właściwie przestajesz się liczyć jako człowiek trzeźwy i normalny, natomiast z tym, co masz do powiedzenia, właściwie nie potrzeba się już liczyć.

Interes zarządzających cwaniaków to jedno, ale zastanawiam się też, czy na to zupełnie nienormalne podejście do uraz, mógł mieć groteskowy pomysł założyciela tej Wspólnoty, Billa W., który zalecał, żeby wybaczać urojone krzywdy (sic!).

Będziemy trzymać się zasady, by uznawać własne przewiny, wybaczając jednocześnie wyrządzone nam krzywdy zarówno rzeczywiste, jak i urojone w naszej wyobraźni. [12x12]

Czy hodowanie uraz się opłaca, czy przeciągający się żal do kogoś o coś jest przyjemny, czy są to uczucia bezpieczne dla osób uzależnionych, to jest już zupełnie inna sprawa.


Wierzę, że amerykańscy weterani AA, a przynajmniej wielu z nich, szukali sposobów na realizację posłania miłości i służby, znajdowali je i stosowali w praktyce. W polskiej wersji AA obserwuję nieustanne poszukiwania sposobów i metod na wyrażenie swojej nienawiści, wrogości i złości. Najlepiej poprzez atak na kogoś. Tutaj nie można zapominać nawet na chwilę, że wszystko, co alkoholik powie czy napisze, zostanie użyte przeciwko niemu.
Szkoda… 20-25 lat temu nie tak to wyglądało.




---
* https://wsjp.pl/haslo/podglad/17888/uraza
** https://sjp.pwn.pl/sjp/uraza;2533258.html
*** Dewiacja – «silne odchylenie od normy w zachowaniu, postępowaniu lub myśleniu».

wtorek, 1 sierpnia 2023

Powroty do punktu wyjścia

W pierwszych latach mojego uczestnictwa w mityngach, na wszystkich takich spotkaniach panowały identyczne przekonania i słownictwo rodem z zajęć grupowych terapii odwykowej. Byliśmy więc trzeźwiejącymi alkoholikami, bo wmówiono nam skutecznie, że w pełni wytrzeźwieć z alkoholizmu się nie da. Gdyby ktoś się pomylił, po prostu przejęzyczył i powiedział, że jest trzeźwy albo wytrzeźwiał, to świadczyłoby to niewątpliwie o nawrocie i podświadomej chęci powrotu do picia.

Minęło wiele lat. Powoli zapoznawaliśmy się coraz lepiej z Wielką Księgą, zaczynaliśmy pracować ze sponsorami na Programie, a nawet doczytaliśmy się, że ta książka zawiera historię o tysiącach mężczyzn i kobiet, którzy wyzdrowieli z alkoholizmu. Z pewnymi oporami i nie wszyscy zaczynaliśmy przyjmować do wiadomości, że alkoholik może być trzeźwy, a nie wiecznie tylko trzeźwiejący.

I tak znowu przeszło lat z dziesięć. A od około trzech obserwuję w pewnych grupach i środowiskach powrót do przekonania, że alkoholiczka czy alkoholik zdrowy nie jest i nigdy nie będzie trzeźwy. Może tylko co najwyżej podtrzymywać stan pewnej równowagi psychicznej i/lub duchowej, ale tylko pod warunkiem nieustannej i ofiarnej aktywności w AA. Wygląda na to, że niektórzy alkoholicy – bo nie dotyczy to wszystkich – znowu są wiecznie trzeźwiejący, bo wytrzeźwienie uznali za wykluczone.

Uważam, i to od ponad dwudziestu lat, że trzeźwość oznacza powrót do normalności. Nie, nie uważam uczestnictwa w minimum trzech-czterech mityngach AA w tygodniu, częstych wizyt w więzieniach, sponsorowania bez ograniczeń, kilku służb na różnych grupach itp. za normalne życie. Natomiast przyjmuję do wiadomości, że tylko na takich warunkach niektórzy alkoholicy mogą nie pić i nie wylądować na oddziale zamkniętym najbliższego szpitala psychiatrycznego. Więc i bardzo dobrze, że znaleźli dla siebie jakieś rozwiązanie. Ale w takim razie zastanawiam się tylko, jak działa, i czy w ogóle jakoś działa, ten ich program, skoro wyraźnie jego realizacja ze sponsorką czy sponsorem nie powoduje przebudzenia duchowego i trwałej trzeźwości?

Terapeutyczną koncepcję nieskończonego trzeźwienia bez problemu jestem w stanie zrozumieć. To zresztą proste – alkoholik trzeźwy przestaje być klientem psychologa czy terapeuty; odchodzi wraz ze swoimi pieniędzmi (bez względu na to, czy płaci sam, czy w formie daniny na NFZ). Jakie intencje przyświecają sponsorkom i sponsorom lansującym życie w tak drastycznym AA-owskim reżimie, tego nie rozumiem (i pewnie nie muszę). Zwłaszcza, że wystarczy przecież elementarny choćby kontakt z rzeczywistością, by stwierdzić fakt, że mnóstwo alkoholików, w Polsce i na całym świecie, wiedzie w miarę normalne życie, odwiedzając swoją grupę AA raz na tydzień lub dwa, a często nawet rzadziej.

Jakoś coraz częściej przypomina mi to marketing wielopoziomowy amerykańskiego koncernu Amway (nadal działającego w Polsce). Byś może nawet niedługo, co jakiś czas, w jakieś rocznice lub inne ważne dni, będą się ci alkoholicy spotykać na wielkich zlotach, kilkusetosobowych mityngach na stadionach i skandować tam jakieś swoje hasła. Ale w sumie nic w tym złego – każdy organizuje swoje życie, jak chce i potrzebuje, byle nie krzywdził tym innych, prawda? Na koniec dodam tylko, że wyjątkowo ważne wydają mi się w tym przypadku słowa „organizuje swoje życie”. Swoje, a nie cudze na swój obraz i podobieństwo.

piątek, 21 lipca 2023

Identyfikacja czy prezentacja

Pierwszy alkohol spożyłem w wieku lat 12 lub 13. Były to cztery piwa spożyte z dwoma kolegami z podwórka w restauracji „Agawa”.

Tak zaczynała się klasyczna spikerka. Klasyczna, czyli: jak to ze mną było, co się później stało, jak jest obecnie. Zwykle, choć nie zawsze, okres picia zajmuje w tej opowieści 70%. 20% to terapia odwykowa, AA i Program ze sponsorem, i wreszcie pozostałe 10% to życie obecnie.

… my nie opowiadaliśmy wtedy na mityngach o naszym piciu. Nie było takiej potrzeby. Sponsor i Doktor Bob znali wszystkie szczegóły. Szczerze mówiąc, uważaliśmy, że to wyłącznie nasza sprawa. Poza tym umieliśmy już przecież pić. Za to osiągnięcia i utrzymania trzeźwości musieliśmy się dopiero nauczyć („Doktor Bob i dobrzy weterani”).

Kiedy wspominałem te słowa kilkanaście lat temu, wielu alkoholików zarzucało mi, że się nie znam i coś zmyślam. Bo i o czym niby mieliby mówić alkoholicy na mityngach AA, jak nie o piciu i jego konsekwencjach? Obecnie niektórzy czytali tę książkę albo przynajmniej gdzieś słyszeli powyższy cytat, jednak wydaje się, że zmieniło to bardzo niewiele albo zgoła nic. Poza harcorowymi opowieściami o nadużywaniu alkoholu, naprawdę nie mamy nic innego do powiedzenia? A może te właśnie wspomnienia po prostu sprawiają nam przyjemność? Tak – nam samym.

Jednak najgorsze wydaje mi się, że te pijackie wspomnienia ubieramy w piękne słówka i mówimy o niesieniu posłania, dzieleniu się (czym?) i pomocy w identyfikacji. Zapewne nie zawsze, ale często są to tylko pozory, okłamywanie siebie i innych, i realizacja potrzeby autoprezentacji. Czyżbyśmy nie zauważyli, że minęło prawie dziewięćdziesiąt lat od pierwszych spotkań alkoholików? Że zmieniły się warunki, okoliczności, stan wiedzy i doświadczeń? A może nie chcemy zauważyć, bo wygodniej jest nam po staremu. Bo przestawienie się na coś nowego wymagałoby jakiegoś wysiłku, do którego nie każdy jest zdolny.

Kiedy powstawała Wspólnota wielu alkoholików nie miało telefonu ani radia. Telewizory nie istniały, podobnie jak komputery i Internet. Alkoholizm nie był chorobą, nie istniała terapia odwykowa. Alkoholicy nowych członków Wspólnoty wyciągali z knajp i barów lub odwiedzali (obcych ludzi) w szpitalach. Prezentowali informacje całkowicie nowe w tamtych czasach, odkrywcze, wręcz egzotyczne. Mówili coś, czego wtedy nie mówił nikt, ale żeby zdobyć zaufanie, żeby pokazać, że wiedzą, o czym mówią, opowiadali też o sobie i swoim nienormalnym piciu.
Tyle tylko, że minęło mnóstwo czasu, zmienił się świat i społeczeństwo.

Dzisiaj (XXI wiek) w środku Europy wiadomo powszechnie, że alkoholizm to choroba, wiadomo, że się to leczy, wiadomo, że są specjalistyczne placówki. Trudno pewnie byłoby znaleźć kogoś, kto nigdy w życiu nie słyszał o AA (nawet jeśli myli mu się to z jakimś klubem abstynenta). O alkoholizmie piszą w gazetach, postać alkoholika pokazywana jest w serialach. Stron internetowych na temat alkoholizmu jest z milion Wpisałem w Google pytanie „czy jestem alkoholikiem?” i dostałem tyle wyników, że życia by mi nie starczyło na przeczytanie tego wszystkiego. W takich warunkach na mityng AA przychodzi nowicjusz. Przychodzi! Sam! Nie wywleczono go z baru, członkowie AA nie odwiedzili go w szpitalu kompletnie nieświadomego, co się z nim dzieje czy stało. Po co przyszedł? Po rozwiązanie swojego problemu, czy po to, by posłuchać, że jacyś inni ludzie też kiedyś nadużywali alkoholu, jak i on sam? Jeśli potrzebna mu jest identyfikacja, to w zakresie porannych lęków, wstydu, strachu, wyrzutów sumienia, poczucia winy (oni wiedzą, co czuję, rozumieją mnie), a nie samego picia. Ale… nadal walimy mu te same własne piciorysy, jak 10-20-30 lat temu i nadal dumni z siebie, bo pomogliśmy, a przynajmniej tak to sobie wmawiamy.

Nie tak dawno na pewnym spotkaniu usłyszałem, kierowane do nowicjusza słowa, że on tu dzisiaj jest najważniejszy. I na tym akurat mityngu w pełni w to uwierzyłem. Tak, tam najważniejszy był nowicjusz, bo i komu mieliby opowiadać, ile razy zesrali się w spodnie, ile razy zasypiali lub tracili przytomność z twarzą w sałatce, ile nocy spędzili w izbie wytrzeźwień, jak często pili denaturat, jak kolorowego pawia puścili i jak daleko…

Jest taki pewien rodzaj grup AA na świecie. Po ich mitingach, czujesz się jakbyś naprawdę potrzebował mitingu. Mieliście tak kiedyś, że po wyjściu z mitingu czuliście się gorzej niż przed? (biuletyn Warta 2018/01).

wtorek, 11 lipca 2023

Akceptacja dla normalnych

Poprzednie teksty, dotyczące akceptacji, przewidziałem dla anonimowych alkoholików na różnym etapie trzeźwienia. Zawierają wiele słów, wyjaśnień, argumentów i przykładów, bo w środowisku AA daje się ostatnio zauważyć pewna fiksacja na temat akceptacji, a nawet absurdalne przekonanie, że rozwiązuje ona wszystkie problemy życiowe, jest odpowiedzią na wszystkie pytania i wątpliwości. Ale zadałem sobie także pytanie, w jaki sposób wyjaśniłbym komuś normalnemu, niezaburzonemu psychicznie, kwestię: jakie problemy rozwiązuje akceptacja? Więc zrobiłbym to tak:

Żeby w ogóle zajmować się akceptacją, trzeba najpierw wiedzieć, co to słowo znaczy. I tak okazuje się, że akceptacja to, przede wszystkim, aprobata (super, świetnie, bardzo mi się podoba itp.). Akceptacja może oznaczać formalną zgodę na coś (szef zaakceptował projekt). Akceptacja to także pogodzenie się z czymś, czego nie można zmienić*.
W pierwszych dwóch przypadkach nie ma żadnych problemów do rozwiązywania, natomiast trzeci, pogodzenie się z czymś, czego nie można zmienić, dotyczy sytuacji lub okoliczności, których... nie można zmienić (sic!). Jeśli czegoś nie da się zmienić, to powinienem natychmiast przestać marnować siły i środki, i przestać próbować to zmienić... skoro się nie da. Pogodzenie się z czymś, na co nie mam wpływu, obniża lub likwiduje złość, rozczarowania, zawody, urazy – i to jest odpowiedź na to pytanie o akceptację: rozwiązuje ona tylko i wyłącznie problemy emocjonalne i żadne inne. Jeśli boli mnie ząb, to rozwiązaniem jest dentysta, a nie akceptacja tego, że boli. Pomocy szukam u dentysty – właśnie dlatego, że bólu nie akceptuję i w tym przypadku mogę coś zrobić. Zresztą... brak akceptacji bywa często katalizatorem zmian i podejmowanego działania. W zasadzie to koniec. Normalnym ludziom wystarczy.

Jest takie przysłowie: jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Może zdrowi ludzie mogą bezkarnie manipulować swoimi uczuciami i oszukiwać sami siebie, ale alkoholikom to raczej nie służy. Bo prawda jest taka: jak się nie ma, co się lubi, to się ma, co się nie lubi, ot i wszystko.



---
* https://sjp.pwn.pl/szukaj/akceptacja.html 

niedziela, 2 lipca 2023

Akceptacja - co rozwiązuje?

W tekście z 1 lipca bieżącego roku mowa jest o literaturze AA i wspomniany piciorys pewnego lekarza. Pisałem już o nim ponad pół roku wcześniej, ale może komuś powtórka się przyda.

        Jakie problemy rozwiązuje akceptacja?

W trzecim wydaniu „Alcoholics Anonymous” zawarta była historia osobista doktora Paula O. pod tytułem „Doctor, Alcoholic, Addict” („Lekarz, alkoholik, narkoman”). W Big Book w wydaniu czwartym też jest zamieszczona, ale pod innym tytułem. Wydawało się widocznie, że ten nowy będzie bardziej chwytliwy marketingowo.

W polskiej wersji Wielkiej Księgi z 2018 roku, na stronie 412 zaczyna się historia osobista doktora Paula O. pod tytułem „Rozwiązaniem była akceptacja”. Jest to tekst bardzo polecany przez alkoholików z pewnej szkoły sponsorowania. To częściowo wartościowy tekst, ale… nie do końca, bo przekaz może też rodzić wątpliwości, prowadzić do poważnych nieporozumień.

W przypadku literatury AA potrzebne jest czytanie bardzo uważne, bo w treści może wystąpić:
1. Problem z przekładem z angielskiego oraz z poprawnością/czytelnością wersji polskiej.
2. Problem z zagubieniem istoty rzeczy, z wypaczeniem przekazu, z przekręceniem idei itp. Autorzy nie byli przecież zawodowymi pisarzami, a ich zdolność wypowiadania się na piśmie też mogła być różna. W tym punkcie zawierają się też trudności polskich czytelników, którzy nie zawsze dobrze rozumieją, co autor chciał przekazać, a także ich własne wcześniejsze przekonania.

Nie znam angielskiego, więc nie mogę się zagłębić w analizę poprawności przekładu. Zauważyłem tylko, że w oryginale mamy „Acceptance Was the Answer”, czyli „Akceptacja była odpowiedzią”. Odpowiedzią, a nie rozwiązaniem!

Zwróciłem uwagę na kilka zdań w tej historii.

Dzisiaj uważam, że nie mogę pracować nad programem AA, jednocześnie przyjmując leki. [s. 416] Co to oznacza? Ano dokładnie to i tylko to, co napisano: Paul O., alkoholik, narkoman i lekarz UWAŻAŁ, że ON nie mógł pracować na Programie pod wpływem jakichś leków. Czego to nie oznacza? Ano tego, że sponsorzy w Polsce mogą zabraniać swoim podopiecznym przyjmowania zaleconych przez lekarzy leków, ani nawet proponować czegoś takiego. Nawet jeśli są lekarzami i lekomanami, jak doktor Paul O.

W końcu okazało się, że akceptacja była kluczem do rozwiązania mojego problemu z piciem. [s. 421] Przypominam, że obecnie „akceptacja” to zarówno aprobata, jak i godzenie się z czymś, co się wprawdzie nie podoba, ale nie możemy tego zmienić. Tak więc chyba każdy zgodzi się, że pogodzenie się z faktem uzależnienia od alkoholu, przyjęcie do wiadomości, że jestem alkoholikiem, jest niezbędne w procesie zdrowienia/trzeźwienia. Akceptacja jest kluczem, otwiera drzwi, ale… sama nie rozwiązuje prawie żadnego problemu. Jednak dalej zaczynają się już większe wyzwania i trudności.

Akceptacja jest odpowiedzią na wszystkie moje obecne kłopoty. [s. 422] No proszę, tu znów mamy „odpowiedź” a nie „rozwiązanie”! Zapewne tłumaczki (między innymi Sydney S. i jej podopieczna Anka O.) zorientowały się, że twierdzenie, że akceptacja stanowi rozwiązanie każdego problemu, byłoby już zupełnie absurdalne i nie bardzo sensowne. Rozwiązaniem problemu z bolącym zębem jest wizyta u dentysty, a nie akceptacja faktu, że mnie boli.
Jako czytelnik przyjmuję do wiadomości i rozumiem, że w jakimś momencie życia doktora Paula O. akceptacja była odpowiedzią (cokolwiek to znaczy) na wszystkie JEGO kłopoty… OK. Ja tak nie mam.

Gdy narzekam na siebie lub na ciebie, narzekam na dzieło Boga. Twierdzę, że wiem lepiej niż Bóg. [s. 422] Tu już trzeba bardzo ostrożnie, bo dotyczy to osobistych przekonań religijnych Paula O. Przyjmuję do wiadomości, że dr Paul O. uważał zbrodniarzy wojennych, gwałcicieli, pedofili, ludobójców, za dzieło Boże, które, jako takie, powinienem aprobować. Krótko: ja wierzę w innego Boga.

A skoro nie wiem, co jest dobre dla mnie, to nie wiem, co jest dobre lub złe dla ciebie lub kogokolwiek innego. [s. 422] Nie rozumiem, jak z takim nastawienie można być lekarzem lub sponsorem w AA. Jeśli nie wiem, co jest dobre dla pacjenta, to nie powinienem mu niczego przepisywać, bo jak to – kierując się brakiem wiedzy? Jeśli nie wiem, co jest dobre dla podopiecznego, to jak mogę mu cokolwiek sugerować lub proponować? Skoro nie wiem, co jest dobre dla mnie, to czemu przestawałem pić? Przecież nie wiedziałem, czy picie jest dla mnie dobre, czy złe. Jak miałbym kupować jedzenie albo ubrania, skoro nie mam pojęcia, które będą dla mnie dobre? Nie ma sensu ciągnąć tego dalej, bo sam pomysł jest tak groteskowy, jak sugestia, żeby żyć, nie oceniając nikogo i niczego.

Ostatecznie uważam, że nadmiarowa, wynaturzona akceptacja wszystkich i wszystkiego blokuje działanie, zniechęca do zmian, prowadzi do stagnacji i życiowej bierności, ale za to znakomicie pomaga wchodzić w rolę ofiary. Wszystkoakceptujący ludzie są znakomitym materiałem na niewolników, poddanych, podwładnych, podopiecznych – wszystko akceptują, niczemu się nie sprzeciwiają, na wszystko się godzą, nie podskakują, nie dyskutują. Można im płacić połowę pensji, a będą to akceptować, tym bardziej, że nie wiedzą przecież, czy może jest to dla nich dobre.

Akceptacja wydaje mi się bardzo ważna w procesie prowadzącym do wytrzeźwienia, ale ta akceptacja, która dotyczy pogodzenia się z tym, czego nie mogę zmienić. Jest o tym zresztą mowa w Modlitwie o pogodę ducha. Jeśli coś jest poza moim zasięgiem i możliwościami, najlepiej żebym natychmiast to zostawił za sobą, porzucił, odrzucił, czy jak tam kto lubi. Ładowanie sił i środków (jakichkolwiek, materialnych, duchowych i innych) w sprawy beznadziejne tylko osłabiać mnie będzie coraz bardziej. Wyprodukuję urazy, rozgoryczenie, rozczarowanie, poczucie przegranej. Akceptując wszystko, w tym własne błędy, niczego się na tych błędach nie nauczę, skoro konsekwencje natychmiast zaakceptuję. Jeśli będę akceptował, godził się na wszystko, to wkrótce zacznę gardzić sam sobą, własnym lenistwem, nieudolnością, tchórzostwem, czy co tam mnie przed działaniem powstrzymuje. Taka akceptacja jest tylko pretekstem do wiecznego poddawania się. A to się po prostu nie opłaci. Ale… każdemu wolno przyjmować dowolne postawy życiowe. Wolno też okłamywać siebie i próbować sobie i innym wmawiać, że niczego nie oceniam za to wszystko akceptuję. Trzeźwość oznacza równowagę, a nie skrajne odchylenia. Jednak trzeźwo myśleć też nie ma obowiązku.

Nie wiem, czy to ma znaczenie, ale doktor Paul O. pracował "na Programie" w specyficzny sposób: jego przyjaciel i sponsor był zarazem jego podopiecznym. Jeśli dobrze zrozumiałem, sponsorowali się nawzajem, naprzemiennie. Ups!



---
Ciekawy tekst „Acceptance is (NOT THE FINAL) answer”https://sontx.org/acceptance-is-not-the-final-answer/