W tym roku, 2024, uczestniczyłem w spotkaniach AA zdecydowanie mniej razy niż to miało miejsce we wszystkich innych latach. W każdym razie mityngów zaliczyłem kilka, a na pewno nie więcej niż dziewięć. Taka częstotliwość powodować może pewną zmianę wyników obserwacji – słuchałem i obserwowałem znacznie uważniej niż wtedy, kiedy w AA bywałem po dwa razy w tygodniu i w wielu przypadkach wiedziałem, kto będzie, gdzie usiądzie i co powie. W każdym razie zaobserwowałem coś, ale nie mam pewności, czy zmienił się mój ogląd, czy może wyraźnej zmianie uległo jednak środowisko.
Jakoś mi się nie układa w życiu. Chodzę do tego AA, biorę sobie służby, poznaję Program ze sponsorem, tydzień temu się napiłem, chodzę na terapię odwykową i jeszcze drugą, taką ogólnorozwojową, co bardzo dużo mi daje, sponsoruję, wczoraj wypiłem dwa piwa, robię czasem sugestie zalecone przez sponsora, zastanawiam się nad terapią głębokiego wglądu albo grupą SLAA…
To nie była jedna wypowiedź, ale raczej synteza, połączenie w całość przynajmniej kilkunastu wypowiedzi, zazwyczaj młodszych alkoholików, to jest w wieku ok. 30-40. Więc zastanawiam się, czy tak było zawsze i tylko ja nie zwracałem na to uwagi, czy może w tym środowisku zaszła jakaś znacząca zmiana?
W wielu rozmowach uczestników mityngów z pewnym stażem abstynencji powtarzało się przekonanie, że to bardzo dobrze, że dno alkoholika nieustannie się podnosi, bo na mityngi trafiają ludzie, którzy nie stracili jeszcze wszystkiego, ale ten medal ma również drugą stronę – być może za mały poziom determinacji czy, jak to mówią, gotowości do zrobienia wszystkiego. Owszem, chcą poprawy jakości życia i godzą się, że coś w tym kierunku będą musieli robić, ale przecież nie można się aż tak katować! Gdy robi się zbyt trudno, odchodzą, bywa że tylko na jakiś czas, do innej wspólnoty (w końcu terapeuta powiedział im, że wszyscy alkoholicy są też seksoholikami, a jeśli kiedyś spróbowali marychy, to i narkomanami) albo na kolejną terapię odwykową, lub inną, bo wielu zdaje się wierzyć, że jak podczas terapii przepracują (cokolwiek to znaczy) swoje dzieciństwo albo skłonności do złości, toksycznego wstydu, problem z zaniżonym poczuciem wartości, lub coś takiego, to i kłopot z piciem jakoś zniknie.
Nie, nie wszyscy tak mają. Tych kilka osób, które pamiętam sprzed epidemii, nadal w mityngach uczestniczy, ale wypowiadają się rzadziej, przekonani (jak opowiadał znajomy weteran), że ich doświadczenia wyraźnie nie są już potrzebne nikomu i do niczego. Ot, egzotyczne opowiastki dziadersów z dawnych czasów.
To jak to w końcu jest? Cudownie, że dno alkoholików stale się podnosi, czy może jednak niezupełnie cudownie?



