czwartek, 23 maja 2019

Czy chcemy się porozumieć?

Dawno, dawno temu, daleko, daleko stąd, mój trzeci sponsor zaproponował mi, żebym zastanowił się i napisał, co sądzę na temat „Komunikacja podstawą porozumienia”. Wtedy było to dla mnie wyzwanie. Dziś… dziś byłoby chyba znacznie trudniej.

Siedzieliśmy kiedyś ze sponsorem późnym wieczorem w pustym bungalowie, sami, po dwóch stronach stołu. Słaba żarówka ledwie oświetlała wnętrze. Powiedział wtedy: zauważ, jest nas dwóch, ale wystarczy, że jeden z nas nie chce się porozumieć, a już z naszych prób komunikacji nic nie wyjdzie. Zaskoczyło mnie to i odparłem, że nie rozumiem, że przecież chyba właśnie po to siadaliśmy do tego stołu, żeby się porozumieć. Usłyszałem wtedy: to akurat wcale nie jest takie pewne, bo może ty siadasz, żeby się porozumieć, a ja nie szukam porozumienia, chcę cię tylko do czegoś przekonać, namówić.

Przetoczyła się przez Polskę fala sponsorowania londyńsko-radomskiego, czy też pendolino (nie nazwy są tu ważne) i nastąpił pierwszy podział na grupy programowe i staropolskie. Później podział na tych, którzy chcą nową WK i tych, którzy ją odrzucają. A w międzyczasie kilka innych, drobniejszych podziałów. Wtedy też zaczął się realizować, i to coraz częściej, schemat, który kiedyś pokazał mi sponsor. Wiele razy, na pewno zbyt często, chyba jednak nie chcieliśmy się porozumieć, a jedynie przekonać rozmówców do jakichś swoich racji. Przekonać, na przykład, że sponsorowanie jest dobre, że to nie jest żadna nowa moda w AA, że nowa WK, owszem, zawiera błędy, ale jest przełożona lepiej niż poprzednia, że podczas pracy z podopiecznym wolno używać 12x12, a nie tylko WK itd. itp.

Co ciekawe, niektórzy weterani, którzy robili Program w którymś tam roku abstynencji i bardzo dobrze jeszcze pamiętają Wspólnotę sprzed wszystkich tych zmian, wprawdzie przyznają (no bo i trudno zaprzeczyć!), że była to Wspólnota, która nie dysponowała rozwiązaniem problemu alkoholizmu, Wspólnota AA, w której nie był znany ani realizowany Program AA, ale… życzliwość, zrozumienie, chęć porozumienia, serdeczność, wsparcie, ciepło i inne takie, były wśród nas znacznie lepsze i więcej.

Zastanawiam się, czy możliwy jest powrót to tamtej życzliwości, a może nawet dałoby się zbudować nową, lepszą jeszcze? I czy wystarczy do tego celu używanie wyuczonych trochę na siłę eufemizmów*? Czy poziom bezpieczeństwa w Polsce poprawił się od kiedy, siedzących w więzieniach przestępców, zaczęło się, politycznie poprawnie, nazywać osadzonymi? Bo może poprawił, może nienazywanie rzeczy po imieniu, to słuszna droga? Czy wyuczenie się nowej mowy wystarczy? Załatwi sprawę braku porozumienia, a nawet braku chęci porozumienia? Co jeszcze można zrobić? Co moglibyśmy zrobić?





--
* Eufemizm to słowo lub wyrażenie użyte zastępczo w celu złagodzenia wyrażeń drastycznych albo dosadnych.

piątek, 17 maja 2019

Warsztatowa Wspólnota AA


Pół żartem, pół serio, zaryzykuję stwierdzenie, że w Polsce różnych warsztatów AA jest więcej rocznie, niż w USA i Kanadzie przez ostatnich 25 lat. Anonimowi Alkoholicy w Polsce pakują niesamowite siły i środki w nieustanne warsztatowanie się. Oczywiście z prywatnym czasem każdy może robić, co mu się podoba, ale w większości przypadków warsztaty odbywają się za pieniądze AA. Nie ma znaczenia, czy grupowe, intergrupowe, regionalne, czy krajowe. Na niesienie posłania nie ma już czasu, energii i pieniędzy. 

Obserwuję to zjawisko od kilku lat i zauważam, że się nasila. To coś w rodzaju fiksacji. Zamiast pomagać alkoholikom coraz lepiej pełnić służby, produkuje się na tych warsztatach zadufanych w sobie teoretyków, dumnych i chwalących się, że właśnie byli na warsztatach rangi krajowej w samym X, a warsztat prowadził sam Y.

Ano, właśnie… zamiast – jedno z przeklętych słów jakoś tam obecnych w całym moim życiu alkoholika. Najpierw, a trwało to latami, zamiast poszukać rozwiązania swojego problemu, szukałem okazji do kolejnego picia, pieniędzy na kolejne picie, argumentów wyjaśniających poprzednie picie, usprawiedliwień tłumaczących skutki picia. Nie byłem w stanie połączyć pewnych wydarzeń w jedną całość, a zamiast niej widziałem zupełnie oderwane od siebie, pojedyncze zdarzenia. Zamiast  realnie wytrzeźwieć, przez dwa i pół roku uczestniczyłem w terapii odwykowej, prawie rok w terapii DDA, pół roku w warsztatach z duchowości. W końcu wszystkie możliwe terapie pokończyłem, więc moje „zamiast” przechodziło kolejne metamorfozy: zamiast podjąć pracę ze sponsorem, zafundowałem sobie nadaktywność organizacyjną, zakładałem nowe grupy i pełniłem w nich służby.

Perfidia „zamiast” polega na podejmowaniu pożytecznych, a nawet pożądanych działań, które jednak nie przynoszą ze sobą rozwiązania określonego problemu. Tak, perfidia, bo gdyby chodziło o wybór między czymś dobrym, a czymś złym, to wszystko byłoby banalnie proste. Wybieranie między dobre, a dobre, jest już sporym wyzwaniem.

Czy jest coś złego w warsztatach AA-owskich różnego typu? Ależ skądże znowu! Warsztaty są OK., ale tylko pod warunkiem, że są obok, a nie zamiast niesienia posłania.
Ile pieniędzy wydała Wspólnota AA w Polsce w roku 2018 na różnego typu warsztaty? 100 tysięcy? 200 tysięcy? Jeszcze więcej?

wtorek, 14 maja 2019

Notatki sponsora (odc. 118)


Zapytał mnie podopieczny o wyraźny konflikt między Tradycjami AA w ich nowej wersji, a dokładniej to o zderzenie Pierwszej Tradycji z Dwunastą. Odpowiedziałem tak, jak ja to widzę, rozumiem, czuję:

Tradycja Pierwsza w pełnej wersji ustala priorytety uczestnikom AA: Toteż nasze wspólne dobro znajduje się na pierwszym miejscu. Ale dobro jednostki jest tuż za nim.
Niestety, to prawda, że zdanie (absurdalne, groteskowe i błędne notabene) „zasady są ważniejsze od osobowości”, jest sprzeczne z Tradycją Pierwszą. Według obecnej wersji Tradycji Dwunastej najważniejsze w AA są zasady, ważniejsze nawet od wszystkich ludzi na ziemi, bo przecież każdy człowiek ma jakąś osobowość. Tradycja Pierwsza natomiast podkreśla, że najważniejsza jest Wspólnota, a zaraz za nią każda pojedyncza jednostka. Mowy tu nie ma o żadnych zasadach, zwłaszcza, że według Billa W. są one i na zawsze pozostać mają jedynie sugestiami.

Podopieczny stwierdził wtedy, że dla Wspólnoty w Polsce lepiej by chyba było, gdyby za tłumaczenie zabrali się ludzie, którzy o Krokach i Tradycjach AA mają jakieś pojęcie.
Co miałem mu odpowiedzieć? :-(

sobota, 4 maja 2019

Wyniki wnikliwej obserwacji

Zło przybrało szaty dobra. Z niepokojem i smutkiem zauważyłem, że pasują…


Siódmy krzyżyk mi leci, a w AA jestem od ponad dwudziestu lat, napatrzyłem się w tym środowisku i nasłuchałem… Trudno w tych warunkach nie stać się nieco cynicznym lub zgorzkniałym. Ale przyznam też ze zdziwieniem, że jeszcze dziesięć lat temu chyba nie mógłbym z czystym sumieniem twierdzić, jak dziś, teraz, obecnie, że jest wiele zdarzeń w naszym środowisku, co do których wolałbym nie mieć racji. Po prostu nie podoba mi się to, co przewiduję.

Czasem, gdy na takim lub innym forum, w takiej lub innej grupie ludzi, dyskusja na temat problematycznych określeń w WK z 2018 i 2019 roku (wiemy już, że są one różne), zaostrza się i koncentruje na tym, co trzeba zrobić, co zmienić, co poprawić, gubią się dwie rzeczy:

a) Nowa Wielka Księga (czas przestać udawać, że to wydanie IV) jest wyraźnie lepsza niż poprzednich pięć lub sześć wydań. „Błędów” poważnych jest w tej nowej wersji nie więcej niż 10 (ja bym obstawiał, że 6-8) – owszem, powtarzają się niektóre z nich wielokrotnie, ale to już inna sprawa. To znacznie mniej niż w wydaniach poprzednich.

b) Mogłoby powstać przekonanie, że z jakimś maniackim uporem czepiam się stale tych samych „błędów”. Jeśli takie wrażenie ktoś odniósł, to zapewne winna jest moja niezdolność do wyrażania na piśmie jasno i jednoznacznie tego, o co mi chodzi, bo od dawna już chodzi o coś innego.
Błędy popełnia się niechcący, błędy to nie tragedia, błędy popełnia każdy z nas, na błędach się uczymy, błędy zgłaszałem zespołowi tłumaczy przed wydaniem książki. Teraz i od dawna nie chodzi już o błędy, ale o upieranie się przy nich – dlatego czasem piszę „błędy” w cudzysłowie – chodzi o jeżdżenie po Polsce za pieniądze Wspólnoty (skądś to chyba znam…) i przekonywanie alkoholików, że ewidentne błędy nie są błędami, chodzi o zaparte trwanie przy swoim mimo jasnych opinii niezależnych językoznawców. O traktowanie alkoholików w Polsce, jak półanalfabetów, bo większości można różne rzeczy wmówić, i nawet przekonać, że im się to podoba. To nie alkoholicy decydują o poprawności językowej tekstu – że przypomnę to raz jeszcze – ale językoznawcy. A na tworzenie specjalnego, tajemnego, sekciarskiego języka w AA, to ja się nie zgodzę nigdy (co oczywiście Wspólnota może mieć w dupie).

Gdyby w listopadzie i grudniu 2018 roku, po wydaniu książki, napłynęły zgłoszenia dotyczące pomyłek, a członkowie zespołu pokornie przyznali się, że w kilku miejscach się walnęli, i obiecali, że następna partia, schodząca z maszyn drukarskich, będzie już skorygowana – to do dziś sprawa byłaby rozwiązana, załatwiona, zapomniana. Od wydania nowej WK minęło pół roku, a z banalnym kłopotem, który urósł do rangi poważnego problemu, kotłujemy się dalej – co z nami jest nie tak? 
Zaiste, alkoholizm to straszna psychiczna choroba… 


Co robią trzeźwi ludzie, gdy czegoś nie wiedzą? Ano, dopytują, doczytują, konsultują… Co robią nietrzeźwi, gdy czegoś nie wiedzą? Wymyślają. Alkoholizm to poważna choroba psychiczna i ten proces w umyśle alkoholiczki/holika odbywa się w ułamku sekundy; zapewne często nawet nieświadomie człowiek chory na alkoholizm kreuje w swoim zaburzonym umyśle jakąś nową, alternatywną rzeczywistość.

Wymyślę sobie, że zdanie „w każdej szkole byłem prymasem” jest poprawne. I mnie to pasuje. Z czego wynika to, że mi pasuje? Z nieznajomości określenia „prymas”, którego używam niezgodnie z jego prawidłowym znaczeniem. Nie wysiliłem się i nie sprawdziłem, co ono naprawdę znaczy – ja sobie wymyśliłem, co ono znaczy dla mnie. To „dla mnie” jest w środowisku niepijących alkoholików bardzo charakterystyczne. Co dla ciebie znaczy słowo pokora? I natychmiast snują się absurdalne, groteskowe teorie. To „dla mnie” w środowisku AA zawsze jest ważniejsze niż „dla nas”, na przykład, dla nas – Polaków, dla nas – alkoholików, dla nas – ludzi.

Wymyślę sobie, że zdanie „wykupię akredytację na zlot radości” jest poprawne. I mnie to pasuje. Z czego wynika to, że mi pasuje? Z nieznajomości określenia „akredytacja”, którego używam niezgodnie z jego prawidłowym znaczeniem. Nie wysiliłem się i nie sprawdziłem, co ono naprawdę znaczy – ja sobie wymyśliłem, co ono znaczy dla mnie.

Wymyślę sobie, że zdanie „taka jest prawda, bynajmniej dla mnie” jest poprawne. I mnie to pasuje. Z czego wynika to, że mi pasuje? Z nieznajomości określenia „bynajmniej”, którego używam zupełnie niezgodnie z jego prawidłowym znaczeniem. Nie wysiliłem się i nie sprawdziłem, co ono naprawdę znaczy – ja sobie wymyśliłem, co ono znaczy dla mnie.

Wymyślę sobie, że zdanie „zasady są ważniejsze od osobowości” jest poprawne. I mnie to pasuje. Z czego wynika to, że mi pasuje? Z nieznajomości określenia „osobowość”, którego używam niezgodnie z jego prawidłowym znaczeniem. Nie wysiliłem się i nie sprawdziłem, co ono naprawdę znaczy – ja sobie wymyśliłem, co ono znaczy dla mnie. 

Wymyślę sobie, że zdanie „mamy przed sobą dwie alternatywy” jest poprawne. I mnie to pasuje. Z czego wynika to, że mi pasuje? Z nieznajomości określenia „alternatywa”, którego używam niezgodnie z jego prawidłowym znaczeniem. Nie wysiliłem się i nie sprawdziłem, co ono naprawdę znaczy – ja sobie wymyśliłem, co ono znaczy dla mnie.

Powiedzmy jednak, że ktoś mi wreszcie zwrócił uwagę, przekonał, żebym przestał ośmieszać siebie i swoją Wspólnotę, i może sprawdził, jakie naprawdę znaczenie mają słowa, wyrazy, określenia, pojęcia, których używam. Więc sprawdzam i okazuje się, że nie miałem racji. Co teraz zrobię, jeśli jestem trzeźwy? Ano, poprawię się, skoryguję, zmienię. Jeśli jednak jestem nietrzeźwy, będę do upadłego walczył z faktami, zakłamywał rzeczywistość, tworzył jakieś teorie, przekonywał innych i siebie upewniał, że to te moje wymysły są właściwe, że nikt inny nie zna się i nie może się znać na poprawnej polszczyźnie (alkoholizmie, duchowości, programizmie) tak, jak ja się na niej znam.
A jeśli w tym momencie ktoś mnie spyta o wykształcenie i kompetencje językowe, które pozwalają mi narzucać innym swoje przekonania, to odpowiem, że nie zna języka serca. I pozamiatane. Jakież to proste…

Zaiste, alkoholizm to straszna psychiczna choroba…

środa, 1 maja 2019

Wspólnota rozwiązań, czy...


...czy Wspólnota konfliktów?

Po wielomiesięcznej przerwie miałem ostatnio okazję do wyjątkowo szerokich kontaktów z wieloma alkoholikami z bardzo różnych miejsc w Polsce i nie tylko. Uderzyło mnie tempo, w jakim rośnie mur niezgody, niezrozumienia, braku zaufania, niechęci, między „zaufanymi sługami”, a całą resztą zaangażowanego środowiska AA. Tak, tylko zaangażowanego, bo spora część uczestników mityngów realizuje tu własne cele i głęboko w nosie ma takie sprawy i tematy. Przyszli do AA wytrzeźwieć, i może kilku osobom trzeźwość przekazać, a reszta ich nie interesuje, nie angażują się w nic więcej. I – czego długo nie rozumiałem – nie muszą, nie mają takiego obowiązku.

Kilka dni temu wpadł mi jakoś w ręce apel Felka i jego przyjaciół z Warszawy („Forum AA”), w mocno katastroficznym tonie, o treści, z której wynika, że Wspólnota AA w Polsce jest poważnie zagrożona. Zawiera on bodajże dwanaście punktów. Identyfikuję się może z trzema z nich, ale… nie o Felka i jego akcję mi chodzi. Po prostu ta ulotka skłoniła mnie do zmiany myślenia. Okazała się kroplą, która przelewa czarę. Z uzasadnionego niestety stwierdzenia, że „jest źle i będzie jeszcze gorzej” przestawiłem myślenie na: „co można by było zrobić, żeby sytuację naprawić?”.

Anonimowi Alkoholicy mają do swoich „zaufanych sług” wiele pretensji. Spora ich część jest uzasadniona. Uczestnicy mityngów zarzucają „sługom” marnotrawienie pieniędzy Wspólnoty na podróże (samoloty, hotele, paliwo, wyżywienie), z których wynika niezbyt wiele, a może i nic. Zarzucają szalejącą samowolę – przykład: Wielka Księga z 2018 roku różni się od tej z 2019, cichaczem ktoś starał się poprawić pewien błąd (strona XXI). I nadal nie wiadomo, kto to, nie wiadomo, kto podjął decyzję, nie wiadomo, jak to się stało, że jeden alkoholik, a może nie tylko jeden, ma wpływ na kolejne partie książek schodzących z maszyn drukarskich, że jeden człowiek może według swojego widzimisię (choćby w najlepszej wierze) zmieniać treść Wielkiej Księgi AA!
Kolejny przykład. Od „zaufanego sługi” stosunkowo niskiego poziomu dowiedziałem się, że (cytuję): „Powstał Zespół Powierniczy który pracuje nad wszelkimi uwagami przesłanymi do BSK a związanymi z ostatnim wydaniem/tłumaczeniem WK”. Kilka dni później inny „zaufany sługa” stwierdził, że to nieprawda, że żaden taki Zespół Powierniczy nie powstał. Wierzę, że nie jest to bezczelne kłamstwo z premedytacją, ale i co z tego – ostatecznie informacji jednego z nich nie można ufać, po prostu. Zaufanie do jednego lub obu poleciało na mordę.
Zapewne z takich lub podobnych powodów „zaufani słudzy” coraz częściej nazywani są morskimi świnkami – bo w sumie ani to świnka, ani morska. Śmieszne? No, chyba jednak nie bardzo i tylko pozornie.

Co mogą zrobić „zaufani słudzy”, żeby wróciło, jeśli kiedykolwiek było, zaufanie do osób, którym  w AA odpowiedzialne służby powierzono?

1. Jasne, czytelne, drobiazgowo dokładne, dostępne wszystkim AA i na bieżąco, sprawozdania finansowe. Od wielu miesięcy nie można się dowiedzieć, ile kosztowało tłumaczenie WK z 2018 roku. Ile kosztowało grupy AA wielokrotne tłumaczenie „Języka serca” itd.
2. Przyznawanie się do błędów, ponoszenie za nie konsekwencji oraz niezwłoczne naprawianie. Natychmiastowe przyznawanie się do błędów własnych albo grupowych ma ogromny wpływ na wiarygodność służb, a więc i zaufanie do nich. Żeby było ciekawie, to o tym właśnie, całkiem niedawno, wspominałem już w poważnym gronie. Jeden z „zaufanych sług” powalił mnie wtedy na kolana stwierdzeniem (cytuję): „Czemu ma służyć przyznawanie się do błędów? Bo niespecjalnie mogę zrozumieć cel”. Ups! Tego dalej komentował nie będę.

Tylko tyle? Ano, tak! TYLKO tyle. Transparentny system finansowy, niezwłoczne przyznawanie się do błędów oraz zgoda na konsekwencje własnej samowoli albo tylko bezmyślności (drogi kolego, spier… sprawę za bardzo, więc odbieramy ci służbę w trybie natychmiastowym).

Co mogą zrobić uczestnicy mityngów, żeby w konsekwencji poprawić poziom służb?

1. Przestać wreszcie wybierać każdego, kto tylko ma ochotę i tupet, żeby do służby się zgłosić. To obejmuje także tak zwane rekomendacje.  Tu też nic więcej nie trzeba.

Na koniec… obawiam się, że proponowane rozwiązania są dla alkoholików zwyczajnie zbyt proste. Bo w starym powiedzeniu było i nadal jest sporo prawdy: Program AA jest prostym programem dla prostych ludzi, którzy obsesyjnie muszą komplikować proste sprawy. No i poza tym... ta pycha!

sobota, 20 kwietnia 2019

Jak bezkarnie manipulować?


Wspomniałem kiedyś, że z komunikatów, które do mnie o mnie docierają, zdecydowanie bardziej skupiam się na krytyce niż na pochwałach, dlatego kiedy usłyszałem od alkoholika, że nie mówię językiem serca, zacząłem się zastanawiać. Nie trwało to długo, bo już po kilkudziesięciu godzinach okazało się, że postawa i zachowanie tego akurat alkoholika, wykluczają go z grona osób, których oceną powinienem się przejmować. Ale… właściwie ja niezupełnie o tym chciałem pisać tym razem.

Jak bezkarnie manipulować ludźmi, zastraszać ich i karać?

Zaczynamy od stworzenia jakiegoś pojęcia, na przykład „mowa miłości”. To pojęcie może być nieomalże dowolne, nawet nie musi nic znaczyć, więc mogłoby to też być „brumbratość”. Krokiem następnym będzie przekonanie jakiejś grupy ludzi, na przykład środowiska AA w jakimś mieście lub dzielnicy, że nieposługiwanie się „mową miłości” (albo niebycie „brumbratym”) to coś złego, nagannego, że to niedobrze. Alkoholik z dłuższą abstynencją zawsze będzie uważnie obserwowany i słuchany przez nowicjuszy, którzy będą się też starali go naśladować. On  nie pije kilka lat, oni tego jeszcze nie potrafią, więc uczą się pilnie jego postaw, zachowań, określeń, ocen, bo może to w nich właśnie tkwi tajemnica jego abstynencji. Tak więc co pewien czas należy publicznie pokręcić z dezaprobatą i smutkiem głową i stwierdzić, że ten Ziutek to w ogóle nie zna „mowy miłości” albo jest kompletnie „niebrumbraty”. Chodzi o to, by grupę ludzi  przekonać i nauczyć (z czasem będą się już uczyć sami od siebie), że nieznajomość „mowy miłości” albo niebycie człowiekiem „brumbratym”, to coś złego, nagannego, niewłaściwego.

Coś takiego jest banalnie łatwe, a jedyna trudność w całym tym przedsięwzięciu polega tylko na tym, żeby nigdy i pod żadnym pozorem nie dać się namówić do podania konkretnie, czym jest „mowa miłości” albo jakie elementy składają się na bycie „brumbratym”. To niesłychanie ważne. Bo jeśli podamy jakieś konkretne słowa, które tworzą „mowę miłości”, to w pewnym momencie człowiek, któremu niezdolność do posługiwania się „mową miłości” zarzucimy, mógłby udowodnić, że przecież tych właśnie słów używa, i klapa. Wymyślone przez nas określenie musi pozostać niejasne, niekonkretne, mętne, różnie rozumiane. I dopóki takie właśnie będzie, możemy nim innym alkoholikom grozić, zastraszać terroryzować, i to bezkarnie, bo i jak niby mieliby się obronić przed zarzutem, że nie znają „mowy miłości” albo nie są „brumbraci”, skoro nawet nie bardzo wiadomo, co to takiego jest – za to wiadomo już, że niewątpliwie coś złego. Mając jedno lub więcej tak spreparowanych określeń, zdobywa się władzę.

Czy ta sztuczka jest wymysłem alkoholików albo moim? Ależ skądże! Jest stara jak świat. Choć zapewne najpełniej rozwinęła się w Niemczech za Hitlera i w Polsce w okresie wczesnej komuny. Do takiego właśnie manipulowania, karania, zastraszania ludzi służyło określenie „zapluty karzeł reakcji”, później „wróg ludu pracującego” – dziś może się to wydawać nawet śmieszne, ale ludziom nazwanym „zaplutymi karłami reakcji” do śmiechu nie było w roku 1949, na przykład. I jak niby mieliby się obronić, wykazać, że „zaplutymi karłami reakcji” nie są? Z czasem, po różnych zmianach, w Polsce pojawili się „wichrzyciele i warchoły”, a jeszcze później „wykształciuchy”, a obecnie… nie, na tematy polityczne się nie wypowiadam.

Jakie niezbyt jasne, nieprecyzyjne określenie, gra obecnie taką właśnie rolę w środowisku AA? Jestem pewien, że wszyscy dobrze wiemy… niestety.


Przypomniało mi się... Słyszałem jakiś czas temu pozornie zabawną zagadkę: Czemu zaufani słudzy w AA są jak świnki morskie? Bo tak naprawdę ani to świnka, ani morska.